Filipińska przygoda – czyli sadzenie palm kokosowych!

Jadąc na Filipiny, niewiele o tym miejscu wiedziałem. Fakt, dostałem mnóstwo informacji od… Andrzeja Tomickiego (temat na osobny wpis), lecz tak naprawdę nie wiedziałem co mnie czeka, kogo spotkam, i JAK TAM PO PROSTU JEST. Cóż można wiedzieć, mieszkając w Polsce, tropikalne wyspy znając jedynie z książek Jack’a Londona, który pisał swe „Opowieści mórz południowych”. Chciałem się przekonać, i jak zwykle Wszechświat pokierował mnie w najlepsze miejsca, wymyślił najpiękniejsze scenariusze i dał do tego wspaniałych aktorów! 🙂
Jedną z takich osób był Joel. Pewnego dnia, gdy byłem na działce (miejscu, w którym miałem rozbity namiot), pojawił się przy bramie i zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że to przyjaciel osoby, od której miałem wikt i opierunek. Od słowa do słowa, od herbaty do bananów i papai, a on nagle mnie pyta: co zamierzasz robić tu, na wyspie?
Odpowiadam, że najchętniej połaziłbym po jaskiniach, bo dzień wcześniej byłem w jednej i bardzo mi się spodobała. W odpowiedzi słyszę: to bardzo dobrze się składa, bo jestem grotołazem, wychowałem się tutaj i znam wszystkie miejsca, nawet te, których na mapach nie ma! 🙂
Magia!
Dostaję zaproszenie na jego działkę w dżungli, gdzie stacjonuje przez ostatnie dni. Wsiadam na swój motorek… …i ruszam!

Docieram na miejsce i zastaję cudny widok!
To nasze obozowisko na kolejne dni!
Chcąc być w porządku, i korzystając z gościny (a tak naprawdę – traktując ich jak braci) – pomagam chłopakom w sadzeniu kokosów. ‚Chłopakom’, bo okazuje się, że będzie z nami Kingjonh, kumpel Joel’a. Jak piękne to spotkanie, okazuje się później – jest to rastaman, który ma tak pozytywną Wibrację, że od razu łapiemy śmiechowy vibe’! Do końca życia będę pamiętać freestyle’owe śpiewanie piosenek Bob’a Marley’a przy ognisku w dżungli. To już nawet nie magia. To coś znacznie większego.

Proces sadzenia kokosów zaczyna się od… przygotowania dziury. Nie ma tam szpadla, jak to u nas w zwyczaju – tam, narzędziem jest dwumetrowy kawał żelaza.

Po około 40 minutach niezłego wycisku [trzech chłopa, pracujących na zmianę, nie szczędzących sił], powstaje dziura dla nowej palmy.
                      Około 60 cm głębokości, 40 szerokości. Niby nic, ale wykuć to w tych skałach… niezła jazda!

Chłopaki idą z sadzonkami – to po prostu zostawione na 3 miesiące kokosy.
Wyglądają tak:
Na dno sypie się trochę nawozu (dla lepszego startu rośliny).
Potem trochę ziemi dookoła.I wody (oczywiście przyniesionej w baniakach).
Mam posadzone swoje trzy palmy – ich imiona to BOB, ANDING i AGOY 😀 Oto jedna z nich:
Tak się sadzi palmy kokosowe na Filipinach!
Po ciężkiej pracy, mama Joel’a przyniosła nam pyszny obiad – wszystko własnoręcznie zebrane z działki… gdzie rosło w pełnym słońcu 🙂
Tradycyjnie podany obiad – opalone w ognisku liście bananowców, służące za stół (i talerze jednocześnie).
Oczywiście mamy też kokosy, z ich najpyszniejszą wodą!

Wspólny wysiłek, ciężka przeprawa ze skałami, by w nich dziury wykuć, ale też moje podejście, które jest na zasadzie – traktuję Ciebie, tak jak chciałbym, żebyś traktował mnie – buduje więź, buduje przyjaźń! Stajemy się sobie bliscy jak bracia – wspólna praca, gdzie nie patrzę na to, że ‚nie muszę tego robić, bo to ich zadanie’, tylko ruszam z nimi do akcji i wspólnie działamy, to sprawia, iż od tamtej pory – mam przyjaciół do końca życia!

A trzy moje palmy, wciąż rosną! 🙂