Przez Paryż do Orleans!

Dzień trzeci

Godz notowania 17:00

Temp. 12 ‘C

Dystans: 300 km

 

Goły przyjechał z pracy, zabrał mnie do chaty i zrobił przepyszny, gorący rosół! Zjadłem z dokładką i w końcu zrobiło mi się ciepło… po tej nocy, spędzonej w wilgotnym namiocie, przez cały dzień było mi zimno.
Pogadaliśmy trochę, poznałem jego znajomych z Węgier – akurat robili schabowe w panierce z… tłuczonych chipsów paprykowych (nie jadłem, ale ponoć dobre).

Gdy już się troszkę zaaklimatyzowałem postanowiliśmy pojechać do coffe-shop’u… Być w Holandii i nie spróbować miejscowych specyfików to jak pojechać na Oktoberfest i nie napić się piwa! :]

W domu Goły skręcił z tego blanta, Lolka, skręta czy jak-chcesz-tak-nazwij. Nastrój zrobił się ciekawy, wpadł ich znajomy z drugiego domku i gdy usłyszał, że spałem w namiocie przy autostradzie to powiedział, że muszę być „odważny” (tu użył trochę innego słowa:D), bo on nigdy by się tego nie podjął… W sumie nie myślałem o tym w tych kategoriach, ale w sumie, czego miałbym się bać?

Byłem niewyspany, więc długo nie siedzieliśmy. Trafiło mi się łóżko współlokatora, który jak się okazało, i tak zazwyczaj śpi na dole w salonie. Zadziwiające jak bardzo człowiek może docenić zwykłe łóżko po jednej nocy w mokrym namiocie…

Budzik ustawiony na 5ą rano… Nie wiedziałem zbytnio co się dzieje, gdy jego dźwięk rozległ się w pokoju. Wiedziałem tylko, że muszę wstać i przygotować się do dalszej drogi. Napiłem się ciepłej herbaty, pożegnałem się ze wszystkimi i dziękując za gościnę i ruszyłem przed siebie.

Po ok. 3 km doszedłem do wylotu na autostradę. Powoli zaczynało się robić widno, więc stanąłem w możliwie najlepszym miejscu i czekam. Ruch niezbyt duży, miejsce w skali 1-5, gdzieś tak około 3. Mija kwadrans i widzę żółtego forda. Dziewczyna ze środka lekko się do mnie uśmiecha i woła mnie do środka. Biegnę do niej, by zdążyć przed zmianą świateł i po chwili montuję się w małym fordzie Ka. Jest nauczycielką, jedzie do pracy, a mnie wysadza… po około 4 km (sic!)
Jest tu wjazd na autostradę, ale ogólnie miejsce do łapania z kategorii: lipa!

Cóż robić… Stoję z kartką „Bergen op Zoom” i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.

Obserwuję piękny wschód słońca, a czas leci. Mijają może 2h i zatrzymuje się samochód… Człowiek w tym momencie nie myśli o niczym innym, tylko ma banana na twarzy i chce jak najszybciej wskoczyć do samochodu!
Wsiadam i jedziemy. Bardzo sympatyczny Holender, który opowiada jak to sam kiedyś podróżował, a jego najciekawszą wyprawą było przejechanie wzdłuż i wszerz Australii oraz Indonezji, oczywiście na stopa!

Wysiadam na zjeździe na Antwerpię. Miejsce jest idealne, ale nagle orientuję się, że nie mam namiotu!

Zastanawiam się co się mogło stać i jakim cudem gdzieś go zgubiłem, skoro na pewno był przypięty do plecaka – dochodzę do wniosku, że musiał się odpiąć, gdy zabierałem plecak z tylnego siedzenia. Stwierdzam jednak, że facet był na tyle w porządku, iż jeśli to zauważy to wróci i mi go odda. Siadam na ławce nieopodal i czekam na rozwój wypadków. Rozglądam się i widzę, że jedzie drogą niedaleko mnie. Biegnę w jego stronę i macham, żeby się zatrzymał. Podbiegam, tłumaczę o co chodzi, ale przeglądamy auto, a tam ani śladu namiotu. Dziękuję mu jeszcze raz za podwózkę i wracam na ławkę.

Zastanawiam się co robić… W pierwszej chwili chciałem się zdenerwować, bo przecież straciłem namiot. Po chwili jednak, powiedziałem sam do siebie: co się stało, to się nie odstanie. Nie ma się co denerwować, skoro i tak już tego zmienić nie mogę!

Jednak to dopiero początek wyprawy, a namiot z pewnością będzie mi jeszcze potrzebny…

Mam dylemat co robić… Wrócić do tego miejsca, gdzie nie mogłem nic złapać przez 2 h i sprawdzić czy jest namiot. Albo korzystać z dobrej miejscówki do łapania i jechać dalej.

Decyduję się wrócić i sprawdzić, w końcu dobrze mieć swój własny dom!

Staję na drodze w kierunku powrotnym i po 5 minutach zabiera mnie facet. Opowiadam mu co się stało, a facet mówi, że mieszka zaraz obok miejsca w którym zgubiłem namiot. Opowiada mi jak to był kiedyś pod Krakowem na wakacjach, a w tym czasie podjeżdżamy w miejsce, gdzie poprzednio stałem. Mamy wielki ubaw, bo faktycznie namiot leży na poboczu drogi… Mówi, że jestem „lucky Man”! – bardzo mu dziękuję, on życzy powodzenia i odjeżdża, mrugając awaryjnymi. Nie wiedziałem, że można tak się cieszyć z namiotu! Mam wielką radochę, że zguba się odnalazła!
Po chwilowej euforii uświadamiam sobie, że znów stoję w tym lipnym miejscu. Trudno… W słuchawkach „no woman no cry” Bob’a Marleya, więc niech się dzieje co chce.

Po 15 minutach zabiera mnie młody facet, który jak się okazuje – jedzie właśnie prosto do Antwerpii, czyli tam gdzie zmierzam!
Czas na małe przemyślenia. Otóż… pierwszą reakcją na stratę namiotu były nerwy. Jednak nie poddałem się tym negatywnym myślom, powiedziałem sobie: będzie dobrze. Zatoczyłem małe koło, wróciłem do poprzedniej pozycji, ale potem zabrał mnie ten facet i dojechałem od razu na miejsce. Tak jak przygoda w serwisie Forda, a potem przecięcie całych Niemiec na strzała. Wszystko działa na naszą korzyść… Trzeba tylko czasu, by to dostrzec!

Dolatujemy do Antwerpii i facet wyrzuca mnie w bardzo dobrym miejscu do łapania. Staję z kartką „PARIS” (jak fajnie trzymać taką kartkę w ręku!) i czekam. Mija kilkanaście minut i zabiera mnie młody chłopak, który nie dość, że podrzuca mnie na „miejsce, gdzie stają wszyscy autostopowicze”, to jeszcze daje mi całe opakowanie szynki Schwarzwaldzkiej! Ekstra!

Dziękuję mu i wysiadam. Faktycznie miejsce świetne, ruch bardzo duży, kierunek odpowiedni i dużo miejsca do zatrzymania się (dla samochodów). Stoję i po dwóch minutach zatrzymuje się młody chłopak i pyta czy mnie zabrać – jednak nie jedzie w prostym kierunku na Paryż, ale odbija na Gentz. Coś mi podpowiada, żeby skorzystać z tej opcji, więc już po chwili ruszam w dalszą drogę.

Bardzo fajnie się gada, chłopak pracuje w stoczni i właśnie wraca do domu. Wysadza mnie na miejscu, który jest aż wydeptane przez autostopowiczów, na pożegnanie dając mi jeszcze paczkę cukierków! :]

Czekam i podziwiam uroki belgijskich miasteczek… a chwilę później, zabiera mnie kobieta jadąca z małym synkiem. Mówi, że zawsze pomaga, gdy tylko ma ku temu okazję.

Po jakimś czasie wysadza mnie na parkingu, gdzie stoi sporo TIR’ów. Podchodzę więc do jednego z nich i pytam kierowcę czy przypadkiem nie jedzie w stronę Paryża. Okazuje się, że jeździ tylko w okolicach tej miejscowości, więc z nim nie dojadę do Francji. Dziękuję za informację i odchodzę. Po kilku metrach słyszę, że woła mnie z powrotem, a gdy podchodzę pyta: „nie chcesz może mleka?” oczywiście nie odmawiam! Dostaję więc polskie mleko, sok w kartonie i napoczętą paczkę ciastek! Magia!
W następnym TIR’e kierowca mówi, że jedzie, ale tylko kilkanaście kilometrów. Zgadza się mnie zabrać, więc korzystam i dojeżdżam z nim do Lille. Tym oto sposobem docieram do granicy belgijsko-francuskiej. Coraz bliżej do Afryki…

Jest tu olbrzymi parking dla TIR’ów, przez który każda ciężarówka musi przejechać. Idę więc przez cały plac w poszukiwaniu polskich blach, ale ni widu ni słychu.

Staję więc na poboczu drogi dla samochodów osobowych bardziej po to, żeby obserwować wjeżdżające ciężarówki niż po to, żeby coś złapać i czekam. Widzę, że wjeżdża polski TIR. Zabieram plecak i idę w jego stronę… ten parking jednak jest całkiem duży. W końcu do niego docieram i zagajam, jak to mam w zwyczaju. Kierowca akurat kręci pauzę, więc z nim nie pojadę, ale proszę, żeby na radiu zapytał, bo przecież jeździ tu mnóstwo polskich kierowców.

Głos ma piskliwy jak kobieta, bierze radio i…
„Koledzy… jest turiiista do zabraniaaaa”. A teraz powiedz to sobie takim głosem jak byś wciągnął haust helu! I dodatkowo wyobraź sobie jak to brzmi na CB radiu…

Po chwili ciszy… „Koledzy… turista jest do zabrania”. Jakoś mnie nie dziwi brak odzewu, bo nawet gdybym ja jechał autem, to pomyślałbym, że to jakiś żart…

Już chciałem sam wziąć od niego to radio i „normalnie” zagadać, ale sobie darowałem. Podziękowałem i poszedłem z powrotem.

Znów stoję na wlocie i czekam. Następny polski TIR wjeżdża na parking i zatrzymuje się… na samym jego końcu.

Dochodzę do niego, mówię co i jak, a on od razu: Siema, Grzesiek! Hehe 🙂 Chwilę rozmawiamy, proszę go o krzyknięcie na radiu i… teraz to brzmi tak jak powinno! :]

Jednak odpowiada nam tylko cisza. Po kilku próbach dziękuję mu serdecznie i odchodzę, jednak nagle przez trzaski daje się słyszeć czyjś głos. On szybko odpowiada, ale znów cisza na łączach. Po minucie znów ledwo słychać czyjeś słowa. Po kilku następnych próbach dowiedzenia się szczegółów, okazuje się, że facet białym MAN’em przejechał już granice, ale stoi w korku i zjedzie na pobocze, żeby na mnie poczekać. Biegnę od razu w tamtą stroną, naprędce tylko dziękując Grześkowi!

Faktycznie jest tu korek, stoją 3 TIR’y na poboczu, ale żaden na polskich blachach. Przebiegam więc jeszcze raz obok nich i teraz widzę kartkę za szybą „Henryk”. On mnie zauważa, woła mnie i od razu wskakuję do kabiny. Ruszamy, jednak jedziemy bardzo powoli, bo zrobił się SZTAU!

Rozmawiamy i Pan Heniu okazuje się być bardzo fajnym facetem. Ma bardzo ciekawe poglądy na wiele tematów… Najciekawsze jest jednak to, że jak mówi „nie może słuchać ciągłego marudzenia naszych kierowców” na CB, więc zawsze ma wyłączone radio. A teraz włączył je tuż przed granicą…
Dlaczego? Tak po prostu, pomyślał, że włączy! Włączył i usłyszał wołanie, że stoję i szukam transportu. MAGIA. MAGIA. MAGIA 🙂

Mieszka w Holandii i co 2 dni jeździ do Paryża wożąc pocztę… Podróż mija świetnie, rozmawia się klawo!

Wysadza mnie na „Vemarsie”, czyli dużym parkingu niedaleko Paryża. Przed odjazdem woła kilka razy na radiu czy ktoś by mnie nie przejął, ale odpowiada nam tylko cisza. Bardzo mu dziękuję i ruszam szukać transportu. Chodzę i rozglądam się… trochę szukając polskich TIR’ów, a trochę rozglądając się za miejscem do rozbicia namiotu. Przeszedłem cały parking, kilku miłych kierowców życzyło powodzenia, niestety nie jadąc w „moim” kierunku. Już miałem zrezygnować z poszukiwań, ale zobaczyłem dwóch facetów siedzących w kabinie, czyli w podwójnej obsadzie. Dopuszczalna liczba osób w kabinie to właśnie 2, więc podszedłem z pytaniem czy może nie znają kogoś, kto jedzie w tamtą stronę. Jeden z nich mówi, że on jedzie… A ten drugi tylko przyszedł pogadać.

Ma wykręcić pauzę „45” i potem mogę z nim jechać. Siedzę więc na parkingu pod Paryżem, jem chleb ze sprezentowaną przez młodego Belga szynką i czekam na odjazd w dalszą drogę!

Jadę do ORLEAN’s!!!

mapa dzień 3