FILIPINY – ach, co za miejsce! :)

FILIPINY 2017.
Podróż przez egzotyczne wyspy trwa… pierwszy raz w życiu widzę tyle kokosowych palm, drzewa bananowca rosnące wszędzie wokół mnie, ogromne tuje i setki roślin, których nie znam.
Jest zielono, wilgotno i przede wszystkim – GORĄCO. Styczeń, to dla nich jeden z najzimniejszych miesięcy – tymczasem ja mam wrażenie, że nawet siedząc, wciąż się pocę…
Absolutnie nie potrzebne są żadne ubrania, poza spodenkami i koszulką – o każdej porze dnia jest gorąco, w nocy, nawet gdy pada – wciąż przyjemnie ciepło.
Hmm… czuję, że nie do końca powiedziałem prawdę. Ubrania są potrzebne, ale tylko gdy jesteśmy w budynkach, autach, busach – koniecznie musimy się chronić przez rozkręconą na maxa klimatyzacją! Tu, inaczej niż w Polsce – wychodzę na zewnątrz, żeby się ugrzać! Wczoraj, gdy wszedłem do pokoju w hostelu, poczułem, że dobrze byłoby mieć rękawiczki! Wcale nie przesadzając! Poprosiłem więc o skręcenie klimy, bo nie dało się tam siedzieć… choć i tak było lepiej, niż minus 25 stopni, gdy opuszczałem Polskę 😀
Filipiny, to kraj azjatycki – w związku z tym panuje tu chaos kontrolowany. Oczywiście na tyle, na ile da się go kontrolować.
Moim ulubionym zajęciem jest przechodzenie przez ulicę – za każdym razem dostarcza niezapomnianych emocji! Myliłby się ten, kto sądzi, że stanie na przejściu, poczeka aż się wszyscy zatrzymają i pójdzie… na drugą stronę. Tutaj,się po prostu wchodzi na ulicę, starając się iść pewnie – wtedy nadjeżdżający z każdej strony kierowcy uwzględniają nowy obiekt w obliczaniu trajektorii swoich wehikułów, i… po prostu nas omijają.
Jak to się dzieje? Tego do końca nie wie nikt, biorąc pod uwagę, że tych skuterów, trójkołówców, jeepneyów i aut jest tyle, że same ledwo się mieszczą na drodze 🙂
Znów mam wrażenie, że troszkę oszukuję, bo przecież najpiękniejszą czynnością jest jazda… jeepney’ami. Są to pochodne starych, amerykańskich jeepów, które po wydłużeniu przestrzeni ładunkowej o jakieś 4 metry, stały się kursującymi autobusami. Kursują po określonej trasie, wskakujemy do nich kiedy chcemy, i tak samo robimy wysiadając. Najlepsze dla mnie miejsce jest zawsze nie w środku (gdy widzą białego, starają się zrobić miejsce na ławce w środku), jednak ja zawsze staję na stelażu na zewnątrz, trzymając się tylko przyspawanej rurki – wtedy od klaty w górę jestem ponad dachem i mam doskonały punkt obserwacyjny. Oczywiście przysparza to mnóstwa wrażeń, bowiem z bezpieczeństwem nie ma to nic wspólnego… ale za to właśnie uwielbiam Azję! Chaos kontrolowany, w którym wszystko jest dozwolone, nic zabronione! Jeśli nie będę się trzymał, to spadnę – ot cała zasada bezpieczeństwa. Nie jak u nas w Europie – pasy, przepisy i nakazy.
Tu przewozi się tylu ludzi, ilu da się upchnąć, tyle towaru ile wejdzie… nawet jeśli wystaje przez okna i dach.
W tym wszystkim, uniwersalnym językiem jest… klakson.
Spełnia wiele zadań, jest informacją, że jedziemy, ostrzeżeniem, byśmy nie robili manewru, gniewnym wyzwiskiem (choć mam wrażenie, że w tym wszystkim – to najrzadsze). Klakson, i jeszcze raz klakson. Tu jednego dnia słyszysz go więcej, niż przez dwa lata mieszkania, choćby i w Warszawie.
Azja…
Upał, palmy i chaos. Uśmiechnięte twarze Filipińczyków i radość z odkrywania egzotycznych smaków i miejsc! 🙂

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
500
wpDiscuz