Spotkanie z Dębem! :)

Znajomi zabrali mnie w swoje miejsce Mocy… tam, na polanie, rośnie ogromny DĄB (chciałbym napisać bez dużych liter, ale wydaje mi się, że byłoby to nieadekwatne!). Spójrzcie…

Podchodząc, czułem wielki respekt i z dużą pokorą, powoli się zbliżałem…

Drzewo tworzyło swój mikroklimat – pod nim było wyraźnie chłodniej, a powietrze… pięknie się oddychało!

Zmierzyłem szerokość korony… zajmowała około 30 metrów!


Zmierzyłem jego obwód – było to około 10-12 metrów. Wg metody, którą znalazłem w internecie – obwód (w cm) dzielimy na 5, i mnożymy x 2 – wynikiem jest wiek drzewa. W tym wypadku wyszło na to, że drzewo stoi tu już ponad 400 lat…
Ilu ludzi pod nim siadywało, ile wiosen i ciężkich zim drzewo przetrwało…

Podejdź, połóż swą dłoń a potem oprzyj się plecami. Poproś o Moc i zdjęcie złej energii z siebie. Drzewa pomagają, drzewa rozumieją, drzewa leczą.

Do następnego, Cudowny Dębie! 🙂

Filipińska przygoda – czyli sadzenie palm kokosowych!

Jadąc na Filipiny, niewiele o tym miejscu wiedziałem. Fakt, dostałem mnóstwo informacji od… Andrzeja Tomickiego (temat na osobny wpis), lecz tak naprawdę nie wiedziałem co mnie czeka, kogo spotkam, i JAK TAM PO PROSTU JEST. Cóż można wiedzieć, mieszkając w Polsce, tropikalne wyspy znając jedynie z książek Jack’a Londona, który pisał swe „Opowieści mórz południowych”. Chciałem się przekonać, i jak zwykle Wszechświat pokierował mnie w najlepsze miejsca, wymyślił najpiękniejsze scenariusze i dał do tego wspaniałych aktorów! 🙂
Jedną z takich osób był Joel. Pewnego dnia, gdy byłem na działce (miejscu, w którym miałem rozbity namiot), pojawił się przy bramie i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że to przyjaciel osoby, od której miałem wikt i opierunek. Od słowa do słowa, od herbaty do bananów i papai, a on nagle mnie pyta: co zamierzasz robić tu, na wyspie?
Odpowiadam, że najchętniej połaziłbym po jaskiniach, bo dzień wcześniej byłem w jednej i bardzo mi się spodobała. W odpowiedzi słyszę: to bardzo dobrze się składa, bo jestem grotołazem, wychowałem się tutaj i znam wszystkie miejsca, nawet te, których na mapach nie ma! 🙂
Magia!
Dostaję zaproszenie na jego działkę w dżungli, gdzie stacjonuje przez ostatnie dni. Wsiadam na swój motorek… …i ruszam!

Docieram na miejsce i zastaję cudny widok!
To nasze obozowisko na kolejne dni!
Chcąc być w porządku, i korzystając z gościny (a tak naprawdę – traktując ich jak braci) – pomagam chłopakom w sadzeniu kokosów. ‚Chłopakom’, bo okazuje się, że będzie z nami Kingjonh, kumpel Joel’a. Jak piękne to spotkanie, okazuje się później – jest to rastaman, który ma tak pozytywną Wibrację, że od razu łapiemy śmiechowy vibe’! Do końca życia będę pamiętać freestyle’owe śpiewanie piosenek Bob’a Marley’a przy ognisku w dżungli. To już nawet nie magia. To coś znacznie większego.

Proces sadzenia kokosów zaczyna się od… przygotowania dziury. Nie ma tam szpadla, jak to u nas w zwyczaju – tam, narzędziem jest dwumetrowy kawał żelaza.

Po około 40 minutach niezłego wycisku [trzech chłopa, pracujących na zmianę, nie szczędzących sił], powstaje dziura dla nowej palmy.
                      Około 60 cm głębokości, 40 szerokości. Niby nic, ale wykuć to w tych skałach… niezła jazda!

Chłopaki idą z sadzonkami – to po prostu zostawione na 3 miesiące kokosy.
Wyglądają tak:
Na dno sypie się trochę nawozu (dla lepszego startu rośliny).
Potem trochę ziemi dookoła.I wody (oczywiście przyniesionej w baniakach).
Mam posadzone swoje trzy palmy – ich imiona to BOB, ANDING i AGOY 😀 Oto jedna z nich:
Tak się sadzi palmy kokosowe na Filipinach!
Po ciężkiej pracy, mama Joel’a przyniosła nam pyszny obiad – wszystko własnoręcznie zebrane z działki… gdzie rosło w pełnym słońcu 🙂
Tradycyjnie podany obiad – opalone w ognisku liście bananowców, służące za stół (i talerze jednocześnie).
Oczywiście mamy też kokosy, z ich najpyszniejszą wodą!

Wspólny wysiłek, ciężka przeprawa ze skałami, by w nich dziury wykuć, ale też moje podejście, które jest na zasadzie – traktuję Ciebie, tak jak chciałbym, żebyś traktował mnie – buduje więź, buduje przyjaźń! Stajemy się sobie bliscy jak bracia – wspólna praca, gdzie nie patrzę na to, że ‚nie muszę tego robić, bo to ich zadanie’, tylko ruszam z nimi do akcji i wspólnie działamy, to sprawia, iż od tamtej pory – mam przyjaciół do końca życia!

A trzy moje palmy, wciąż rosną! 🙂

 

Sekretne Życie Drzew – cz. I (światło)

Odwiedziny u Wiedźmy kończą się różnie, lecz można być pewnym, że zawsze wniesie to wiele do naszego życia. Tak było i tym razem, więc oprócz zajawki do malowania obrazów (lub tworów im podobnych), poczułem na powrót zew lasu. Oczywiście jestem w nim prawie codziennie, ale… tym razem dała o sobie znać miłość z dawnych lat – miłość do dzikiej przyrody.
Mam na komputerze folder „Świat jaki kocham”; pełen jest zdjęć, na których znajduję omszałe pnie, martwe lub żywe jaszczurki, lisie jamy, gęste krzaki i zarośla – znam okoliczne lasy, jak własną kieszeń. Zrozumiałem, że czas to wykorzystać. Nie sądziłem jednak, że będzie to tak proste, i tak fascynujące…
Wiedźma, jak to wiedźma – wiedzę ma. I nie mówiąc wszystkiego wprost, potrafi pięknie naprowadzić nasze myślenie na odpowiednie tory. Kto będzie w stanie pojąć jej wskazówki, przed tym odkryje nowe horyzonty. Jeśli nie – cóż, może będzie tak, że jednak dostanie bezpośredni przekaz, lecz z tego co zauważyłem – zazwyczaj w spotkaniu z Wiedźmą, przyjmujemy wszystko, lecz dzieje się to poza naszą świadomością. Piękny jest to proces, który trwa długo jeszcze po spotkaniu. I trwać będzie, bo momenty olśnienia przydarzają się potem każdego dnia. Czystą magią, można by to określić, i uważam, że tak jest w istocie.
Książkę zdjąłem z półki, a potem otwierając na kolejnych rozdziałach – przeczytałem całą. O Sekretnym życiu zwierząt traktowała. Potem przyszedł czas na tom, w którym Drzewa mają swoją historię. Powiedziała: możesz wziąć tę książkę.
Zacząłem czytać (a może pochłaniać), i… poszedłem do lasu.
To, co się wydarzyło, jest nie do opisania. Z całą Mocą uderzyło mnie jak fascynujący jest świat drzew, i jak bliski byłem zapomnienia o tym fakcie! Poczułem ogromną Inspirację, a wszystko za sprawą małej polanki…
Idąc przez ciemny las, nagle ogarnęła mnie jasność! Coma śpiewała kiedyś piosenkę ‚Pierwsze wyjście z mroku’, i tak dokładnie się czułem – stanąłem w blasku światła, zostawiając ciemność, kilka metrów za sobą.

Już z tej perspektywy, dostrzec można jak ciemny jest las w tle. Co więc było przyczyną tak dużej ilości promieni słonecznych, docierających do dna lasu? Umierające drzewo, którego korona zaczynała się sypać. Żeby bardziej uświadomić sobie różnicę pomiędzy ilością światła ‚na polanie’, a kilka metrów dalej, w lesie, spójrzcie na to zdjęcie:
                                            Po lewej widać oddaloną o 40 metrów polankę – po prawej ‚normalny’ stan.

Wysyp wszelkiej roślinności, która próbuje wykorzystać każdy promień światła, o czym możecie przeczytać na stronie 58 „Sekretnego życia drzew”.
Spójrzcie, jak bardzo las łaknie słońca, wyciągając ku niemu każdą gałąź… mistrzostwo świata!

A teraz to, co mnie najbardziej zaintrygowało. Jak wygląda okno w koronach drzew, dzięki któremu powstała tak duża polana? Oto zdjęcie zrobione z centrum jasności… patrząc pionowo w górę.

Ot, niby nic, a jednak tak małe okienko dachowe, robi tak dużą różnicę dla wszystkich roślin, które wystartowały w wyścigu do światła. Dla porównania – zdjęcie ‚dachu’, dokładnie 20 kroków dalej.

Fascynujące, jak mała zmiana na górze, powoduje rozkwit życia poniżej. Dorzucam jeszcze filmik z tego miejsca, pokazujący jego piękno, lecz nie oddający w pełni różnicy w ilości światła…

P.S: Kawałek dalej znalazłem przewrócony dąb. Ale o tym w następnym wpisie… 🙂