Wiadomość do… wszystkich.

Napisane do pewnej osoby, przydać się jednak, może każdemu…

Miło się czyta takie wiadomości, fajnie jest… słyszeć dobre rzeczy. Czasem jednak słyszę też to, co niekoniecznie mógłbym uznać za pozytywne – piszą, lub komentują ludzie, do których moje przesłanie zupełnie nie trafia, a na co oni reagują dość dużym oburzeniem. Nie przejmuję się tym jednak, wiedząc, że sam kiedyś oceniałem innych, że sam reagowałem tak, jak oni. Potem przyszedł czas, w którym zrozumiałem, że każda ocena, którą wystawiamy komuś innemu, jest tylko ocenianiem siebie samego – to, że ktoś coś robi, a nas to boli, to niezawodny znak, że mamy do siebie żal. Żal, iż sami w tym kierunku nie idziemy. Dlatego liczę się z tym, że zawsze kogoś zabolą moje filmiki – a może raczej to, że nagrywam, nieważne o czym.

Do tego dochodzi zrozumienie, że ilu ludzi, tyle opinii.. i nigdy wszystkim nie dogodzisz. Wiesz, że są ludzie, którzy nie lubią lodów albo bananów?

Może być ciężko to zrozumieć, a jednak tak właśnie jest – zawsze się znajdzie ktoś, komu się to nie będzie podobało… no i co? czy to ma Cię powstrzymać przed mówieniem co myślisz?

Bashar kiedyś powiedział, że piosenkarz, który śpiewa, po prostu śpiewa. Są ludzie, którym się podoba jego twórczość, są też tacy, którym kompletnie to nie odpowiada – więc co? Jedni go słuchają, inni nie. Tyle.

Jeśli czujesz zew, powołanie, chęć – jakkolwiek to nazwiesz, to… działaj. Nie ma lepszego czasu niż teraz, nigdy nie będziesz bardziej gotowa niż jesteś TERAZ. To, czego masz się nauczyć, wyjdzie po drodze… Zaczynałem od najprostszych sposobów przycinania filmików, potem wymyślałem inne rzeczy… wszystko dzieje się, gdy TY działasz. Innego sposobu nie ma 🙂

Mówisz, że nikt mnie nie porwie, zgwałci… kto wie? Jak jechałem stopem na Saharę, miałem sytuację w Hiszpanii, kiedy zatrzymał się jakiś facet i chciał mnie podwieźć. Akuratnie zmierzałem w drugą stronę, co po chwili okazało się dużym szczęściem – gdy odjeżdżał, zobaczyłem wytatuowane na jego ciele dwa pistolety. Kto wie, co mnie czekało w jego samochodzie?

Nigdy nie wiadomo, ale z drugiej strony, nigdy nie wiadomo co Cię czeka, gdy wychodzisz do pobliskiego sklepu. Zawsze może się wydarzyć COŚ… Jedyne czym różnią się te sytuacje, to fakt, że w podróży jesteś tego bardziej świadoma. Ale i na to jest sposób, bo przecież wystarczy ‚wkładać sobie do głowy’, że będzie okej… i tak się właśnie dzieje 🙂

Poznałem kiedyś dziewczynę, która objeździła na stopa cały Iran. Inna z kolei, dotarła aż do Konga. W pojedynkę.

Jak więc sama rozumiesz, można! 🙂

Nie martw się na zapas, działaj.
Jak powiedział Mark Twain „Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”

dsc00489ahoj przygodo!

Czy już zacząłeś?

Tekst zaczerpnięty z materiałów Mateusza Grzesiaka. Polecam 🙂

„Czy już zacząłeś? Czy idziesz dalej?

Najpierw coś Ci wychodzi. Strzelasz gola na boisku, śpiewasz ładnie piosenkę, tłumaczysz coś koledze w pracy. Wtedy ktoś mówi Ci, że powinieneś to robić, że się do tego nadajesz. Nie wierzysz w to, więc zbijasz jakimś głupim argumentem typu: „To był tylko przypadek”. To pierwszy etap – powołanie.

Ale ciągnie Cię do tego. Umysł nie daje Ci spokoju, produkując kolejne fantazje „co by było, gdyby”. Gdybyś bił piłkarzem i zdobył złotą piłkę. Piosenkarką, która wydała platynową płytę. Trenerem z zabookowanym na miesiące do przodu kalendarzem. To drugi etap – przekonywanie się.

Gdy w końcu dasz sobie prawo na materializację nadziei, zaczynasz nieśmiało ćwiczyć. Chodzisz częściej na boisko. Śpiewasz przed lustrem swoje ulubione kawałki. Rozmawiasz z ludźmi w taki sposób, by mieć sposobność dać im choć najmniejszą radę. Ten trzeci etap nazywa się inicjacją – jesteś na początku drogi i myślisz, że może jednak coś z tego będzie.

Ale za chwilę dostaniesz po dupie. Na boisku pojawia się silniejszy gracz i widzisz, jak wiele Ci brakuje. Śpiewasz w jakimś konkursie i zajmujesz przedostanie miejsce. Chcesz kogoś czegoś nauczyć, a w internecie widzisz kogoś, komu do pięt nie dorastasz. Ten czwarty etap to porażka. Jeśli się teraz poddasz, będziesz zgorzkniały i zaczniesz udawać, że przeciętność Cię zadowala.

Chyba, że weźmiesz to na klatę i wrócisz następnego dnia na boisko, na zajęcia ze śpiewu, na szkolenie. Dla większości będziesz pośmiewiskiem. Dla niewielu kuriozum. Ale dla jednostek na samej górze jesteś nadzieją, że będą mieli za jakiś czas partnera. Oni to rozumieją, bo sami przez to przechodzili. To etap piąty – pozostanie w grze.

Rozpoczynasz rzemiosło. Już wiesz, że nie będzie łatwo, ale dzięki temu przestajesz się łudzić. Zbierasz bęcki na boisku, ale trener zaczął minimalnie zwracać na Ciebie uwagę. Ciągle jesteś strofowana za fałszowanie, ale śpiewasz nadal. Występujesz na scenie i końca błędów nie widać. To szósty etap – treningu.

Po jakimś czasie przychodzi pierwszy sukces. Strzelasz gola w trudnej sytuacji. Śpiewasz i dostajesz brawa od innych. Wrzucasz film w sieć i pojawiają się pozytywne komentarze. Dotykasz rzadko spotykanego wcześniej luksusu bycia dobrym, a nawet tak krótki kontakt z nim wystarcza, byś się wzmocnił. To co robisz, działa. Jedziesz dalej. To siódmy etap – motywacji.

Po pierwszym sukcesie są kolejne. Jesteś nadal cienki, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Niektórym się nawet podobasz. Ćwiczysz, więc liczba podziwiających się zwiększa, aż w końcu jest ich wystarczająco dużo, by zacząć zarabiać na tym pieniądze. Cieszysz się coraz bardziej, ale Twój entuzjazm gaśnie, gdy gdzieś czytasz o sobie pierwszy niewybredny komentarz. Kolejne są jeszcze gorsze i w koktajlu żalu, smutku i wściekłości wchodzisz na etap ósmy – hejtu. Jeśli zejdziesz do jego poziomu, przestaniesz ćwiczyć i zaczniesz staczać się w otchłań ludzkich kompleksów, cieni, demonów. I skonasz w nim tak samo, jak konają w nim ci, którzy zeń w Ciebie plują.

Ale grasz dalej. Już nie jesteś cienki, bo obok techniki pojawia się też dojrzała osobowość, która zaczyna rozumieć skąd biorą się problemy innych. Zaczynasz być dobry, naprawdę dobry, tak że jest o Tobie coraz głośniej. Widzisz, że te dwie energie – podziwu i poniżania, wsparcia i niszczenia, prawdy i kłamstwa są dwoma stronami tej samej monety. To się nigdy nie zmieni, a Ty poznajesz zasady i przestajesz z nimi walczyć. To dziewiąty etap – akceptacji.

Masz teraz tak dużo, że nie dasz rady sam tego skonsumować. Ogarniasz świat materialny i stajesz się kreatorem rzeczywistości. Masz pieniądze, sławę, zrealizowałeś wszystkie marzenia i dopiero teraz widzisz zewsząd cierpienie innych. Zamiast treści, widzisz formę. To etap dziesiąty – służby, na którym są wszyscy ci, którzy nie mają już nic więcej do osiągnięcia, bo to nic nie zmieni. Bez służby nie byłbyś w stanie żyć – za dużo widzisz cierpienia, za dużo lęku, za dużo prymitywizmu, za dużo agresji. Ale ponieważ sam tam byłeś i sobie z tym poradziłeś, postanawiasz być pożytecznym dla świata. To ostatni etap.”

Przypowieść… we śnie.

Śniło mi się, że śnię o śnieniu. Nie wiem ile to było poziomów snu… Z wielką nadzieją, próbowałem przypomnieć sobie całość przypowieści, która dotarła do mnie w czasie snu.
Zapamiętałem tylko to:
„Przypowieść o wielorybach…
(…) dlatego, że nie ma nic – jest wszystko”

Obudziłem się bardzo podekscytowany – piękny to był sen. Ehh, gdybym tylko przypomniał sobie całość przypowieści…
🙂
healing

Smocza krew – czyli kolejny ‚cud’ Natury dla nas.

Któregoś dnia koleżanka, która pracowała w wegańskiej restauracji, wróciła do domu z bardzo paskudnym rozcięciem dłoni. Zdjęła opatrunek, przemyła letnią wodą i polała… kilkoma kroplami smoczej krwi.
Nie za bardzo wiedziałem co to, jak to i dlaczego działa, o tym jednak dowiedziałem się, gdy sam zacząłem stosować.
Kupiłem krople, w buteleczce 50 ml. Jest to żywica drzewa Croton lechleri – najszybciej ‚gojące’ się drzewo na świecie.
Sok ma bardzo długą historię stosowania w tradycyjnej medycynie w obszarze Amazonii. Pierwsza pisemna wzmianka o soku smocza krew, autorstwa hiszpańskiego przyrodnika P. Bernabé Cobo , sięga roku 1600. Populacja Indian i Metysów wykorzystywała sok do leczenia ran, aby zatamować krwawienie, przyspieszyć proces gojenia i ochronić skórę przed zakażeniami. Znalazł także zastosowanie w leczeniu zapalenia dziąseł, miejsc intymnych, przy chorobie wrzodowej czy na gorączkę.

Jest to GENIALNE na wszelkie skaleczenia, rozcięcia, rany skórne! Po kilku kroplach rana wygląda jak by miała co najmniej tydzień! 🙂
Cały czas mam w domu – i używam, gdy tylko zajdzie potrzeba.

Więcej do poczytania, np. tu:
http://www.zdrowiezperu.pl/sangre-de-drago
Ja zamawiałem z angielskiego sklepu, ale w Polsce już też można znaleźć 🙂

Lapacho – magiczna herbata, która leczy!

Moja przyjaciółka, Wiedźma (Kobieta, która posiada Wiedzę) przygotowywała napar z… no właśnie, wtedy jeszcze nie wiedziałem z czego. Działało, i to się liczyło.
Potem zainteresowałem się tym bardziej i kupiłem… Lapacho – korę Tabebuia impetiginosa, drzew rosnących w Am. Południowej.
Teraz, gdy tylko czuję, że ‚coś się dzieje’ – przygotowuję napar, i następnego dnia jest po problemie. Zamiast wszelkich leków na przeziębienia, czy grypy – skończmy z tymi truciznami i poczęstujmy się tym, co Matka Natura nam daje w prezencie 🙂

Opis:
Pau d’arco, La pacho (Tabebuia impetiginosa; taheebo, ipe roxo, tahuari) wewnętrzna kora tego drzewa jest szeroko wykorzystywana w etnomedycynie Ameryki Południowej od tysięcy lat. [1] Rdzenni mieszkańcy tradycyjnie przyrządzają odwary i napary z kory lapacho nazywane Taheebo, które stosują do leczenia infekcji, chorób zapalnych układu oddechowego, dróg moczowych, zapalenia gruczołu krokowego, problemów żołądkowo-jelitowych, stanów zapalnych wątroby i stawów (reumatyzm).

Taheebo był dawniej stosowany również jako środek przeciwbólowy i do leczenia kiły (syfilisu), malarii, leiszmaniozy, gorączki, czerwonki i liszajca. Przemywano nim rany i zakażenia grzybiczne skóry. W okresie przybycia hiszpańskich konkwistadorów do Ameryki Południowej Pau d’arco było stosowane w dużych ilościach przez plemiona: Guarani, Tupi-Nambo, Callawaya, Quechua, Aymara oraz inne [1].

DZIAŁANIE

Kora La pacho zawiera wiele substancji aktywnych, spośród których szczególne znaczenie ma lapachol i jego pochodne (np. β-lapachon), oraz katechiny, flawonoidy i inne związki polifenolowe. Współczesne badania potwierdzają właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwzapalne i przeciwnowotworowe wyciągów z T. impetiginosa.

Działanie przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe

Składniki zawarte w korze pau d’arco wywierają działanie przeciwbakteryjne, selektywnie hamują rozwój bakterii chorobotwórczych np. Clostridium perfringens, Helicobacter pylori oraz Escherichia coli, jednocześnie nie niszcząc pożytecznej flory bakteryjnej jelit: Bifidobacterium adolescentis, Bifidobacterium bifidum, Bifidobacterium infantis, Lactobacillus acidophilus, and Lactobacillus casei. [3]
Wykazano, również aktywność ekstraktów z kory lapacho przeciwko leszmaniozom i wirusom opryszczki (herpes I i II). [2]

Infekcje narządów płciowych

Wyciągi Pau d’arco mogą być niezwykle pomocne w kłopotliwych infekcjach narządów rozrodczych, można je stosować do płukanek, nasiadówek, okładów i irygacji. Stosowanie wyciągów z kory (zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie) zaleca się w zakażeniach grzybicznych narządów płciowych, infekcjach wirusowych (opryszczka) i bakteryjnych, stanach zapalnych cewki moczowej, szyjki macicy. [6]
Pau d’arco wspomaga leczenie opryszczki oraz brodawek płciowych.

Działanie przeciwnowotworowe

Wyciągi z Tabebuia impetiginosa wykazują aktywność (in vitro) przeciwko wielu liniom komórek nowotworowych m. in. raka piersi, raka prostaty, białaczki, raka jajnika, naskórzaka krtani, czerniaka złośliwego, raka sutka, gruczolakoraka płuc, raka szyjki macicy, kostniakomięsaka. [1]

ZASTOSOWANIE

  • Wspomaga leczenie infekcji bakteryjnych, wirusowych (opryszczka) i grzybicznych
  • Wspomaga leczenie zakażenia Helicobacter pylori
  • Wzmacnia odporność immunologiczną
  • Wpływa regulująco na funkcje układu pokarmowego (wrzody, kamienie żółciowe)
  • Działa przeciwzapalnie
  • Wykazuje działanie przeciwnowotworowe
  • Podnosi liczbę erytrocytów, limfocytów i leukocytów we krwi
  • Wspomaga gojenie ran i oparzeń
  • Przeciwdziała zakrzepom
  • Poprawia krążenie krwi
  • Poprawia kondycję skóry, pomocny w terapii trądziku na tle infekcji bakteryjno-grzybiczej, trądziku różowatego, wyprysków, owrzodzeń, w łojotokowym zapaleniu skóry,
  • Obniża poziom cukru we krwi
  • Do lewatyw przy hemoroidach i świądzie odbytu

W okulistyce (do okładów i maści) wspomaga leczenie przewlekłych infekcji grzybicznych i bakteryjnych/ roztoczami, stanów zapalnych brzegów powiek, zapalenia spojówek, nadmiernego łzawienia, zmian alergicznych oka [6]

Pau d’arco (Tabebuia impetiginosa, synonim Tabebuia avellanedae) – nazywane drzewem mrówkowym, to wysokie, wiecznie zielone drzewo rosnące w lasach deszczowych Ameryki Centralnej i Południowej. Surowcem leczniczym jest głównie wewnętrzna kora (łyko), ale też liście i kwiaty. Plemiona Guarani i Tupi nazywają lapacho „tajy” –co oznacza mieć siłę i wigor (ang. „to have strength and vigor”).

Zainteresowanie pau d’arco gwałtownie wzrosło, gdy w latach 60. ubiegłego stulecia zostało ogłoszone „cudownym lekiem” na raka przez magazyn „O’Cruizeiro”. Wówczas Amerykański Instytut Badań nad Rakiem (NCI) zainteresował się składem fitochemicznym rośliny i rozpoczął intensywne badania. Za najważniejszy składnik uznano lapachol, który został włączony do pierwszej fazy badań klinicznych z udziałem pacjentów chorych na nowotwory. Jednak badanie zostało przedwcześnie przerwane ze względu na działanie niepożądane – nudności, wymioty i problemy z krzepliwością krwi spowodowane bardzo wysokimi dawkami wyizolowanego lapacholu. Współczesne badania nad pozostałymi związkami kory pau d’arco są bardziej obiecujące. β-lapachon obecny w korze również wykazuje właściwości przeciwnowotworowe, hamuje proliferację komórek rakowych i stymuluje białka związane z apoptozą. Należy również podkreślić, że pozostałe związki zawarte w korze lapacho wpływają korzystnie na stężenie witaminy K w organizmie i równoważą działanie lapacholu.

DAWKOWANIE

Z kory można przygotować:
odwar: 1-2 łyżki rozdrobnionej kory zalać 1 szklanką wody, doprowadzić do wrzenia, a następnie gotować jeszcze na małym ogniu przez ok 15-20minut. Pić 2-3 szklanki dziennie. Przy schorzeniach układu moczowo-płciowego, układu oddechowego i pokarmowego pić często i małymi porcjami. Odwar można również stosować zewnętrznie na skórę (płukanki, okłady, przemywanie).
Nalewkę 1:5 na alkoholu 50-60%

Ja kupuję tu:
http://www.brat.pl
Są też na allegro.

Historia pewnej piosenki.

Czas już jakiś temu, napisała do mnie pewna dziewczyna. Zupełnie Jej nie znałem, lecz najwyraźniej ona skądś znała mnie – przynajmniej ze słyszenia. Zaproponowała mi wspólny wyjazd na Drugi Zlot Paragonowy, w Szklanym Zamku w Osłoninie.
Wziąłem samochód, zapakowaliśmy się i pojechaliśmy.
Poznałem zajebistych chłopaków z „Paragonu z podróży”, gdzie piszą o tanim podróżowaniu. Poznałem też niesamowite miejsce nad Zatoką Pucką, gdzie życie wyglądało troszkę inaczej, niż to ma miejsce powszechnie. Inni ludzie, inne zasady, inne dosłownie wszystko (nawet wanna była wielkości przeciętej na pół cysterny – kto wie, może nawet nią była).
Dwa, a może trzy dni spędzone w towarzystwie pozytywnie zakręconych ludzi, którzy uwielbiają podróżować, i robią to, na wszelkie możliwe sposoby. W trakcie zjazdu i ja miałem swoją prelekcję, o Wiśle trochę opowiadając.
Na jednej ze ścian wisiała duża tablica, na której każdy mógł wpisać coś, co uważał za stosowne. Tematem przewodnim było:
MIEJSCA DO ZOBACZENIA W POLSCE.
img_5337
Na miejscu był stary Land Rover Defender. Dla wielu ludzi samochód kultowy. Dla mnie – terenówka, więc zaciesz miałem od pierwszego „wsiąścia” 😀
Nie wiem ile osób wsiadło na pakę, ale z przodu siedziało nas trzech: ja (trzeźwy kierowca), Patryk (jako automatyczna skrzynia biegów) oraz Maciek (jako hamulec postojowy i serwisant).
Ruszyliśmy w (zbyt) daleką podróż – od zatoki, aż na Hel. Nie jest to wiele kilometrów, natomiast jeśli jedzie się zabytkowym autem w takim stanie… cóż, uciechy było co nie miara!
Hamulce – praktycznie nie istniały. Jedynym sposobem by zwalniać, było hamowanie biegami. To z kolei, nastręczało innych trudności, ponieważ skrzynia pracowała dość słabo (trzeba było losować biegi jak w starym jelczu), w dodatku wajcha była w znacznej odległości od kierownicy. Poświęcając pełną uwagę temu, by nie rozjechać nikogo na drodze, ani nie wbić się w tył innych pojazdów, niewiele pamięci RAM w mojej głowie, zostawało na obsługę skrzyni biegów.
Gdyby na tym się kończyła lista nie do końca normalnych funkcji tego auta… tymczasem, hamulec postojowy był niczym innym, jak tylko solidnym kawałkiem drewna, który trzymaliśmy pod nogami, a za którego obsługę, odpowiedzialny był Maciek. Wyskakiwał za każdym razem z samochodu, i możliwie jak najszybciej, podkładał go pod jedno z kół.
Najciekawszym jednak dla mnie, było tankowanie owego auta. Otóż nie podjeżdżaliśmy (jak to większość ludzi ma w zwyczaju) pod dystrybutor na stacji benzynowej – nie, my zatrzymywaliśmy się pod Biedronką, po czym kilka osób szło do sklepu, by za chwilę wrócić z kilkunastoma butelkami oleju. Słonecznik, rzepak – nie było znaczenia.
Całość naszej wyprawy przedstawiała się więc dość komicznie. Podczas jazdy skupiałem się na tym, by w nic nie wjechać, Patryk losował biegami, Maciek skakał z drewnianym klockiem, a cała paka ludzi robiła różne dziwne hałasy, śmiejąc się lub przeżywając wraz z nami chwile trwogi, gdy coś działo się na drodze. Oczywiście wisienką na torcie, były zmieszane miny przechodniów, podczas gdy wlewaliśmy olej do naszego wehikułu 🙂
Wyprawa jednak zakończyła się dobrze, nikt nie ucierpiał (poza skarbem państwa z racji tańszego paliwa) i po kilku godzinach wróciliśmy z wycieczki.
img_5341

img_5096
Jako, że w trakcie dnia spacerowaliśmy po plażach, walczyliśmy z samochodem, deszczem, wiatrem oraz zmęczeniem po nieprzespanej nocy, teraz czuliśmy się całkiem wypompowani. Zjedliśmy coś na kształt obiadu, po czym każdy usiadł w możliwie jak najwygodniejszym miejscu.
Leniwie toczyły się rozmowy; ktoś coś popijał, ktoś dojadał – generalnie atmosfera totalnego chillout’u. Wtem, z przymkniętych na wpół powiek, ujrzałem niewiastę z gitarą!
Nie wiedziałem skąd się tam wzięła, niemniej jednak BYŁA. To nie zrobiło jeszcze na mnie dużego wrażenia (ileż to już w życiu osób z gitarrrą spotkałem), tymczasem po chwili… zaniemówiłem.

Siedziała naprzeciw mnie i nie dość, że grała, to jeszcze śpiewała. A śpiewała piosenkę, która porwała moją duszę gdzieś wysoko w niebo, gdzieś gdzie czas się zatrzymał, gwiazdy gasły, a ja – szybowałem w nicości.
Nigdy przedtem tej piosenki nie słyszałem, nie wiedziałem, że istnieje.

Nie jest to dobre wykonanie, lecz najlepsze jakie znalazłem do tej pory. Chciałbym, żeby ta dziewczyna nagrała cover – tęsknię za jej głosem, za jej wykonaniem!
https://www.youtube.com/watch?v=gVmt6SZUEPM

Tego wieczoru jeszcze wiele razy prosiłem ją, by to zagrała. A ona, nie wiedzieć czemu – wciąż mi to grała, jak dziecko kołysanką hipnotyzując…

Kilka dni później zdobyłem jej adres, i gitarę mą wysłałem. U mnie trochę na niej osiadał kurz, u niej – ach, niech ta piosenka rozbrzmiewa jak najgłośniej!

Lista marzeń.

Nie do końca wiem skąd się biorą nasze marzenia. Czy to za sprawą nagłych olśnień, impulsów czy zwyczajnej ‚podniety’, która wystąpiła, gdy o czymś usłyszeliśmy? Czy może przeczytany gdzieś artykuł lub sama, egzotycznie brzmiąca nazwa, która zapadła w pamięć?
Weźmy na przykład jedno słowo:
Titicaca.
Mówi Ci to coś? Może wiesz co oznacza, lecz u Ciebie nie budzi żadnych emocji? U mnie powoduje szybsze bicie serca. Czemu? Nie wiem sam. Kojarzy mi się po prostu z odległymi lądami – pewnie na lekcji geografii usłyszana, na zawsze zostanie w mej pamięci, synonimem przygody pozostając.
Amazonia. Borneo. Uprząż alpinistyczna. Cokolwiek. Dla Ciebie bez znaczenia, dla mnie – słowa klucze.

Marzenia. Czy ich zestaw mamy wbudowany w swoją istotę, gdy na Ziemię przychodzimy? Czy podczas naszej tu podróży, nabywamy swoiste misje do spełnienia?
Coś chcesz, lecz nie do końca wiesz czemu. Coś Cię w danej rzeczy, w danym miejscu lub czynności – POCIĄGA. Gna naprzód i porywa Twoje serce.
Mam listę rzeczy, które chcę/lub chciałem zrobić, przed odejściem z tego świata. Nie wiem czy ma ona koniec, bo przecież ciągle ją aktualizuję… Niemniej jednak, trochę już punktów odhaczyłem! 🙂

1. Spędzić noc na pustyni.
2012 rok.  Z powodu braku środków na odbycie podróży w inny sposób, ale przede wszystkim – z chęci przeżycia prawdziwej Przygody (przez bardzo duże Pe), ruszyłem tam autostopem. Celem była Sahara. To przecież ona najbardziej me zmysły od dawnych lat rozpalała. To właśnie stamtąd dochodził do mnie prawdziwy ZEW!
Noc pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem na Ziemi. Magia w czystej postaci!
dsc00478-kopiowanie

2. Skoczyć na bungee.
Rok 2010. Okazja pojawiła się, gdy byłem ze znajomymi na Katorgaliach (imprezie studenckiej). Na miejscu był  dźwig – więc nie było z czym zwlekać! Wjechałem na siedemnaste piętro (51 metrów), stanąłem przerażony wysokością, a chwilę później puściłem się uchwytów… i prułem powietrze, pikując głową w dół. Przeżycie niezapomniane. Jak mawiał mój kolega: kupa w majtach.
Film ze skoku do obejrzenia na moim kanale YouTube –https://www.youtube.com/watch?v=daddRqbolZI

3. Przepłynąć Wisłę.
Rok 2013. Mały, dmuchany ponton, wiosła zrobione z trzonków od łopaty, trochę jedzenia i… Wielka Rzeka.
Od pływaniu po rzekach nie wiedziałem nic. Przeczytałem spis przeszkód na trasie (oczywiście tylko tych, które zbudował człowiek – milionów innych nikt nie mógł spisać), ruszyłem pociągiem do Krakowa i… wiosłowałem po kilkanaście godzin dziennie.
Wisła to cudowna rzeka; pełna jest niespodziewanych atrakcji, obracających ponton wirów czy wielkich ryb, ale też niezapomnianych widoków, rozległych pejzaży i niesamowitej dawki adrenaliny. Żywioł w czystej postaci. Piękno natury, dające się poczuć, gdy śpisz na dzikich wyspach czy zarośniętych jej brzegach.
Cała opowieść do poczytania w mojej książce – zakładka „Wisłą, z Krakowa do Gdańska”.
dsc02971

4. Skok ze spadochronem (lub, jak mówią niektórzy – skok ze spadochronu :D).
Rok 2010. Lotnisko Kruszyn, k. Włocławka.Kilka razy rozmawiałem o tym pomyśle z moim bratem. Któregoś dnia zadzwonił i zapytał: może byśmy skoczyli w weekend?
Marzyło mi się, by skoczyć przy pięknej pogodzie, gwarantującej maksimum wrażeń. W sobotę padał deszcz – w niedzielę mieliśmy skakać. Siła naszej wyobraźni jest niezrównana… i następnego dnia było bezchmurne niebo! Dokładnie tak, jak to sobie wymyśliłem!
Pojechaliśmy na miejsce, trzęsąc się z podniecenia. Po krótkim instruktażu załadowałem się na pokład samolotu. Wznosiliśmy się dość szybko, a gdy osiągnęliśmy właściwy pułap (4000 m.), samolot zrobił się pusty – wszyscy po kolei wyskoczyli i zostałem sam z przypiętym do mnie instruktorem.
Doszliśmy do drzwi (których nie było) i oto moim oczom ukazał się niezapomniany widok – przestrzeń tak ogromna, że trudno było objąć ją wzrokiem, a w dole, leniwie wijąca się Wisła. Ogromny pęd wiatru, jego szum… i już moje nogi odrywają się od pokładu samolotu. Najcudowniejszy moment w moim życiu!
Minuta lotu z prędkością 200 km/h, po czym otwarcie czaszy i kilka minut powolnego spadania.
Kwintesencją skoku były słowa instruktora, podczas lotu na otwartym spadochronie:
„Witam w moim biurze”.
dsc_3882

5. Wejście na Rysy.
Rok 2014. W nadziei, że będzie trochę luźniej, wybraliśmy wrzesień. Ja i mój dobry kolega Robert. Poszliśmy, weszliśmy. Widoki przecudne, wrażenia fantastyczne. Uwielbiam góry!
img_0451-kopiowanie

6. Własna książka.
Mógłbym zmieścić to w jednym akapicie, razem z Wiślaną przygodą, lecz… marzeniem moim to było od zawsze. Napisać książkę, przelać słowa na papier, podzielić się tym, co w mej głowie. Idealnie się złożyło, że moje przemyślenia mogłem połączyć z opisem wyprawy – a może na odwrót? Rzeczy, których doświadczyłem na Wiśle wiele mnie nauczyły i cudownym uczuciem było móc je przelać na papier! 🙂

7. Skoczyć z molo.
Rok 2010. Jedziemy z kumplami nad morze, by na okres lata stać się niosącymi pomoc stróżami – ratownicy WOPR jadą po przygodę. Stacjonujemy w Dziwnowie, lecz podczas odwiedzin u znajomych w Międzyzdrojach, docieramy na molo. Nie znamy ‚terenu’, więc naturalnie dajemy pierwszeństwo rdzennym mieszkańcom tych ziem, a chwilę później staję na krawędzi drewnianego pomostu. Do wody jest jakieś 7-8 metrów, więc nogi lekko drżą.
Chwila niepewności… i lecę wprost do wody! Lot trwa tyle co mrugnięcie okiem, lecz dokładnie pamiętam nerwowe zaczerpnięcie powietrza, podczas jego trwania.
Wpadam do wody i z radości krzyczę! Płyniemy szybko na koniec molo, oto bowiem zbliża się zaalarmowana przez turystów motorówka…
Coś pięknego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

8. Zapalić w Holandii.
Rok… chyba 2010. Wraz z moim przyjacielem postanawiamy się wybrać do Niderlandów. Jego wujek jeździ na międzynarodowych trasach, więc mamy podwózkę do „połowy” trasy. W międzyczasie znajdujemy innego kierowcę, który odpowiada na nasz apel nadany przez CB Radio.
Facet jest co najmniej… nienormalny. Zapętlona płyta z biesiadnymi piosenkami (nigdy nie zapomnę „Ale jaja, ale jaja… ale jaja… ale jajaaa…” – https://www.youtube.com/watch?v=CA6olyaudU4), z tyłu auta jakieś sadzonki pomidorów, przy drążku biegów – szklanka z wodą do gaszenia petów. Do Holandii mieliśmy tylko 4h jazdy. Przy sposobie bycia tego człowieka i jego stylu jazdy, wydawało się to wiecznością. Oczywiście na autostradzie spalił się TIR, więc podróż zajęła godzin OSIEM. Po drodze milion niebezpiecznych manewrów, dwie kłótnie na środku drogi i cała masa innych, naprawdę dziwnych akcji.
Dotarliśmy. Do coffe’shopu poszliśmy. Na własne oczy zobaczyłem, jak na parapecie pną się w górę zielone roślinki. Na własnych płucach poczułem, jak smakuje dobrej jakości marihuana, wypalona wespół z dwoma afroamerykanami 😀

9. Skoczyć na rowerze do jeziora.
Nie pamiętam kiedy to było… na pewno nie tak dawno. Nadarzyła się okazja, więc… rozpędziłem się na pomoście i skoczyłem zeń wprost do jeziora.
Chwilę zajęło wyciągnięcie roweru, ale było warto!
P.S: Czy ktoś jeszcze miewa takie pomysły? 😀

10. Przepłynąć wpław całe jezioro.
Łęckie (na mapie Łąkie). Zbiornik wodny, który znam na pamięć. Kąpałem się tam tysiące razy, lecz zazwyczaj przepływałem je wszerz. Któregoś dnia wziąłem kumpla z łódką (do asekuracji) i ruszyłem wzdłuż. 2 h ciągłego płynięcia, trochę ponad 5 kilometrów długości…
Cóż za satysfakcja!

11. Kochać się pod rozgwieżdżonym niebem.
Ciepła, letnia noc. Ja i… ona. Miliard gwiazd na niebie, i my, w miłosnym uniesieniu.
Tarzamy się po trawie, ja na niej, ona na mnie. Zmieniamy się co chwilę miejscami, całując i pieszcząc nasze ciała. Ziemia pod nami pulsuje, a my wraz z nią, doprowadzając się na szczyt przyjemności… Spleceni w miłosnej ekstazie, regularnie falujemy w rytmie pożądania…
Czas zdaje się płynąć inaczej, zastaje nas świt. Szczęśliwi ze zmęczenia, potargani i spełnieni, zostawiamy za sobą wygniecioną trawę.

Szybkie bicie serca… na myśl o tej nocy.

12. Wykąpać się zimą.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem. Czytam wszystko, co się da na ten temat znaleźć, potem jadę nad jezioro, rozgrzewam się i wbiegam do wody. Szok, brak tchu i lodowe ściśnięcie całego ciała. Pluskam chwilę, bawię się nowymi odczuciami w ciele, a potem wybiegam, by szybko się wytrzeć, i w ubrania wskoczyć. Narkotyk – wiele osób twierdzi, że to narkotyk. Krew, która spłynęła z całego ciała, by się ogrzać w głównych organach, teraz, chwilę po wyjściu, zaczyna krążyć na powrót po całym ciele. Każdy, dosłownie każdy mięsień zaczyna pracować i grzać – tego nie da się opisać, to trzeba poczuć. Uwaga, można się uzależnić.

13. Polecieć Myśliwcem!
Do zrobienia 🙂

14. Polecieć w kosmos.
Kilka razy byłem… lecz przydałaby się podróż w troszkę innej formie 😀

15. Wspiąć się na sekwoje.
Ileż to razy mój umysł pracował na najwyższych obrotach, gdy w Planet Earth wspinających się ludzi widziałem…

16. Zobaczyć Wielką Piątkę afrykańskiej sawanny.
Dzikie zwierzęta. Fascynuje mnie to, że wciąż obok nas żyją. Kocham je tropić w lasach, spotykać przy wodopojach, czy mieć bliskie spotkania w leśnej gęstwinie. Cywilizacja betonu i asfaltu, zaawansowanych technologii i internetu… a obok tego wszystkiego, cicho przemykają przez leśne chaszcze, dzikie wciąż zwierzęta 🙂

I AM A STARSEED.

I AM A STARSEED
„I am a starseed. I am different. I don’t belong on earth. That is because earth is not my true home. I felt different all my life. My thoughts are different. My mind is different. My energy is different… I sense things around me. I hear things. I will just know things. I “see” people, beyond the exterior. It’s like I see their soul. I see their colours. I see their energy. I see their heart… Or lack of. I feel what others think of me. I am sensitive. I have allergies because of my sensitivity. I tried to fit in. I can’t. I’d rather die, because in order to fit in, I would have to kill everything inside me anyways. I tried that, and I wouldn’t recommend it. Besides, I know that’s not why I am here. I am programmed to be different. It’s in my DNA. I cannot conform. I came in this way so that I would react to these things around me, so that change can happen. I know I am not alone. Although, I am alone where I am. Many times I thought I was crazy. I must be insane having all these thoughts. –Starseed, alien, advanced technology, light beings, star people, mission to change the planet, save humanity… Sounds like a movie. Growing up I thought there was something seriously wrong with me. And I was embarrassed and ashamed about these thoughts, because who was I? I was nobody. I did not fit in, I was weird, and I was teased and made fun off. I was crazy thinking I had these super powers and would change the world. Now, that I have awaken, I know it is true. I am not crazy. I am here to change the world. I do have so-called “super powers”, which I am beginning to remember and re-learn. Of course I believe in aliens. I always knew I was one of them. I knew it in my heart. They are family. Earth is okay. By that I mean Gaia mostly. The soul that is the planet. I am here to help her. There were many of us that answered the call. Some were asked; some volunteered. We all wanted to go. We all wanted to be here. We care about Gaia. The earth was so dark. We could see it. We didn’t like it. We wanted to help. First we had to wait. We could not interfere. It was difficult for us to just watch. We didn’t want this planet to be destroyed by darkness. It is such a beautiful planet. Many of us have had many visits, and we care about the planet. Gaia is strong, but she needed some assistance, and we were happy to assist her. We all wanted to be here. But it’s very different from what we are used to. It’s dark here. The energy is very dense. There’s negativity here. Ego is very strong. There is much competition. We don’t understand that, because we know we are one. We don’t understand cruelty. We don’t understand dishonesty. We want equality. We want change and enlightenment. But we must realize that WE are the change and enlightenment. The ascended masters, galactic beings, angelics, or anyone else is not going to just appear, and suddenly everything will be fine and it’s over. WE are the ascended masters, galactic beings, angelics and others. It is us. We are the ones changing the world. We are changing it now. Be who you are. However you are. You are meant to be exactly that : ) I know it can be difficult, but please know that you are not alone. You don’t have to tell anyone, but it’s not worth changing yourself for anyone. You are the way you are for a purpose. You don’t want to change that. I love you, and I love being on this mission with everyone who resonates with this”

Z archiwum Kosmicznego Brata.

„Uważaj na marzenia – mogą spełnić się”

Kiedyś, dawno dawno temu, wymarzyłem sobie rower. Gdy zbliżała się moja pierwsza komunia, rodzice chrzestni zapytali mnie co bym chciał dostać… po jakimś czasie odpowiedziałem, że marzy mi się ów dwukołowy pojazd.
Liczyłem, że niebawem będę pędził jak huragan, pedałując na nowym sprzęcie.
Przyszedł dzień, w którym założyłem komunijną albę i do kościoła poszedłem. Po powrocie była impreza, i prezenty!
Roweru jednak nie było – w zamian za to, dostałem odtwarzacz VHS’ów. Chrzestni powiedzieli mi, iż spóźniłem się z odpowiedzią, i zdążyli już kupić Wideo.
Powiedziałem sobie: spoko, fajnie że mam na czym oglądać filmy!

Chyba wtedy (nie do końca jeszcze świadomie) odkryłem jak działa Wszechświat…

Jakiś czas później, byliśmy z rodziną w Gdańsku, podczas gdy była tam wystawa firmy oponiarskiej Michelin. Można było zobaczyć fragment opony z promu kosmicznego, pobawić się w komputerowe układanki i, wypełnić kupony, w loterii udział biorąc.
Tydzień później, gdy akurat maszerowałem dziarskim krokiem po górskich szlakach tatrzańskich, zadzwoniła do mnie mama i powiedziała: Andrzej! Dzwonili z Gdańska, z Miszlę (przyp. tłum. – Michelin). Powiedzieli, że wygrałeś ROWER!

W domu, czekał na mnie nowy Arkus, na osprzęcie Shimano. Miał zielony pasek na oponach. Jeździł. Skakał. Latał. Przewracał się. Chlapał wodą z kałuż. Służył za pomoc w pierwszych miłosnych spotkaniach. Działał.

Był zajebisty.
Zrobiłem na nim mnóstwo kilometrów, przeszedł (przejechał!) ze mną wiele. Raz nawet mi go skradziono, lecz niezawodny Wszechświat sprawił, że rabuś musiał porzucić swój łup, niecałe 500 metrów dalej.

Może byłem ‚szczęściarzem’, a może już wtedy wiedziałem o co w tej grze chodzi… 🙂

Hallelujah,
Praise the Lord!

 

 

Drzewo. Drzewa. Majestat i piękno.

Drzewa są czymś więcej, niż zdrewniałą rośliną. Są dla nas transmiterami Energi, którą pobierają od Słońca, w zamian dając nam tlen. Słyszałem, że są odbiornikami, które pochodzą od Matki Ziemi.
Kocham je.
Wspinam się na nie, by zobaczyć świat z innej, rzadkiej dla nas, perspektywy. Przytulam się do nich, prosząc o Moc. Podziwiam ich niezwykłą budowę i to, jak potrafią się transformować wraz z przemijającymi porami roku.

Za każdym razem, gdy widzę je leżące na ziemi, gdzieś w głębi siebie odczuwam smutek, lecz i cieszę się, bowiem robią miejsce dla kolejnych, czekających w kolejce nasion, które wreszcie mogą wykiełkować. I rozpocząć swoją wędrówkę ku promieniom słońca…

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO