Krótka historia o tym, jak v-ce Misterem Polski zostałem…

O tym jak pewnego dnia zostałem wybrany II V-ce Misterem Polski…

Życie potrafi zaskakiwać i wielokrotnie się o tym przekonałem. Rzeczy nam się „przydarzają”, coś się „dzieje”, mamy „farta”. Czy jednak wszystko co się dzieje w naszym życiu jest kwestią przypadku i szczęśliwego zbiegu okoliczności?  Czyż pozostajemy bez wpływu na nasz świat i to, co w nim widzimy?
Zdecydowanie NIE!

Uważam, że we Wszechświecie nie ma czegoś takiego jak przypadek lub ślepy traf. Wszystko co się dzieje, bierze swój początek w naszych myślach, czyli w naszej głowie. Czy tego chcemy czy nie, każda myśl wprowadza w ruch energię, która przejawia się w świecie fizycznym.

Oczywiście większość osób powie, że to bzdura, pic bajer i fotomontaż. Z pewnością tak się może wydawać. Jednak jeśli zaczniemy obserwować nasze, często pogmatwane myśli, a potem przyjrzymy się temu, co dzieje się w naszym życiu – zdamy sobie sprawę z tego, że wszystko działa w ten sposób. Najpierw jest myśl, a potem nasze doświadczenie w świecie fizycznym. Jest jednak jedno „ale”.

To, że siedzę teraz przed komputerem i pomyślę „chcę mieć nowy rower” nie sprawi, iż nagle wyląduje on przed naszymi oczami. Wszystko to działa, ale z opóźnieniem… i dlatego tak ciężko spostrzec, iż to co nam się teraz przydarza – było kiedyś w naszej głowie. Poza tym, w skrajnych przypadkach może zdarzyć się, iż rower dosłownie spadnie nam z nieba (kiedyś napiszę o tym jak wygrałem dobry rower), ale zazwyczaj po prostu rzeczy ułożą się tak, że będziemy mieć pieniądze na zakup roweru, albo coś w ten deseń 🙂 Po prostu Wszechświat zawsze spełnia nasze życzenia, sęk w tym, że tego nie dostrzegamy przez odstęp czasowy pomiędzy myślą a doświadczeniem.

Są jednak chwile, gdy coś się dzieje, a my nagle stwierdzamy: Hola, hola… przecież ja niedawno o tym myślałem! Doznajemy czegoś na kształt olśnienia, widząc działanie niepodważalnych praw Wszechświata.

Odkąd zacząłem zwracać uwagę na to co się dzieje i przypominać sobie własne myśli, przydarza mi się to często. Są to chwile w których zatrzymuję się w miejscu, oczy otwierają mi się ze zdumienia i zbieram szczękę z podłogi. Tak było również wtedy…

Dostałem maila o castingu do konkursu Mister Polski 2009. Przeczytałem, przemyślałem i dałem sobie spokój.

Minął jakiś czas i kilkanaście dni później, gdy siedziałem w domu i grałem w jakąś grę na komputerze,  przypomniało mi się o tym castingu. Stwierdziłem, że daruję sobie podróż do Warszawy, bo i po kiego tam jechać 🙂 Jednak myśl o tym nie dawała mi spokoju; ubrałem się, wsiadłem w Czerwoną Strzałę (moje Cinquecento w spadku po dziadku) i pomknąłem… no dobra, jechałem w stronę stolicy.

Na wydrukowanej naprędce mapce miałem zaznaczony punkt docelowy, więc jakieś 2,5 h później byłem na miejscu. Zaparkowałem Strzałę i poszedłem na miejsce…

Wszedłem do środka budynku pod wskazanym adresem i wtedy zrozumiałem, że nie był to dobry pomysł. W środku bowiem, stało kilkudziesięciu facetów – wszyscy wymuskani, nażelowani i generalnie z głową bardzo wysoko 😀

Ja wszedłem w jeansach i bluzie, w uszach mając słuchawki i lecącego w nich Bob’a Marleya. Nijak nie pasowałem do towarzystwa, które kręciło się niespokojnie w oczekiwaniu na rozpoczęcie. Skoro jednak przejechałem tyle kilometrów, to stwierdziłem, że zostanę.

Po jakimś czasie pojawiło się szanowne jury.  Składało się z jakichś ważnych osobistości, aktualnie panujących Kobiet z tytułem Miss itd. Nie wnikałem.

Każdy ze startujących miał łącznie 3 wyjścia, na których musiał zaprezentować się przed ową komisją.  W pierwszym wezwaniu należało zaprezentować się „just like that”, czyli w normalnym stroju, bez żadnych wymogów. Siedziałem sobie spokojnie, a gdy nadszedł mój czas – po prostu wyjąłem słuchawki i na chwilę pożegnałem się z Bob’em. Wyszedłem, odpowiadałem na pytania, które zadawała mi komisja i wróciłem na swoje miejsce, gdzie mogłem dalej spokojnie słuchać muzyki.

W następnym wyjściu każdy z nas miał zaprezentować się w stroju wyjściowym, a więc w garniturze. Rzecz jasna, kiedy zapadła w mojej głowie decyzja o tym, że jednak pojadę – pomyślałem o wielu rzeczach, ale z całą pewnością nie o tym, by wziąć garnitur. Tym sposobem, gdy zostałem wezwany do wyjścia, zaprezentowałem wspaniały, olśniewający i unikalny strój wyjściowy, w postaci… jeansów i bluzy. Oczywiście znów musiałem wyjąć słuchawki 😀

Podczas drugiego wyjścia odnosiłem nieodparte wrażenie, że wyróżniam się z tłumu. Niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Cóż, moje codzienne buty nie lśniły takim blaskiem jak u reszty startujących… i ich garniturach.

Minął jakiś czas, który rzecz jasna spędziłem na słuchaniu muzyki i… patrzeniu jak wszyscy szykują się przed kolejnym wyjściem. Ktoś smarował się oliwką, ktoś robił pompki, ktoś poprawiał włosy przed lustrem. A ja sobie siedziałem mając w tle „Catch a fire”.

Nadszedł czas kolejnego wyjścia. Tym razem stroju należało mieć na sobie jak najmniej, bowiem było to wyjście plażowe, czyli w kąpielówkach.
Co prawda kąpielówki w samochodzie miałem, jednak klapki zdawały się być odległym marzeniem. Skoro więc ich nie posiadałem, to znów odróżniając się od reszty – wyszedłem na boso.

Do tej pory nie wiem jakie myśli przechodziły przez głowy jurorów, jednak z pewnością mieli ze mnie ubaw. Wcale mnie to nie dziwiło 😀

Po zaprezentowaniu się wszystkich uczestników, przyszedł czas na obrady jury. Siedzieliśmy więc w oczekiwaniu, a ja wciąż słuchałem sobie Bob’a.
Minęła godzina i zostaliśmy poproszeni o zebranie się w głównym holu. Ustawiliśmy się wszyscy przed komisją i oczekiwaliśmy na wyniki castingu, czyli mieliśmy się dowiedzieć o dziesiątce przechodzącej do finału.

Stoję sobie tak jak przyjechałem; totalnie wyluzowany, ze słuchawką w jednym uchu, jednocześnie drugim wyłapując kolejne odczytywane nazwiska. Myślę sobie o drodze powrotnej, planuję trasę wyjazdu i nagle słyszę moje nazwisko! Z niedowierzaniem wyciągam drugą słuchawkę z ucha i dopytuję czy aby na pewno się nie przesłyszałem…!
Okazuje się, że nie i chwilę później, gdy zostały odczytane pozostałe nazwiska z finałowej 10tki, zostajemy poproszeni na taras widokowy na dachu, gdzie zostanie zrobione pamiątkowe zdjęcie.

Oto ono:

Dokładnie w tym stroju występowałem, gdy wszyscy inni wciągali garniaki 😀

Po zrobieniu zdjęcia jeden z jurorów informuje nas, że finał odbędzie się w Szczyrku, dostajemy do podpisania dokumenty finalistów i… rozjeżdżamy się do domów.

Jestem totalnie zaskoczony tym co się wydarzyło i wracam w doskonałym nastroju do domu 🙂

Do finału zostało mi sporo czasu, więc niecierpliwie czekam co będzie dalej. W międzyczasie zostaje zmienione miejsce zgrupowania i zamiast do Szczyrku, jedziemy do Szczecina. To trochę gorzej ze względu na to, iż dwóch uczestników jest właśnie z tego miasta ;p

Zapakowałem się z całym majdanem w pociąg i ruszam do zachodniopomorskiego, by zobaczyć co mnie tam czeka.

Dojeżdżam na miejsce; z dworca odbiera mnie taksówka i jedziemy pod wskazany adres. Okazuje się, że wszyscy powoli się zjeżdżają (z różnych stron Polski), a dla mnie zgrupowanie zaczyna się niezbyt ciekawie, bowiem kilkanaście minut po dotarciu na miejsce zaliczam glebę na śliskim chodniku 😀

Zostajemy przetransportowani do hotelu, który przez tydzień będzie naszym domem. Dostajemy harmonogram zgodnie z którym ma się wszystko odbywać, a wcześniej zostajemy przydzieleni do różnych pokoi. Zmęczony podróżą i całym dniem w ruchu, zasypiam…

Nie pamiętam już dokładnej kolejności zajęć, ale głównie było to ćwiczenie choreografii (z tancerką, która tańczyła m. in. u Stachurskiego :D), próby finałowej gali oraz różne aktywności. Pewnego dnia mieliśmy okazję na żywo wystąpić w TVP Szczecin i poznać prezenterkę, która swego czasu była bohaterką internetu „tory… tory też były złe”. Kto widział, ten wie 😀

Najlepsze z całej wizyty w telewizji było to, że popłakałem się ze śmiechu na wizji, podczas przemówienia jednego z chłopaków 😀

Kolejną atrakcją dla nas przygotowaną był wyjazd do Polic, do dużej kręgielni, która była wynajęta specjalnie dla nas, żebyśmy mogli sobie pograć w kręgle z… mieszkającymi w Szczecinie dziewczynami z tytułem Miss :)))

O imprezie wiele nie powiem, w każdym razie było fajnie :]

Tydzień pobytu dobiegał końca, mieliśmy opanowaną choreografię i wiele prób finałowej gali za sobą. Wynikło jednak małe nieporozumienie i okazało się, że organizatorzy nie zapewnią nam garniturów na występ, więc po szybkim telefonie do domu, kurier z gajerem do mnie leciał 😀

W dniu finału uradziliśmy, że whisky dobrze nam zrobi przed występem. Ktoś pobiegł do sklepu i flaszki były gotowe. Potem dopadły nas miłe Panie, które poprawiły nam koloryt skóry i ogarnęły włosy. Ubraliśmy się wyjściowo (garnitur na szczęście zdążył dojechać) i czekaliśmy.
Publiczność się zapełniła, przyszli goście i jury, konferansjerka zapowiadała co się ma wydarzyć.

Finał był fajny: ktoś zadawał nam wylosowane pytanie, przedstawialiśmy własne talenty (specjalnie po to targałem gitarę przez pół Polski), prezentowaliśmy układy choreograficzne…

Niemniej jednak finał jakoś mało pamiętam [i to nie ze względu na wypite whisky]; w każdym razie, gdy doszliśmy do ogłoszenia wyników… 2 razy usłyszałem swoje nazwisko. Jako Mister Internetu (w głosowaniu internetowym na stronie organizatora zdobyłem dużą przewagę nad pozostałymi rywalami) oraz IIgi v-ce Mister Polski 2009.

To dopiero było zaskoczenie!!!

Ja, pośród tych wypicowanych kolesi, którzy świecili 6pakami… ja, który przyjechałem pociągiem, a np. mój współlokator z hotelu – kilkuletnim ferrari, ja…

A jednak. Udało się! Był to dla mnie dzień sukcesu, bowiem zdałem sobie sprawę, że byłem kimś na kształt nr 3 w Polsce… zupełnie nie zważając na fakt, iż Mister i V-ce byli ze Szczecina :]

Tym oto sposobem, zakończyła się moja przygoda z konkursem i mogłem wracać do domu bogatszy o kilka nagród i ów tytuł.

Całkiem długa to historia, choć opowiedziana w skrócie. A jak się ma do mojego wstępu? Otóż chwilę czasu trwało nim sobie to przypomniałem, jak kilka miesięcy wcześniej trafiłem „przypadkiem” na książkę Potęga Podświadomości J. Murphego. Był tam pewien akapit, traktował o programowaniu podświadomości.

I wtedy zupełnie mnie olśniło! Przecież przez długi czas przed zaśnięciem powtarzałem sobie jedno słowo…

„Sukces”.

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Krótka historia o tym, jak v-ce Misterem Polski zostałem…"

avatar
500
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Anonimowo
Gość

Świetna historia! Ale się uśmiałam. Jesteś taki prawdziwy,to jest piękne. Pozdrawiam Gosia.

wpDiscuz