Raw Power!

Czwarty (prawie piąty) dzień jedzenia wyłącznie surowych produktów. Kalafior, pomidory, kilogramy winogrona, marchewka (i soki z niej), brzoskwinie i nektarynki, sporo orzechów i nasion, a do tego wielka potrzeba zasadzenia rzeżuchy.
Wody znacznie mniej niż wcześniej – chyba ta, którą przyjmuję z pożywieniu, jest wystarczająca. W końcu nie marnuję jej na trawienie pieczywa i tym podobnych atrakcji.
Sen – krótszy, lecz głęboki i regenerujący (wcześniej problemów ze spaniem nie było).
Zwiększona ilość posiedzeń… i bynajmniej nie mówię o sejmie 🙂 Mam wrażenie, że organizm zrzuca to, co nagromadziło się w bebechach, a czego wcześniej nie miał czasu zrzucić, bo był zajęty trawieniem coraz to nowych porcji pożywienia.
Samopoczucie ogólne? Wycie (nie tylko do księżyca), śpiewanie, skakanie, radość, napady śmiechu… oraz zwiększona świadomość ciała.
Nagłe zwracanie uwagi na pracujące w udzie mięśnie. Klarowanie się myśli… coś jakby forma odbudowy pierwotnego JA.
Poczucie, że przynosi to ukojenie i harmonię dla całego ciała – z pewnością dobry kierunek! (tak mi serce podpowiada).

Przez pierwsze 3 dni pojawiał się też ból głowy (bardzo rzadkie u mnie zjawisko) i dziwny kaszel (coś jakby schodziło z płuc) > cieszyło mnie to bardzo, bo organizm reagował! 🙂

Ciekaw jestem bardzo CO DALEJ…
Hallelujah,
Praise the Lord!

http://polakuleczsiesam.pl/surowa-dieta-wyleczyla-raka-tarczycy/

Raw vol. 1

Zmiana za mną chodziła. Książki, które wpadały mi w ręce, artykuły, gdzieś zasłyszane nazwiska i tym podobne przesłanki od Wszechświata. Nie do końca wiedziałem, cóż takiego nadchodzi – czułem, że będzie to zmiana dotycząca zdrowia i ciała, ale nie byłem pewny w jakiej formie się objawi…
Powtórzenie głodówki gdzieś obijało mi się po rubieżach umysłu, lecz bardziej ciągnęło mnie w stronę półtora-miesięcznych kuracji sokowo-warzywno-owocowych.

Fanfary z Niebios rozbrzmiały. Myśl, gdzieś po cichu obijająca się, nagle wybuchła głośnym „Hallelujah”. Gębę rozdziawiłem i… zrozumiałem. Jasny znak, proste przesłanie – trzeba tylko za nim pójść!

Napisała do mnie Kosmiczna Istota, rzekłszy, iż Bratnią Duszą Jej jestem. Porozmawialiśmy chwilę o wspaniałości Wszechświata i Międzygalaktycznych „zbiegach okoliczności”, a potem… przestałem jeść. A raczej dopiero zacząłem!
Jej strona „O zapachu słońca” o Raw Food traktuje, i ultramaratonach górskich. Już samo to, powinno wystarczyć do ZROZUMIENIA…

Wczoraj rano, gdy wstałem z łóżka i nie czułem się zbyt dobrze (po 350 km na motocyklu, nie do końca przygotowany na chłód jesieni) poczułem chęć, albo raczej niechęć do jedzenia czegokolwiek innego niż papryka. Brzoskwinie. Winogron. Kalafior nawet!
Zacząłem jeść tylko to, co surowe – czując, że oto nadchodzi przełom.
Trochę później, poczułem, że mam chęć na gotowane ziemniaki i leczo. Już zaczynałem sobie tłumaczyć, że to warzywa, cóż z tego, że ugotowane…
Zrozumiałem, że oto stoję przed wyborem: albo dam się skusić na ziemniaczki z koperkiem – wracając do tego, co znane, albo – pójdę za głosem serca, który jakby coraz głośniej piał z zachwytu nad świeżymi warzywami!
Wiedziałem, że oto przyszła do mnie inspiracja, że teraz jest ten czas, że jak nie teraz, to nigdy…! i wytrwałem w początkowym postanowieniu.
Do wieczora jadłem same pyszności – winogron, którego u mnie cała ściana, a któren to był przeze mnie w tym roku omijany; brzoskwinie i nektarynki, awokado.

W nocy miałem piękne sny… i obudziłem się 2h wcześniej niż zwykle. Wyspany (o wiele bardziej) i wypoczęty. Dziś kolejny dzień, ale czuję niesamowitą ekscytację! Wszechświat i moje ciało aż krzyczą do mnie, że to właśnie to, czego potrzebuję, że to przełom, który czułem w kościach od jakiegoś czasu…

Jak będzie – nie wiem. Ale chcę się przekonać.
Hallelujah Praise the Lord!
img_6672…zjadłbym!

Kolejny raz. Kolejna szansa.

Każdy dzień jest nowym początkiem, nowym życiem, nową szansą. Zrozumiałem to już dosyć dawno… wczoraj jednak (a może to już dzisiaj?), zerknąłem na zegarek i to, co zobaczyłem, było dla mnie doskonałym o tym przypomnieniem. Zegar wskazywał dokładnie:

00:00

Odliczanie zaczyna się od nowa – możesz zacząć, spróbować kolejny raz!

Co wczoraj – minęło. Co dziś – nastało. Co jutro – zdecyduj!

Wszechświat istnieje dzięki(/w) Tobie.

Czy rozumiesz, że bez Ciebie Wszechświat nie istnieje? Że jest on W Tobie?

Planety, gwiazdy, wszystko to, co widzisz, i to, o czym wiesz… Jeśli by Ciebie nie było, to nie byłoby też tego, bo jeśli Ty jesteś, to wiesz, że to istnieje. Jeśli odejmiemy z równania CIEBIE, to Wszechświat znika. Twój Wszechświat.
Ilość ich jest nieskończona, a co za tym idzie – każdy ma swój własny, który istnieje dla niego.
Nie ma Ciebie – więc nie ‚wiesz’, że istnieje Wszechświat, więc i on ‚znika’.

Ty jesteś tym, co powoduje do istnienia wszystko. Ty jesteś początkiem i końcem. To w Tobie rozgrywa się wszystko to, co widzisz.

Nie do końca o tym, ale Budda powiedział: „Nie widzisz nic, tylko swoje myśli”.
Przemyśl to przez chwilę, zobacz jak filtrujesz świat przez to, co chcesz zobaczyć, CO SPODZIEWASZ SIĘ ZOBACZYĆ!
Przez swoje myślenie o świecie, sprawiasz, że wygląda on tak, a nie inaczej. Dwie osoby stojące w tym samym miejscu, widzą świat na dwa (a może więcej!) sobie tylko znanych sposobów. Jedna sytuacja sprawia, że pojawiają się u Ciebie myśli. Wiążą się z tym, co widzisz, a tymczasem ktoś inny, te myśli ma zupełnie odmienne. Zainicjowane dokładnie „TĄ SAMĄ SYTUACJĄ”.
Filtry percepcyjne, przez które przepuszczasz wszystkie swoje doświadczenia, powodują myśli… a one kształtują sytuację. Koło się zamyka.
Spodziewaj się zobaczyć dobro, a to właśnie je zobaczysz. Spodziewaj się „najgorszego”, a stanie się najgorsze. Spodziewaj… właśnie, czego się spodziewasz? Co chcesz zobaczyć?
„Nie widzisz nic, tylko własne myśli”.
Halleluja, Praise the Lord! 🙂

„Nie możesz winić młodych”

Bob Marley nagrał kiedyś piosenkę „You can’t blame the youths”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: Nie możesz winić młodzieży (to nie ich wina).

Śpiewa tam:
„You teach the youths about Christopher Columbus
And you said he was a very great man
You teach the youths about Marco Polo
And you said he was a very great man”

Uczysz dzieci o Krzysztofie Kolumbie –
I mówisz, że to wspaniały człowiek.
Uczysz dzieci o Marco Polo –
I mówisz, że to wspaniały człowiek.

Tak nas uczono – Kolumb był wspaniałym człowiekiem, bo odkrył Amerykę. Pominę fakt, że Ameryka była już wcześniej odkryta – jego ‚odkrycie’ zapoczątkowało masowe wybijanie rdzennej ludzkości.
Szacuje się, że w obu Amerykach zginęło od 60 do 100 milionów Indian. Ludzi, którzy żyli w zgodzie z Naturą. Ludzi, którzy żyli i byli wolni, nie musząc płacić za życie.
Potem weszliśmy my, ze swoim kapitalizmem, bronią i zachłannością. Nazwaliśmy ich ‚prymitywami’ i narzuciliśmy nasz, jakże wspaniały, styl życia. Życia w niewoli korporacji, pieniędzy i kłamstwa.
Zatruwamy rzeki, wyniszczamy Planetę.
I mamy misję chrystianizacyjną plemion w dżungli.
Biały człowiek. My.
Współczesna wersja niewolnictwa, pięknie nazywana „najniższą krajową”. Zmieniły się tylko pojęcia, wszystko jest po staremu…
Nic, co widzimy na tym świecie nie jest prawdą. Tylko Natura jest prawdziwa – więc zabijamy każdego, kto żyje z nią w zgodzie, oczywiście nie pomijając samej Natury.
Widziałeś film Samsara?
Polecam.

A tu śpiewający Bob:

Memento mori.

Memento mori – ‚pamiętaj o śmierci’.

Im dłużej rozmyślam nad życiem, tym, że tu jestem, że ŻYJĘ, że mówię i oddycham, tym bardziej dociera do mnie, jak cenny jest czas, który tu mamy. Nigdy nie wiedząc, ile go mamy.

Za jakiś czas – jutro, za miesiąc, a może nawet dziś! – ta przygoda się zakończy. „Co będzie potem, nie wiem i wiem” – jak śpiewała Anna Maria Jopek. Dociera do mnie, że nie będzie to tak, jak wtedy gdy zmieniasz miejsce zamieszkania na Planecie Ziemia – przenosisz się gdzieś, za jakiś czas możesz wrócić, możesz znów spotkać bliskich, odwiedzić sąsiadów…

Umierając – znikasz z tego świata. NIE MA CIĘ JUŻ. Nie spotkasz więcej znajomych, nie pojeździsz swoim samochodem, nie zerwiesz z drzewa pysznych owoców. Koniec tej przygody.
Z pewnością zaczynasz inną, może ciekawszą, a może nie. Ale do tej już nie wrócisz.
Czy rozumiesz więc, jak bezsensowne jest przejmowanie się zdaniem innych? Jak niedorzeczne wręcz jest zastanawianie się: co ludzie pomyślą?
Przecież za chwilę (dłuższą lub krótszą) Cię tu nie będzie! Nie będzie TAK NA ZAWSZE, ZUPEŁNIE.
Pochowają Cię, pomodlą, będziesz czasem w ich myślach i… tyle. Byłeś. Twój czas minął, Ciebie już tu nie ma.

I wiesz co? Ich też.

Życie jest piękne.

Odkryłem dziś magię podróżowania grupą motocykli/stów. Pojechaliśmy w krótką, stupięćdziesięcio kilometrową trasę, siedmioma maszynami. Piękna sprawa. Zacieszałem jak dzieciak, który ma zabawkę w ręku. Ja miałem pod sobą 😀

Wracaliśmy przez Włocławek, przeprawa przez tamę. Gdy zobaczyłem Wisłę, skąpaną w świetle zachodzącego słońca – przypomniało mi się, jak to było, gdy w takiej scenerii kończyłem całodzienne wiosłowanie. Ale to były jaja! Ale to było…!
Każdy zakręt rzeki był inny, każdy metr, kilometr, każdy jej fragment. Wsiadałem w swoją dmuchaną łajbę i machałem wiosłami, licząc niezmiennie, że jeszcze dziś, jeszcze tego dnia nie zginę… że nadal przygoda trwać będzie. I trwała! Dwadzieścia jeden dni dzikiej jazdy po zakolach rzeki. Po mieliznach, gęstych krzakach i pełnych błota brzegach.
Uwielbiałem chwilę, gdy stałem na brzegu Wisły, gdzieś pośrodku niczego i niemo wpatrzony w jej nurt, zastanawiałem się: co dalej? gdzie dopłynę, kogo poznam? co mnie w ogóle czeka?!
Wskakiwałem w ponton, a potem odpychałem się od brzegu i, po raz kolejny, adrenalina buzowała w żyłach. Nurt wielkiej rzeki, i ja – w małym pontoniku.
Jazda bez trzymanki!
Życie. Ach, życie.
Niesamowita przygoda, z której możemy czerpać garściami.

Pamiętajmy tylko, że mamy z niego tyle, ile sami sobie weźmiemy. I-ha! JUST DO IT!

Przypowieść o

„Istnieje pewna chińska przypowieść o wieśniaku, który uprawiał swoje pole z pomocą starego konia. Któregoś dnia koń uciekł na wzgórza, a kiedy sąsiad wyraził wieśniakowi współczucie z powodu takiego nieszczęścia, ten odpowiedział:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”

Po tygodniu koń wrócił ze wzgórz na czele stada dzikich koni, i tym razem sąsiad gratulował wieśniakowi takiego fortunnego obrotu sprawy. A ten rzekł:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”

A potem, kiedy jego syn starał się okiełznać któregoś z dzikich koni, spadł z grzbietu zwierzęcia i złamał nogę.
Wszyscy uważali to za nieszczęście. Ale nie chłop, którego jedyną reakcją było:
„Nieszczęście? Szczęście? Kto wie?”

Kilka tygodni później do wioski wkroczyli żołnierze i zabierali do wojska wszystkich mieszkających tam sprawnych młodzieńców. Gdy zobaczyli, że syn tego wieśniaka ma złamaną nogę, zostawili go w spokoju.
Czy teraz to było szczęście? Nieszczęście? Kto to wie”

            z „Przebudzenia” A. de Mello