„Bóg jest żelazkiem” – napisane kiedyś.

Andrzej Tomicki
„Bóg jest żelazkiem”

 

 

 

Ojczyźnie… bez niej ta książka nigdy nie zostałaby napisana.

Agnieszce… bez Niej ta książka nigdy nie zostałaby wydana.

 

 

To wszystko – marność wielka. Cóż człowiek w życiu czynić powinien? Jakże szczęście odnaleźć pośród zawirowań codzinności? Kim się stać, kim być? Czy szczęście odnaleźć w małych rzeczach czyż na nich budować świat swój doskonały?

Miłość. Szczęście. Radość. Zadowolenie.

Ale zaraz obok pragnienia, pożądanie, chcenie.

Jak być i jak mieć? Czy być mając? Czy mieć będąc? Bo przecież: Być czy mieć, oto jest pytanie.

Czyż połączyć da się bycie i „manie”? Czy mieć wiele mogę i być dobrym, w zgodzie ze światem? Czyż mając wiele, do radości dzielenie potrzebne? Czy bawiąc się życiem szczęście osiągnąć?

Jak pogodzić dusze ciało i rozum?

Rozum podpowiada.

Ciało wysłuchuje.

Dusza się buntuje. Krzyczy i porusza.

Co zrobić by permanentna radość zagościła w życiu? Czy może jest tak ulotna, że składa się z tysiąca chwil, które tworzą ową radość?

A bez miłości jest możliwa? Czy właśnie miłość tworzy radość?

Czy żyjąc bez miłości, ale mając wiele… super samochody, piękne kobiety, wielkie domy i bogactwa można szczęśliwym być?

Czy nie mając niczego, a zarazem mając tak wiele, mając miłość – szczęście jest naszym udziałem?

Czy szczęście odnaleźć trzeba w codziennym śniadaniu, w do zębów paście, w miłym uśmiechu sąsiada, w korku do pracy, w awarii silnika?

Czy każdą chwilę chwalić czy złorzeczyć na świat?

A jeśli szczęście jest dostępne nielicznym?

Jeśli pewna pula ludzi pośród tych milionów przychodzi na świat by się martwić i szczęścia nigdy nie zaznać?

A może właśnie wszyscy mają szczęście na wyciągnięcie ręki, ale nikt nie chce po nie sięgnąć?

Może łatwiej człowiekowi patrzeć na szczęście innych marząc samemu o takim szczęściu i marzeniami się zadowalać?

Czyż każdy ma dążyć do tego by mieć bogactwo, włości i diamenty?

Czyż będąc optymistą, człowiekiem dobrym i pomagającym, można szczęście osiągnąć, Nawet jeśli na koncie miliony?

Czy bieda potrzebna i nicość by katharsis przeżyć i sens pojąć?

Czy okazja raz niewykorzystana, w sposób zdawałoby się najlepszy i najpełniejszy, szanse nasze przekreśla?

Czy pojawia się pod postacią inną i równie miłą?

Co zrobić kiedy wątpliwości w naszym sercu?

Czy krzyczeć bez składu w pustym lesie? Czy zamilknąć wśród drzew i słuchać co wiatr niesie?

Jak decyzje podjąć kiedy w sercu wątpliwość?

Czy posłuchać serca, wszystko porzucić?

Czy szczęście z gościa w mieszkańca to zamieni?

Czy przeć do przodu będąc człowiekiem dobrym, robić pieniądze, życiem się bawić i serca głos zagłuszać?

Czy radość da wędrówka w nieznane? Czy serce krzycząc mówi: to jest najlepsze! Zrób to!

Czy racjonalny umysł, przecież też potężny, zna drogę do szczęścia?

Czy Kobiecy umysł i unia ciał pomogą w sercu zrobić porządek?

Czy jeśli iść za serca głosem to czyż radość się znajduje?

Czy nie szukając tego co najlepsze próbować do sił utraty?

A kiedy pierwszy wybór okaże się racjonalnie najlepszy to czyż trwać w nim, nawet kiedy serce powoli larum podnosi?

Może kiedy wybór nie najlepszym da się odczuć, to czyż zarzucić planów wszystek i uciec w nieznane?

Czy nieznane dla umysłu znanym jest dla duszy?

Czy dusza wszechświata cząstką jest najpełniejszą, która drogę zna i jej słuchać należy?

Czy umysł w swej sile logikę przedstawiając, wie co czynić i planami się dzieli?

Nasz byt tu na ziemii… Pośród miliardów miliardów miliardów miliardów miliardów miliardów gwiazd i planet,  stworzeń i materii, kamieni i wody, wiatru i ognia, deszczu kropel i piasku ziaren… Czymże jesteśmy?

Gdzie i jak to się zaczęło? Czy w wielkim wybuchy wszystko powstalo? Ile to trwało? Rok dzień czy sekundę?

Niewyobrażalna liczba materii powstała.. powstała jak? Powstała? To wcześniej leżała?!

Świat pozostawia wiele tajemnic. Wiele niewyjaśnionych spraw.

Stań więc człowieku na pustym polu, na podjeździe do garażu, czy na ruchliwym chodniku. Zatrzymaj się na chwilę w swoim ciągłym biegu i… spójrz w gwieździste niebo.

Nie musi być to noc na wiejskiej łące, nie musisz być też w planetarium ani w kinie. Spójrz i pomyśl co jest tam w górze. W dzień gwiazd nie widać, lecz to złudzenie. Słońce świeci z  innej strony. Inna część świata potrzebuje teraz słońca.

Ale ono świeci nieprzerwanie. Dla nas świeci przez całe życie. A my? W skali słońca jesteśmy pyłem. Ot, i to nawet przesadzone. Jesteśmy chwilą. Krótką, bladą, ogrzaną jedynie tymi kilkudziesięcioma promykami, które uchwyciliśmy.

Jednak my przemijamy a wszechświat trwa. Czy my trwamy razem z nim, zmieniając tylko postać?

A jeśli tak to gdzie to wędrujemy? Gdzie jest to miejsce które niebem zwiemy?

Czyż patrząc na kamień widzisz w nim życie i przestrzeń?

A idąc ulicą, czujesz fale w eterze?

Niewidoczna siła, niewidoczne zjawiska… które są. Które będą. Które były.

Czy i my pójdziemy tam gdzie wydaje się, że nic nie ma? Czy zostaniemy tu na ziemi… może W ziemii?

Noc różni się od dnia, dzień różni się od nocy. Jednak czy na pewno?

Czy tylko zmienia się to co widzimy i to czego nie możemy zobaczyć?

A zwierzęta? Są i takie, które w nocy widzą tak, jak my w dzień. Są i takie, które niczego nie widzą, a jednak widzą wszystko.

Świat pełen jest zagadek i tajemnic.

Spójrz więc w niebo i pomyśl…

Czy w ogóle to możliwe, żebyśmy byli jedynymi bytami myślącymi?

Kiedy patrząc w jedno miejsce na nieboskłonie, wzrok swój poślesz nieskończenie daleko, na co natrafisz?

Na miliardy miliardów milionów tysięcy miliardów milionów planet, ton materii!

Czyż więc i tam nie mógł Bóg swej ręki przyłożyć i życia dać?

A czy Bóg jest takim jak go w swej głowie widzisz?

Czy może obraz jego jest niepodobny do boga?

Może wygląda jak liść? Może jak żelazko?

Czemu nie miałby wyglądać?

Człowiek sądzi, że Bóg w swej boskości jest sędziwym starcem siedzącym na tronie, który swymi gromowładnymi rękoma karze swych nieposłusznych synów i córki.

A czyż nie może być on jak żelazko? Albo kawałek dętki rowerowej?

Może Bóg to pinezka na tablicy korkowej?

Czy musi być poważny? Czy w swej boskości umiłował trampki i w nich po niebie się przechadza?

A może w gumofilcach co dzień chodzi, a spać się kładzie mając szklankę wody przy łóżku?

A może boi się ciemności, a w potrzebie wzywa Boga swego nadaremno?

Bo czemu nie miałby taki być?

Czyż nie powiedział, że stworzył nas na swój obraz i podobieństwo?

Czyż Bóg nie boi się wystąpień publicznych, a w szkole miał świadectwo z paskiem?

A może na wagary chodził, a w buty spalił w ognisku?

 

Los pozwala wiele rzeczy doświadczać. Lecz nie można żyć doświadczeniami innych ludzi. Nie można ciągle patrzeć, myśleć i snuć domysłów co kto gdzie i jak o mnie pomyśli. Co mnie to obchodzi, że spojrzą krzywo? Jeśli mam ochotę założyć dziwną czapkę, lub buty fikuśne to czy wszystkim się musi to podobać?

A czy Tobie podobają się żony wszystkich Twych znajomych? Może mężowie?

Każdy jest inny, i jeśli masz chęć zatańczyć idąc zatłoczonym chodnikiem, to czemu nie pozwalasz sobie na to, uważając, że wszyscy w koło najbardziej na świecie zastanawiają  Się czemu to robisz?

Dlaczego ludzie muszą jeździć pięknym wozem, mieć plazmę w domu na tle której zrobią sobie zdjęcie? Oczywiście tylko po to, żeby wrzucić je na portal społeczności owy. Ale najważniejsza zasada to robić zdjęcie wyłącznie te kilka razy w roku, kiedy akurat wychodzimy na imprezę… czy to sylwester, czy wesele. Ważne bym miał zdjęcie po 6 godzinach spędzonych przed lustrem. Koniecznie na tle telewizora!

Kawałek zakurzonego pudła, które pozwala zapomnieć o tym co chcemy, o tym czego pragniemy. Z drugiej strony rozbudzając „pragnienia”. Musi mieć to, kupić tamto, zażyć ten lek, bo przecież warty tego jesteś!

Ogląda się więc brazylijskie telenowele, bo pokazują miłość o której całe życie marzymy. Seriale, bo w nich jest kochająca rodzina, która przyjeżdża na święta, a nie pusty stół co roku. Teleturnieje, bo tam ktoś wygrywa… a jak my byśmy wygrali OCH! ACH! Jakie nasze życie stało by się wspaniałe! Nie chcemy dużo, wystarczy 5… no 10 tysięcy. Ooo wtedy to byśmy mieli życie. Ale byśmy byli szczęśliwi. I zawsze to „byśmy”, bo nawet za ciężkie dla nas jest wysłanie zgłoszenia… bo przecież i tak inni się dostaną. A wtedy to najlepiej niech dojdą do finału… i niech wszystko stracą! Hehehehehe dobrze im tak! Pojechali, byli cwaniakami, a teraz wrócą do domu i sąsiedzi będą się z nich śmiać. Tacy byli super, że pojechali do teleturniej!A!, a teraz niech płaczą. I ta córka co się puszcza pewnie już zaciążona chodzi. Widziałem jak przyszła do domu z tym tamtym sramtym siamtym

A w międzyczasie reklamy obejrzymy, bo tam wszyscy uśmiechnięci. I można poczuć się fajnie. Piękny uśmiech, ładne oczy, rzęsy pogrubione milion razy, proste włosy bez łamania i odporne na każdą pogodę,  mięśnie o jakich marzymy siedząc wygodnie w fotelu. No bo ile to pracy, wysiłku, zmęczenia… wziąć i przejść się na spacer, kupić hantle za parę złotych i pomachać godzinę dziennie…

No tak… nie dość, że tyle to pracy to jeszcze ile to kosztuje. Co z tego, że zaraz pójdę do sklepu kupić wagon papierosów… Przecież zapalić muszę! No ja po prostu lubię palić… jak bym nie lubił to bym rzucił.

A zdrowie? Przecież na coś trzeba umrzeć! A jeśli jutro potrąci mnie autobus?

!

A jeśli jutro spadnie meteoryt i znikniemy jak dinozaury? A jeśli się pierdolne w łeb i zastanowie co ja gadam?… nie, to by było niedobre. Jeszcze bym doszedł do bolesnych wniosków… no ale kończmy te rozważania, trzeba by zapalić. A przecież jeśli zapale, jednego, drugiego… tysięcznego to co z tego? Apteka jest blisko… widziałem reklamowali teraz taki lek. Wystarczy jedna tabletka… a wtedy zniknie śmierdzący oddech, ubrania, żółte zęby i palce, zniszczone płuca, wyschnięta skóra, rak  odbytnicy, sutków, macicy. Wystarczy jedna tabletka.

Nie będę brał więcej niż jedną. No ale jeszcze wezmę tą tą tą… bo reklamowali. Na katar. Na kaszel. Na ból głowy. Na wzdęcia. Na plecy. Na hemoroidy (ale to poczekam, aż będzie pusto w aptece i dopiero kupię). Na prostatę. Na gorączkę. Na na na… Kurwa!

Przecież zgłupieć od tego można. Ale wezmę tabletkę…

 

Co z tego, że jestem lekomanem? Co z tego, że myślę o organizmie tylko wtedy coś już mnie napierdziela? Co z tego, że nie robię nic by mu pomóc? JAK TO NIE ROBIE NIC?

Przecież poszedłem do lekarza. Nooo zapisał mi jakieś leki, ale tego to nie będę brał. A tamto to chyba jeszcze mam. Najwyżej wezmę ile mam i wystarczy. Kazał mi przestać jeść boczek smażony na kolację i nie pić tyle piwa, ale przecież jeszcze nikomu jedno piwo nie zaszkodziło. Z resztą widziałem reklamowali margarynę, która ten zły cholesterol obniża…

A cholesterol to już w ogóle chyba mam w normie… Przecież jak byłem na tym badaniu WE przychodni co to ta doktór Kalinoska przyjmuje… To  tylko troche podwyższony był.

Z resztą u mnie to jest dobrze. Ostatnio co żem się po kościele z Józkiem widział to on to dopiero ma. Był na tych badaniach to mu lekarka powiedziała, że zawał może mieć… Teraz mówi, że mu Hanka broni majonezu do jajek dawać.

A ten ten pamiętasz go, co tu mieszkał z tu Malanowszczanką? Jo jo co ona się z tym Ździśkiem rozeszła… To on też tak miał, a niedługo po tem to jużeśmy na pogrzeb jechali.

Ale ten proboszcz to piękne kazanie powiedział. Łooo Jezu ale ludzi było… Ten proboszcz w ogóle to kochankę ma tam na plebanii. Przychodzi do niego, niby to sprząta! Ale ja już swoje wiem. Widziałem, jak ostatnio wychodziła od niego, to ciemno już było. A co ja w oknie robiłem?? Do cholery pewnie ją tam ten teges, bezbożnik. Tu msze robi, po kolędzie jak chodził to nawet z początku nie chciał koperty wziąć. Jo jo wziął niby na kościół. A teraz wszystko na te dziwki wydaje. Ooo czort wie, ile on tych dzieciaków to już narobił. Po tych wsiach ciągle jeździ…

Psia jego mać nowy samochód sobie kupił. A kaplice miał stawiać. Znowu na ambonie będzie w niedziele gadał, że trzeba dać, że Bóg każe świątynie wznosić, że musimy pomóc. No tak trzeba dać, bo przecież jeszcze się ktoś dowie, że nie daliśmy. Za cholerę bym mu nie dał złamanego grosza, ale on to na ogłoszeniach wyczytać potrafi.

A samochody ciągle nowe kupuje… Tamte dwuletnie to już nie może nimi jeździć. A jak po kolędzie to kazał się wozić… bo przecież on musi oszczędzać na świątynie…

AAA trzeba dać, na msze pójść. Nie daj Boże, przyjdzie później ślub w rodzinie. Czy chrzest. A pochować nie będzie chciał, słyszałem, że takiego jednego co to nie chodził w niedziele, to nie chciał pochować. …jego mać! Przecież to wcale nie jego za przeproszeniem obowiązek. To wcale nie jego praca.

Bo przecież on pieniędzy za to nie weźmie. Święte ręce ofiarę mogą przyjąć na świątynie…

1400 pogrzeb

1200 ślub

600 zapowiedzi przedślubne.

Nie dasz? To się pożegnaj! Nie ma zmiłuj. Bóg może i miłosierny, ale jak ofiary na samochód, yyy na kościół nie dasz to niestety. A w niedziele jeszcze powie… i sąsiedzi się dowiedzą? O nie, co to to nie.

Bo jak z po cichu przy bimberku  z sąsiadem gadasz to owszem, przeklnie, wyzwie, piekli się…  Czarnuchy, złodzieje i dziwkarze.

Ale na Świętych Wszystkich to trzeba na cmentarz iść. Tylko czy mi ten kredyt dadzą… przecież żona musi sobie futro kupić, i te kozaki; a ja ten płaszcz widziałem.

A kto taki duży znicz postawił? Pewnie Mariusz  z żoną był wcześniej… bo to on się tym grobem opiekuje. Nie to co ten jego brat, tamten to ma jeszcze bliżej do rodziców, ale żeby on się za coś wziął. W życiu. Siedzi teraz na zasiłku. A ta żona jego, Kryśka to ostatnio takie mu awantury robi… a ona wcale nie lepsza. Już ja słyszałam o niej to i owo… aaa tam nieważne, ale ja już swoje wiem.

Idź zaraz Krzysiek i kup tego znicza, co to bardziej by się wielkością na baniak do wina nadawał… No nie możemy mniejszego postawić! I przestaw samochód bliżej wejścia to lepiej go będzie widać, a i ja w tych szpilkach ledwo już chodzę. Całe pięty sobie pozdzierałam. Co? Wiem, że mam w samochodzie na zmianę, ale to później założę.

Dobrze, że nie pada bo na myjni byłam.

No idź już, idź bo wujek Tadek z ciotką idą. Ooo to nie przyjechała córcia z nimi? Co już czasu nie ma do chrzestnych przyjść? Taka była kochana, jak wujek jeszcze żył.  Jak na wesele potrzebowała. A teraz co? Wielka paniusia co to kariere robi. Też mi kariera… pewnie dała tam komuś, jakiemuś prezesowi to robotę dostała. Bo kto by taką do roboty wziął? Dwie lewe ręce, nawet obiadu ugotować nie umie. Że ten Michał to jeszcze z nią wytrzymuje. On taki dobry chłopak. Zawsze pogadał, do pomocy pierwszy leciał. Co on w niej widzi? Ja od początku mówiłam, że oni to nie dla siebie są i zobaczysz, chwila i ją zostawi w cholere.

O! dzień dobry Ciociu… Jak się Ciocia czuje? No my właśnie przyjechaliśmy…

Nie, jedziemy dalej, bo chcemy jeszcze na cmentarz do rodziców zajrzeć

…. No, zdróweczka!

Teraz to na herbatkę… a jak potrzebowałam z Olą do szpitala jechać to proś na kolanach, a nie pojadą. Pfff taka to kurwa rodzina. Zawsze powtarzałam, że z rodziną to do zdjęcia!

Poczekaj jeszcze tylko do dziadka na grób pójde, a Ty już zostań przy samochodzie. Tylko kłaniaj się wszystkim ładnie, żeby wiedzieli czyj to samochód… Co z tego, że na kredyt…

Kredyt?

Przecież tylko jeden w firmie na „p”. Co z tego, że musze spłacić pińcset procent. Teraz potrzebuje to biore.

No nie przewidziałem tego, że tak to wyjdzie. Wezmę teraz konsolidacyjny czy jakiś inny jeszcze na spłatę poprzedniego, a potem? Potem to coś się wymyśli..

A dom chcesz? Mieszkanie?

Może  choćby małe M-2?

A dom pod lasem, niedaleko od miasta?

No tak korki codzienne… w tą i wewtą. No i kredyt…

Jak dobrze pójdzie i nie zginę w wypadku, nie odrąbie sobie ręki, nie zachoruje na świńską grype… a nie, przecież nie ma czegoś takiego. W każdym razie przy odrobinie, może nawet kupie szczęścia spłacę ten dom. Mieszkanie. Cokolwiek.

Akurat przed emeryturą.

Może moje dzieci będą miały już „swój” dom. Bez banku czyhającego na potknięcie. Może wnuki będą się bawić we własnym już domu.

I dostaną od Państwa pieniądze. W ramach szeroko rozumianej pomocy wychowawczej pod nazwą polityki prorodzinnej. Pro-kurwa-jakiej?

Te becikowe, co może na wózek wystarczy?

Ale niezbyt wypasiony, taki żeby był.

A tak to radź sobie.

W Szwecji mają socjal, ludzie sobie mieszkania remontują jak im się dziecko rodzi.

Taaa… podobnie jak u nas.

Może uda się coś odłożyć to byśmy w przyszłym roku dom otynkowali… akurat będę miał urlop.

No, ale na razie trzeba na szczepienia dla malucha odłożyć. Są w zestawach lub pojedyncze. Hmm… każde kilkadziesiąt, kilkaset złotych.

Nie ma zmiłuj… Przecież kochasz dziecko i chcesz dla niego najlepiej. Czy nie kochasz? No pokaż jak bardzo Ci na dziecku zależy… przecież ludzie w poczekalni siedzą. Niech widzą jakie jest kochane…

I Ty się zaszczep. Przeciwko świńskiej grypie, kurwa mać!

Bo przecież JEST. PANUJE teraz. W wiadomościach mówili, że umarł. Zaraził się, umarł. Nie, nieważne, że co roku na „normalną grype” umierają ludzie. Umarł na tą świńską!

No to by się trzeba zaszczepić.

Co mówią „eksperci”?

Aaa to już zależy… Czy Ci którym koncern produkujący szczepionki zapewnił olinkluziw na Bahamach? Czy raczej Ci, którzy się jeszcze nie dali?

A są tacy?

Kto by nie chciał jechać na wakacje.

Chuje.

Jak tak mogą? Reklamować coś w zamian za wycieczkę?

Jak ja bym był na ich miejscu to… Kurwa! Ale tam musi być ciepło o tej porze roku…

No to przecież jedna wycieczka świata nie zbawi.

Wywiad gazeta mi proponuje.

Tak, z całą stanowczością zalecam szczepienia. Na świecie wykryto już ponad dwa tysiące zarażeń. Pierwsze przypadki w Polsce odnotowano już na Lubelszczyźnie…

Tak. Wysoka Izbo. Ministrowie i ministranci. Trzeba kupić 15 milionów szczepionek. Ze świńską grypą nie ma żartów.

Głośniej!

Ceny skupu żywca są za wysokie.

Nie opłaca się świnią handlować. Za tanio.

Wybijamy, ciała palimy.

Niech Główny Inspektor za jego kurwa przeproszeniem Weterynarii wyda rozporządzenie.

O!

Jak mało świniaków się zrobiło… no to jeszcze powiedzieć trzeba, że zakaz importu/eksportu, zakaz wszystkiego.

O! teraz jaka piękna cena.

Tak Władziu, wiem, że Twoja hodowla ma już tysiąc pincet sto dziewięćset sztuk prosiaków.

Teraz będziesz miał cenę jak ta lala.

Kurczaki?

Niska cena się zrobiła..

Wybijemy.

W Toruniu pomnik się postawi.

Łabędzia. Niech on się odszczekuje swojemu prześladowcy…

I maty połóżmy na drogach. Ale to będzie profesjonalnie wyglądało.

Wyobrażasz sobie? Jedzie rodzina z zakupów z, psia jego mać, supermarketu… korek na 3 km. Tatusiu, dlaczego stoimy? – pyta córcia.

Nie wiem… może wypadek. – odpowiada troskliwy tatuś.

A Długo będziemy stać? Chce mi się siku – mówi synek.

Oj, niedługo dojedziemy, wytrzymasz jeszcze trochę… – mówi mamusia.

Jadą. Jadą. A raczej posuwają się tempem 40 letniego górnika. Może iść powoli. Cóż ma człowiek się śpieszyć jak na emeryturze siedzi…

Tatusiu, a co to leży na drodze? – synuś zagaja.

A to takie specjalne maty, żebyśmy nie byli chorzy.  – mówi tatuś.

A co to są maty? – pyta mała córcia.

No takie coś, co się kładzie na drodze, żeby groźnie wyglądało. Wiecie jak w filmach. Panika w mieście, ludzie drżą ze strachu. Profesjonalnie to wygląda; że niby zatrzymuje to chorobę w mieście. Ludzie srają w gacie – mówi tatuś.

Chce mi się siku! – krzyczy mały synek.

Spokojnie, już przejechaliśmy i zaraz będziemy w domu…

 

Palone kury.

Miliony.

Oddziały chemiczne, biologiczne i chuj wie jeszcze jakie.

W maskach.

Nie, nie przeciw zarażeniu. Lepiej wyglądają… w wiadomościach wieczornych jak to się pokaże to ludzie się obsrają.

No i ten smród ciężko wytrzymać.

Weź sobie włosy na ręku spal. Śmierdzi? To teraz wrzuć w ognisko tysiąc kur…

Ale trzeba wybić.

Nie możemy pozwolić, żeby ceny były takie wysokie, żeby ktoś na tym nie zarobił… yyy żeby wirus się rozprzestrzenił !

Dbamy o dobro Polski.

Bo Polska jest najważniejsza. I to my, Polacy…

Tak. Zawsze bronimy świata przed najgorszym złem. To my jesteśmy tarczą tego świata. Dzięki nam komunizm upadł, zatrzymaliśmy pochód sowietów na zachód…

„a ja myślałem, że to śmieci. Że to gówno z nieba leci… a to sowieci. Sowieci. Kryj się kryj…”

Wybili nam wszystkich mądrych ludzi. Odważnych. Inteligencje. Władze. Kogoś kto mógłby podźwignąć kraj.

Wszystkich?

No może nie, bo kilku zdążyło spierdolić.

Nie, ja bym nie spierdolił… Stanąłbym twarzą w twarz najeźdźcy… zesrał się w gacie i uciekał.

Ale honor swój mieli.

Pfff chcieli honorem się unosić? Broń oddali?

No świetnie. Ułatwiają jak mogą.

Na ciężarówki. Pal w łeb i do piachu.

Tylko cicho – sza! Żeby przypadkiem ktoś się nie dowiedział.

„Sowieci zamordowali tysiące oficerów w lesie pod Katyniem!”. Amerykanie pomóżcie! Anglia? Francja? Nie oni to użyli karabinów tylko raz… jak rzucili nimi o ziemię!

Przecież to nieprawda.

To Niemcy.

No najłatwiej wystrzelać tych, którzy są nadzieją kraju, a potem powiedzieć, że nie mamy z tym nic wspólnego.

Później wyślemy swoich lekarzy patologów, żeby pokazać jak bardzo kalamy się za zbrodnie i krzywdy wyrządzone temu krajowi.

I tak od zawsze.

Dojeżdżani.

Waleni ze wszystkich stron.

Jak wróg  u bram to się jednoczymy. W naszej sprawie.

W naszym ulubionym stylu… na urrrraaaaaa!

Jak ułani pędzący na czołgi.

Z krzykiem na ustach.

W naszej sprawie.

Kiedyś husaria była jak ten czołg. Zmiataliśmy wszystko i wszystkich.

Gorzej jak wróg nie stoi pod bramą…

To trzeba jakiegoś znaleźć.

A ty taki i owaki, siaki sraki!

Liberum weto!

Nie i chuj. Co mnie to obchodzi, że sprawy polski. Ojczyzny. Narodu. Że wszystko ruina.

Ja nie mam to niech i inni nie mają!

Co to? Ja mam cierpieć? A oni?

Chuja!

Wszyscy razem pocierpimy.

Bo przecież to już w naszej krwi płynie od pokoleń.

Zawiść…  na ogół dobra rzecz. Powoduje do działania. Motywuje do powodowania. Działa powodująco i motywująco. Do myślenia skłaniająco.

Hmmm sąsiad nowym mercedesem podjechał… ładne Alu felgi, lakier metallik, w kombi. E klasa. Ooo i jeszcze AMG… pewnie z sześćtrzy litra motor… – poodkładam, sprzedam passata, bo już 2 letni i kupię. Też się będę takim woził. – pomyślał Hans

Hmmm sąsiad Mercem się wozi? Niech go zaraza, pierdolony złodziej! Nakradł kurwa. Co on tam za machlojki urządza. Niech mu się spali fura. Z garażem. I dom niech się zajmie. Hehhe jak nie to chociaż pinezki rozsypie… zobaczymy jak sobie rano 4 kółka będzie pompował!! – pomyślał Heniek.

Taka odmiana. Ciekawa, bo nasza. Narodowa.

Skąd?

Z zaborów?

Lata partyzantki? Psuj i popsuj wszystko co nie twoje!

Rozkradnij tory. Zepsuj maszynę.

Dywersja zawsze w modzie.

Nie… po co zakasać rękawy, pomyśleć jak się dorobić?

Trzeba mieć układy. Bez „pleców” to ni chuja.

Więc śmiejmy się z Helmutów…  i nadal psujmy samochody, które oni już uznali za niezdatne do użytku, a dla nas to perełki. Nie bite. Pierwszy właściciel. Garażowane. Igiełka!

Licznik kręcony tylko raz… przeze mnie. A wcześniej?

Tu jest oryginalna książeczka z ASO… Wszystko serwisowane w autoryzowanym zakładzie.

100 zł od pieczątki…

A numery? W pierwszym napotkanym zakładzie blacharskim przebite.

To nasza specjalność.

Kupić złom, sprzedać złom. Ale kupić złom żeliwny, sprzedać jak złoty. Kupić za kilka euro, sprzedać za tysiąc złotych. Pięknie ludzie się bogacą. Kraj się bogaci. W końcu napędza to pół gospodarki…

Kupuję złom. Złom wymaga remontu… kapitalnego. Więc pierdolnę trochę szpachli tu, trochę tam. Nówka.

Złom zaczyna jeździć… a jak jeździ po tych kraterach co to mają być imitacją drogi na euro… to się sypie. Mechanicy robią kokosy. Ale któż by tam ich rozliczał? Czy paragon wystawiają? Kasę fiskalną mają?

Złom dużo pali, bo żeby poruszyć złom trzeba dużo ropy. Bo z Reichu diesli leci co nie miara.

Ale lepiej w gazie.

No jeździ. 5 zł litr. 8 litrów na sto.

40 zł na sto.

Nie wspominając o eksploatacji auta.

Na tych, Boże zmiłuj się, drogach.

Tego się nie da ominąć. Nie sposób. Czasem jest dużo pobocza to można jechać. Po błocie? Równiej jest chyba na Księżycu.

Felgi się gną? Mechanik zarobi.

Misa się urwie? …zarobi.

Wahacze? …zarobi.

Końcówki drążków. Zawieszenie całe. Karoseria pogięta od kamieni, którymi ktoś iście genialny zasypuje ciągle dziury. Doły!

I za krzakiem z otwartym bagażnikiem stoją. Misiaczki. Na dwieście dwudziestym piątym kilometrze. Suszą w obie strony. Ale mają kogoś teraz.

Inspekcja? Nie mają nikogo?! Muszę gdzieś zjechać. Jak by mi w tacho spojrzeli to kaplica…

I suszą.

Zgodnie z ustawą nie chowają się. Nie mogą. Prawo zabrania.

Więc jedziesz sobie a tu wybiega na drogę. Ledwo wyhamujesz…. Ale gdybyś jechał z odpowiednią prędkością to po 1e by nie wybiegł, po 2gie byś spokojnie wyhamował. No tak.

Fajnie. Tylko, że jedziesz spokojnie… Bez szaleństw. Krajową drogą. Dziura na dziurze. Nagle 40! No i chuj wie dlaczego.

Kilka domów. Przejścia dla pieszych nie ma. Pas do lewoskrętu. Spokojnie 60 można jechać. Ale nie.

Zero domów. Puste pole dookoła. Droga prosta jak pół kilometra sznurka w kieszeni. Nagle 40! Czasem 30!

Ja pierdole.

Roboty drogowe. Zwolnij. Przecież życie robotników co trzy-czwarte dnia stoją ze szlugiem na fajrancie jest najcenniejsze.

Zwalniasz.  Jedziesz. No może nie 40, bo aż ciężko. Pięćdziesiąt… pięćdziesiąt pięć. Zwolniłeś. Ostrożnie jedziesz. I wtedy doznajesz oświecenia. I nie chodzi tu wcale o nagłą nirwane i przebłysk geniuszu. No może geniuszu, ale nie Twojego.

Raczej pojebańców, którzy  postawili znaki ostrzegające o robotach, a 15 metrów dalej radar. Nabity. Niech kasa gminy, państwa czy wiejskiej straży się nabija.

Błysk rozświetla twe oblicze.

Co z tego, że robót nie ma tam już od 5 miesięcy? Znak się zostawi, radar nabije. Pięknie. Czyste pieniądze.

Wszystko to oczywiście w imię szeroko rozumianego bezpieczeństwa na drodze. No tak… przecież jadąc 70 na godzinę, lawirując między dziurami, po pasie nieoddzielonym zupełnie niczym, od drugiego pasa, zauważając nagle radar i ostro hamując – poprawiam bezpieczeństwo na drodze. Zwłaszcza tego, który jedzie za mną… Przecież przynajmniej zmuszony jest zahamować, a co za tym idzie – nie ustrzeli go radar.

No minąłeś ten jakże niebezpieczny odcinek. Ufff najgorsze za Tobą. Co z tego, żeś wytrzęsiony jak śmietana na masło. Teraz już tylko piękne proste, oświetlone drogi, które prowadzą bezpiecznie do celu.

Korek.

Tutaj korek?

Czyżby wypadek?

Ale tutaj? …no wszędzie się może zdarzyć.

Ludzie na radyjku klną i złorzeczą.

Oto widok miły sercu każdego obywatela. Użytkowników drogi. Kierowców. Pieszych. Rowerzystów. Wszystkich.

Ciągnik sześćdziesiątka… jeden pan na przyczepie. Dwóch na dole. Gumofilce i łopaty.

Instrukcja.

Wrzucić to COŚ w dziurę. Przyklepać łopatą. Przytupać gumo filcem. Dziura zaklejona. Następna.

I tak oto powstają drogi na lata, pokolenia całe. Jak rzymianie, którzy drogi swe budowali za czasów świetności imperium, a współczesny świat z nich korzysta. Tak i polska cała buduje.

Na lata. Na wieki.

Do pierwszego deszczu. No ewentualnie pierwszych pięćdziesięciu samochodów.

I chuj.

Tyle zostało z drogi. A raczej – jej remontu.

Przydałoby się remont głowy Włodarzy zrobić.

Ale jakże to? Przecież to wielka szansa pokazać się przed ludźmi jak to dbam o włości. Jak dobrze gospodarze. Jak się staram…

Przecież następna kadencja już nie dla mnie. To jebać remonty. Nikt nie opracowuje planów długoletnich, przynoszących długofalowe rezultaty. Przydeptać i gra.

A i zdjęcie w białym garniturze można sobie zrobić. Niech ludzie naprawdę zobaczą ile ja robie! Przecież nie jest to w żadnym wypadku moim zasranym obowiązkiem. Ja się poświęcam.

Dzięki temu mogę walić przekręty na prawo i lewo. Taaak! Mam władzę. Mogę się nachapać. Fakt, tylko 4, może 5 lat… to dawaj! Jak najwięcej. Byle szybciej.  Zorientują się… co z tego?  Nie wybiorą mnie następnym razem, ale w dupie z tym. Co sobie chapnę to moje!

Więcej, więcej, więcej.

Ooo tam wyżej to dopiero mają życie. Tam to dopiero jest biznes. Tylko jak się wkręcić? No trzeba by komuś dobrze dupkę wylizać… Nie ma sprawy. Warto. Poświęcenia warte.

Co z tego, że mam wyrok? …nieważne. Powiem ludziom, że to niesłusznie, że walcząc o ich sprawę, że to pomówienia.

Że prawomocny? Powiem, że chcą mi zamknąć usta. Że boją się prawdy; boją się mnie, więc do sądów mnie podają.

To tylko zwiększa moje szanse.

To pomaga.

Jeszcze wysypie zboże na tory! Ooo wtedy to mnie popamiętają.

Rolnicy! Czy nie widzicie? Pomóżcie.

Blokujcie drogi. Rzućcie cegłą w radiowóz.

Jam jest burak i cymbał, ale wiem co ludziom gadać.

Nie uwierzą? Zawsze wierzą. Powiedz tylko piękne słówko. Że będzie im lepiej. Że poprawa. Stabilizacja. Pomoc.

I już. Tyle.

a te zboże na torach? Przecież to grzech. Można chleba upiec dla głodnych. Zwierzakom dać.

A chuj.

Co z tego, że wszyscy tacy katolicy pobożni?

Że tak się Boga boją.

Ważne że głośno krzyczysz. Rób hałas to wygrasz. Nikt przecież nie słucha co mówisz. Walczysz przecież za ich sprawę! Jaką sprawę? ICH sprawę, jedyną i słuszną. Nieważne jaką.

No niektórzy słuchają. Myślą. Zastanawiają się.

Może nawet nie podoba im się Twój program. Może żaden. Ale cóż począć…

„ale co tam, należy iść i wybrać mniejsze zło. Nie ważne gdzie zakreślisz – każdy z nich to dno. Nie pójdę to i tak mój głos policzą, nie ma ucieczki przed polityczną dziczą…”

Więc idę. Nikogo bym nie wybrał. Ale coś zakreślić trzeba. Może narysuje kutasa to głos będzie nieważny.

Ale przecież co za różnica, gdzie zakreślisz?

Wszyscy jedna klika. W telewizji mówią: tamci to barany. My mamy racje.

Ci drudzy mówią: tamci to idioci. Racja jest nasza.

A potem za kulisami… wódka się leje. Starzy kumple. Nie jedną flaszkę razem opracowali…

Oni mają na to fundusz reprezentacyjny.

Więc wódka się leje strumieniami.

A ludzie?

No w narodzie duch nie ginie… też strumieniami. Nawet rzeką.

Tyle że razem z tym płynie rzeka pieniędzy z akcyzy.

Kolejna przepiękna akcja naszego państwa. Dbanie o obywatela na najwyższym poziomie.

W ramach „wychowania w trzeźwości i przeciwdziałania alkoholizmowi” wódka kosztuje ile kosztuje. No gdyby była tańsza to nagle wszyscy chlali by na umór.

Dobrze, że teraz nie chleją.

No i zmniejszyłaby się szara strefa…  No ale to przecież kumple, którzy finansują drogie lancie i dacze nad morzem.

Broń więc Boże pozwolić ludziom pędzić bimber.

I tak w co drugim domu na wsi rozchodzi się zapach cukru, ziemniaków… nieważne. Musimy zarabiać na alkoholu.

A pijani kierowcy! Przecież to narodowa specjalność.

Bardzo prosta i wyraźna obserwacja.

Na jakiejkolwiek imprezie, w każdym miejscu, o każdej porze dnia i nocy, kiedy polewa Ci ktoś wódkę tudzież wino, piwo czy inne ustrojstwo i powiesz: nie mogę, przyjechałem samochodem.

Zawsze. Ale to zawsze, usłyszysz w odpowiedzi: no teraz nie będą stać. No, tu nie stoją. Pojedziesz bocznymi. Przez lasy –tam jest dobra droga. Mykniesz i jesteś na miejscu. Dawaj jednego.

Drugiego.

Piątego.

No browara się nie napijesz?

Kurwa, żeby tylko nie stali. – to jedź tam przez las, i później sobie skręcisz tam przy figurce. Kawałek asfaltem i jesteś.

Jak to miał wypadek!?!?!

CO?!?!?!

Przecież miał 10 km do domu!

Na tym zakręcie? Na czołówke??!!

Z Malucha nic nie zostało? …O kurwa!

A jemu?

To miał farta.

….

Jadący prawie 110 km/h nissan primera z niewiadomych przyczyn zjechał na łuku jezdni na przeciwległy pas. Poruszający się z przeciwka samochód marki Fiat 126p, z 4 osobami na pokładzie nie zdołał uniknąć zderzenia.  Samochód uderzył w nadjeżdżający pojazd, po czym przekoziołkował i znalazł się w rowie po drugiej stronie ulicy.

Policjanci i strażacy usiłowali wyciągnąć z samochodu pasażerów, a zwłaszcza kierującą autem kobietę. Do czasu przybycia karetki zachowała przytomność, jednak zmarła w drodze do szpitala. W wyniku uderzenia kobieta poroniła. Była w 7 miesiącu ciąży.

Do tej pory policjanci nie ustalili przyczyny wypadku. Prowadzący nissana został poddany badaniu na obecność alkoholu we krwi, którego wyników jeszcze nie ujawniono. Lekarze mówią, że jego stan jest stabilny i nic nie zagraża jego życiu.

Pozostali uczestnicy wypadku zginęli na miejscu.

 

Kurwa, czemu on nagle zjechał na tamten pas?

Może coś mu wyskoczyło?

Może się zagapił, płytę zmieniał i zjechał?

A może był po prostu nawalony jak stodoła?

 

No nie raz go widziałem jak wychlany jeździł. Kiedyś to, nie uwierzysz, ale jak byłem tam u Romka, to przyjechał akurat, bo tam obok to jego kuzyn mieszka. Fura zajechała,  jakoś tak dziwnie, ale myślałem, że sobie jaja robi. Mija chwila, drzwi się otwierają, a on był tak napierdolony, że jak siedział – tak wypadł!

Normalnie wypadł z samochodu.

A ile razy widziałem jak do nocnego podjechał jeszcze flaszkę kupić to już ledwo gadał…

No co ty, nie zadzwoniłem.

Czemu? No przestań, nie będę na typa kablował. Co ja podpierdalacz jestem?

Z resztą każdy kiedyś był w takiej sytuacji, a on przecież blisko tu ma do domu…

Każdy? Nie, nie każdy.

Chociaż tak na dobrą sprawę to nie wiadomo czy rzeczywiście lepiej nie dzwonić. Bo jak tamci wyruszą z posterunku to strach się bać.

„Dzień dobry. Panie kierowco, proszę dmuchnąć w balonik… bo jak ja dmuchnę za Pana to na pewno straci Pan prawko…”

Niby śmieszny dowcip.

Tyle, że u nas to najczęściej tak wygląda.

No ale jakże to? Pan milicjant po pijaku jeździ?

Ano jeździ!

Przecież kto go zatrzyma? No chyba nie kumple od kielicha…

A niechby się któryś wyrwał z szeregu… Trzeba by go przenieść. Niech nam tu nie bruździ.

My musimy zająć się akcją „znicz”. Wyślemy patrole. Wyślemy tajniaków. Policjanci będą pilnować bezpieczeństwa na drodze…

„W ten weekend zatrzymano ponad 1400 pijanych kierowców”…

KURWA! Czemu zawsze podają prawie taką samą liczbę?

Statystyki muszą być ok?

Zawsze zatrzymują około tysiąc czterysta pijanych.

To zawsze tyle samo osób pijanych jeździ?

Ciągle się nad tym zastanawiam i nigdy nie mam dobrej odpowiedzi..

1400 osób. W weekend. No święto wczoraj było… więc Polacy walili wódę. Rzeka płynie.

Ale najważniejsze pytanie to ILU NIE ZATRZYMALI?

Ilu standardową procedurą przemknęło „bocznymi”?

Ilu wracało w nocy, bo może mniej patroli będzie?

Ilu przejechało obok policji i westchnęło: o kurwa, ale miałem farta?

I tak w każde święta. W każdy dłuższy weekend. W każdą okazję by naród sobie pochlał.

No ale jak mają nie jeździć nawaleni jak na każdej stacji benzynowej półki zawalone wódką, piwem i czymkolwiek jeszcze. Nawet w lodóweczce jest, jak byś chciał chłodniejsze.

Wszędzie wódka. Wszędzie piwo.

Chlej ile chcesz.

Pijesz – mniej myślisz.

Więc rozpijmy naród. Niech się nie zastanawiają nad wyborami.

Niech zapijają smutki wszelkie.

„jak jest w niedzielę nad ranem… po sobotnich balach chodniki zarzygane…

zaczepia mnie pijanych meneli wielu. Jutro spotkają się w kościele…”

No i zatrzymali.

Prawko zabrane. Na rok. Albo na dwanaście miesięcy.

Owszem, to nie to samo.

A po roku?

No dać mu prawko…

Przez jakiś czas wbije sobie do głowy nauki państwa, wyniki resocjalizacji… a potem?

Wychleje. Pojade. Bocznymi.

Dopóki siebie (oby!) albo kogoś innego nie zabije…

Ile takich osób jeździ? Jeździło?

Czy kogoś oburza to jak ktoś się chwali, że ostatnio jechał nawalony jak radziecki autobus i go nie zatrzymali?

Czy ktoś zaprotestuje?

Nie.

Wręcz przeciwnie.

Każdy uzna za cwaniaka. Za cwańszego od milicji.

Przechytrzył ich.

I zaraz opowie swoją historię o tym jak to wracał kiedyś z imprezy po zero siódemce ze szwagrem.

Przechytrzył ich.

I śmierć.

Tylko do kiedy?

Czy zdąży się zabić nim zabije kogoś?

Oby.

A jeśli nie?

Czy wjedzie w jadącą spokojnie rodzinę i zabije wszystkich na miejscu, a sam będąc napierdzielonym wyjdzie z tego bez szwanku?

A może znów mu się „uda”?

No jak jemu się tyle razy udało przejechać na fazie to i ja pojadę.

Pomyślało sto tysięcy osób.

Długi weekend.

Nasza specjalność.

Tak jak specjalizujemy się w absurdach…

Przychodnia, szpital czy lekarz ma prawo odmówić przyjęcia pacjenta, który znajduje się pod wpływem alkoholu.

No tak powinno być.

Rozpijajmy wszystkich.

Ale kiedy w końcu człowiek zrobi urodziny. Imieniny. Czy wesele.

I coś się stanie zupełnie przypadkiem osobie, która tam się bawi. Może wstaje od stołu i przewraca się na szkło. Może tańczy i uderza głową o parkiet. Może poślizgnie się i po prostu przewróci.

Nieważne.

Może się wykrwawić. Może skonać wolno i nie powinien mieć do nikogo pretensji.

Jest dorosłym człowiekiem, spotkał się ze znajomymi, poszedł do córki na ślub.

Stało się coś. Przypadki i wypadki po ludziach chodzą.

Nieważne.

Chuj ich  to obchodzi.

Nie muszą go przyjąć.

Mógł nie pić.

Jego problem.

Więc pij człowieku ile dasz rade. Ale jeśli pijesz to najlepiej usiądź wygodnie w fotelu i nawet nie wstawaj. A niechby Ci się coś stało…

Z resztą nawet na trzeźwo nie ma tak lekko.

Pójdziesz do lekarza, ale to jak proszenie o łaskę.

Nie jest to jego pieprzonym obowiązkiem. Jego pracą.

Co z tego, że korytarz zawalony ludźmi.

Że siedzą od 6 rano. Żeby mieć numerek.

Ale o 6 rano to najwyżej piąty numerek. Nieważne, że rejestracja czynna od szóstej.

Przyjdziesz. Siedzisz. Czekasz.

I nagle przychodzi ktoś i ma pierwszy numerek.

Bo przecież jego znajoma siedzi w okienku.

To co on będzie się zrywał, kolejkę zaklepywał.

Chuj.

Siedzisz.

Lekarz przyjmuje od dziesiątej.

Pełno wiary czeka.

I widać lekarza. Siedzi sobie w pokoju za szybą pije kawkę.

Mija dziesiąta… jedenasta.

W pół do dwunastej przychodzi łaskawca.

Skierowanie na dalsze badanie. Zdjęcie gipsu. Recepta. Recepta. Prześwietlenie. Recepta.

Po czterdziestu minutach nie ma nikogo na korytarzu.

Ale siedź człowieku. Martw się, że nie zdążysz do pracy. Na autobus. Gdziekolwiek.

Musisz swoje odczekać.

Powkurwiać się.

Mógł przyjść wcześniej, ale kawa to kawa. Nie można ponaglać łaskawego doktora.

Przecież fundusz mu płaci.

Co ma się chłopina śpieszyć.

I tak się ciesz, że zostałeś przyjęty.

No dobrze, że nie wyznaczyli Ci terminu za pół roku.

A że do tego czasu zdążysz dwa razy umrzeć?

Kolejka.

Możesz iść prywatnie.

Nie stać Cię?

To czekaj.

Przecież wcale nie płacisz na to comiesięcznych składek…

Przecież z Twojej wypłaty nie ściągają na ubezpieczenie zdrowotne.

Wcale kurwa, w ogóle.

Więc czekaj.

Należy Ci się… Owszem.

Za pół roku. Przy dobrych wiatrach.

Więc chuj z tym, że ciągle płacisz.

Jak musisz coś załatwić. Wyleczyć się. Zbadać.

I tak idziesz prywatnie.

Stomatolog. Prywatnie.

Ortopeda. Prywatnie.

Ginekolog. Prywatnie.

… prywatnie. Prywatnie. Prywatnie.

Nie chcesz płacić za półroczną kolejkę? O nie. Nie ma takiej opcji.

Płać.

I tak pójdziesz i zapłacisz osobno. Odrębnie. Prywatnie.

No bo zależy Ci, na zębach nogach chuju i oczach.

To kosztuje. Dużo.

Ale może mniej niż kosze słodyczy dla oddziałowej? Albo droga whisky dla ordynatora?

Chcesz, żeby miejsce na oddziale dla Ciebie się znalazło?

Daj. Musisz dawać.

Nie tylko w szpitalu.

Wszędzie.

Od kościoła, gdzie dajesz legalnie i bez podatków do urzędów, służb i czegokolwiek jeszcze, gdzie dajesz nielegalnie i również bez podatków.

Kontrola sanepidu?

No Jack Daniels przynajmniej.

10 punktów i 400 zł…

No przynajmniej 200 zł.

Inspektor nadzoru?

No to już grubsza sprawa. Grubszy udział musisz odpalić.

Chcesz wygrać przetarg?

Nie posmarujesz to nie pojedziesz.

Że firma chujowa? Że budujesz tanio,  obniżając koszty tam gdzie nie powinieneś, że budujesz na odpierdol. Że na Twojej budowie ściany się walą. Tynki odpadają. Nic nie działa.

Dobrze posmarowałeś. Dobrze jedziesz.

W normalnym kraju firma, która spierdoliła jedną budowę, nie wywiązała się z umowy czy zmieniła warunki nie powinna już nigdy dostać zlecenia. Zakaz stawania do przetargów. I tyle.

Wiadomo wolny kraj.

Ale firma nie buduje, a budować miała.

Więc sprawa idzie do sądu.

Ciągnie się 10 lat.

W tym czasie przepadają dotacje, zaplanowane budżety.

A firma sądzona dalej staje do przetargów.

I je wygrywa.

Jakże mogłoby być inaczej.

Tak to się wszystko kręci. Kumpel kumplowi załatwia wygrany przetarg. Ten kto pierwszy dostanie „cynk” ten wygrywa.

Cóż więc z tego, że są pieniądze przeznaczone na takie cele. Że ktoś coś jednak chce zbudować.

Zbudują. Owszem.

Na szybko.

Przed wyborami trzeba oddać.

Kolejna okazja, żeby się pochwalić.

Więc jak zacznie padać deszcz to na hali sportowej trzeba stawiać wiadra.

Na basenie coś cieknie, pęka, odpada.

W sklepie wali się ściana.

Nieważne.

Poszły pieniądze.

Niby coś jest. Ale że nie da się z tego korzystać?

No przecież się da.

Ale nie może być zrobione raz, a dobrze.

Żeby służyło. Na lata.

To służy… jak i nasze drogi. Na lata.

Więc kiedy tu coś zacznie działać?

Kiedy wywalone na coś pieniądze przyniosą oczekiwane rezultaty?

Kiedy coś zbudowane będzie służyć dobrze, ułatwiając ludziom życie?

Czy nigdy nie skończy się to robienie na odpierdol?

U nas wszystko jest na odpierdol.

Bo przecież to nie moje.

To państwowe.

Więc nie moje.

Na pewno?

Czy sami sobie wtedy nie smrodzimy?

No jakże to…

Przecież jak rzucę tu na chodnik papierek od batona to sobie nie brudzę.

Jak butelkę wyrzucę na ulicę to sobie nie brudzę.

Jak wywiozę opony, styropian i tony gruzu do lasu to sobie nie brudzę.

Bo przecież las jest państwa. Jest wszystkich.

Jak wszystkich to niczyi.

Więc wywiozę tam wszystkie śmieci i mam spokój.

Co z tego, że są kosze? Że z zakład oczyszczania regularnie zabiera śmieci?

Za to trzeba zapłacić.

Więc wyrzucę gdzieś gdzie nie widać.

I to się tyczy papierka, i tony gruzu.

 

Idziemy pewnego razu z kumplem na przystanek tramwajowy. Jesteśmy jakieś 30 metrów od przystanku, wtedy kumpel wyjmuje paczkę gum do  żucia, bierze ostatnią i ku mojemu dziwieniu, papierek wyrzuca pod płot.

Czemu to zrobiłeś?

Ale co?

No czemu wyrzuciłeś ten papierek?

Aa tam taki mały…

Mały czy nie, zostało nam parę metrów do przystanku i za te kilka sekund będziemy przy koszu.

Jo tam, przecież taki mały, że go prawie nie widać.

No więc co gdyby każdy wyrzucił po jednym papierku?

Taa standardowa gadka, że a gdyby każdy wyrzucił…

No a jak myślisz? I pokazując na wszystkie śmieci przy płocie, wkoło przystanku i co gorsza, wkoło kosza pytam: a myślisz, że te wszystkie śmieci wyrzuciła jedna osoba?!

Kurwa.

Nie mógł zrozumieć mojego oburzenia.

A zwłaszcza tego, że podniosłem po nim ten papier.

Może i jestem głupi, ale czy naprawdę nie można tego badziewia przytrzymać chwilę w ręku i wyrzucić za parę metrów?

Czy nie można schować do kieszeni? Później idąc przy koszu – wyrzucić?

Czy to naprawdę tak wielki wysiłek?

O petach lepiej nie mówić.

Wszędzie. Miliony.

Kurwa.

No więc skoro tak ciężko przytrzymać papierek czy bilet wysiadając z autobusu, to jak tu kilku ton gruzu nie wywieźć do lasu?

Przecież to jedna zasada. Wyrzucam tutaj. Wywożę gdzieś. Nieważne.

Pozbyłem się problemu.

Nie ma.

I do tego oszukałem państwo, bo za darmo wszystko.

Jaki ja jestem mądry.

Wszyscy dookoła, kretyni – płacą.

A ja? Jaki ja jestem cwany. Wywiozłem. Nie ma.

Za darmo.

Nie musiałem nic płacić jak tamci…

A że las zasyfiony?

To wywiozę tam gdzie nie chodzę.

Że ktoś inny tam spaceruje?

Chuj.

Zarośnie i za kilka tysięcy lat ten styropian się rozłoży.

I tak na chodniku. W lesie. W autobusie. W kinie. Przy drodze.

Schowałem, upchnąłem, wyrzuciłem – nie widać problemu, więc go nie ma.

Jadąc samochodem nie jestem przecież u siebie… Przecież ja tu nie mieszkam.

Okno w dół… i co leży na siedzeniu.

Butelki, papierki, reklamówki.

Do rowu.

Tam przecież nie widać.

Pety z popielniczki?

Będąc na stacji benzynowej nie można wyrzucić do kosza. Przecież to dwa metry od samochodu.

Ile łatwiej gdzieś na parkingu uchylić drzwi i wysypać.

Piękną górkę żółtych, śmierdzących petów.

Ktoś to przecież sprzątnie.

Ktoś. Nikt. Nie ja. Nie ma problemu.

Śmieci. Odpadki wszelakie.

Szambo.

No przecież najłatwiej do jeziora.

Puścić rurę i po sprawie.

Można walić ile się da.

Postawić domek, posiać piękną trawkę. Zawiesić hamak i rozpalić grilla.

Sielanka.

Jak tu się przejmować śmierdzącą kwestią?

Czyż mam się przejmować własnym gównem, które pływa w jeziorze?

W tym jeziorze nad którym mam działkę, domek, gdzie chciałbym w upalny dzień iść popływać, a w ten deszczowy – połowić rybki?

Przecież jezioro jest duże.

Jedna kupa wiosny nie czyni.

Ale przez tydzień grillowania kiełbasy, w której więcej zmielonych odpadów niż mięsa, trochę tych gówien zostawię.

A jak przyjadą znajomi?

I do sąsiadów…

I do wszystkich domków.

Kilkaset ich jest.

Kilkaset razy kilkaset… gówniana sprawa.

A wszystko w jeziorze.

No, ale jezioro duże…

Więc przez jedne lato, jeden gówniany sezon, jezioro nie zaśmiardnie.

Ale przez pięć, dziesięć?

W końcu jezioro się zamknie, ludzie przestaną przyjeżdżać, bo i po co?

Jeździć nad jezioro, które już na brzegu zachęca swym zapachem?

Patrzeć na wodę w kolorze gówniano – zielonym?

Na jezioro do którego nie da się wejść? Owszem, da się. Ale po wcześniejszym umówieniu wizyty u dermatologa. Może u innego specjalisty.

Nie wiadomo przecież co się tam złapie. Tylko krosty wyskoczą? A może jakiś gorszy syf?

Człowiek brzydzi się wody w kiblu, nawet jeśli go wymył domestosem i spłukał miliard razy. Ale pływać w towarzystwie własnego klocka, dryfującego gdzieś pośród fal to już czysta przyjemność.

No wspaniała sprawa.

Ale co z tego?

Wystarczyłoby wydać rozporządzenie o przymusie posiadania szamba w domkach letniskowych, nad jeziorami i gdziekolwiek jeszcze.

Dać odpowiedni czas ludziom, by mogli to zrobić.

Nie? To kara.

Porządna.

Taka, żeby ludziom się zachciało srać do własnego szamba.

Kilku dostanie, reszta pomyśli.

Nie? To kara.

Przestanie w końcu do jeziora spływać rzeka gówna, a i pieniądze na oczyszczanie jezior i terenów wokół się znajdą.

Krótko. Szambo i kropka.

Nie ma srania do jeziora.

No, ale zbudowanie szamba kosztuje. Trzeba wykopać, wstawić odpowiedni zbiornik.

Drogo. Przecież ja tylko przez 2 tygodnie w roku wale klocki nad jeziorem. Potem już mnie nie ma.

Co mnie to obchodzi.

Więc kara powinna być taka, żeby się chciało jej nie płacić.

Zbudowałem. Wreszcie wszystko pozostaje w zbiorniku.

Muszę wynająć kogoś, żeby to wywiózł.

Szambonura.

Jemu płacę. On wywozi.

On płaci oczyszczalni.

Zaraz zaraz… płaci oczyszczalni?

No jeśli wezmę pieniądze od działkowicza, zabiorę gówna, a potem wywiozę do lasu… to przecież piękny biznes.

Nie płacąc oczyszczalni – wszystko dla mnie.

Zajebiście.

I tak jeżdżą do lasu całe kawalkady ciągników z beczkami…

Otworzyć zawór, wszystko spłynie i można jechać po następne gówna.

I tak w te i we w te.

Oj za to to dopiero powinny być kary.

Żeby się odechciało raz na zawsze.

Mi i wszystkim innym.

Ale cóż. Wszyscy wiedzą po co ta beczka jedzie do lasu. Ale wszyscy robią tak samo. Więc jeśli ja go wydam to on może wydać mnie.

A przecież las to świetne składowisko.

Ja też będę miał śmieci.

Też będę musiał się ich pozbyć.

Więc gdybym to zgłosił to sam bym sobie narobił bagna. Po co psuć sobie taki piękny darmowy śmietnik?

Wszyscy wywożą.

Wszyscy?

NIE!

Nigdy jeszcze nie wywiozłem śmieci do lasu.

Taa pewnie po prostu jeszcze nie miałeś kilku ton gruzu i wizji zamówienia kontenera z MPO. Też wywieziesz.

NIE!

Uwielbiam las. Jeziora. Łąki i pola.

Ale nie las w którym co krok znajduję butelki, worki z pieluchami, całe wysypiska opon i gruzu. Nie jezioro w którym wynurzając się z wody możesz mieć na głowie czyjeś gówno. Nie polanę w lesie, do której prowadzą wyjeżdżone koleiny ciągników z beczkami, wywożą syf i śmierdzi na kilometr.

Kurwa!

Czy ludzi, którzy wywożą, to nie boli?

Czy nie chce im się rzygać patrząc na zielone jezioro?

Czy nie mdli ich na widok milionów petów na przystankach, chodnikach, ulicach i trawnikach?

Czy naprawdę nie jest im niedobrze, kiedy jadą gdziekolwiek i widzą rowy wypełnione są wszelkimi śmieciami?

Od opon, po umywalki i stare telewizory.
Wszędzie.

 

 

 

Ojczyzna.

Nasz dom.

Nasze miejsce do życia.

Czy i Ciebie, drogi Czytelniku, nie bolą oczy…?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
500
wpDiscuz