Best day of my life!

Dzień szósty

Temp. – ciepło!

Dystans: kilka razy 30 metrów w górę!

Spało mi się świetnie – po nocy spędzonej na stacji benzynowej KAŻDE łóżko jest najlepszym, najwygodniejszym miejscem do spania! A gdy się rano obudziłem, usłyszałem niesamowicie piękne pytanie: nie chcesz się powspinać?
Okazało się, że Sam, wraz z kolegami z zespołu, co tydzień jeżdżą w pobliskie góry, co by się trochę powciągać w pionie. Skoro więc czas mnie nie naglił, z wielką, naprawdę wielką ochotą, przystałem na jego propozycję.
Po kilku telefonach, udało się zorganizować dla mnie jakieś spodnie – o butach w moim rozmiarze nie było jednak mowy. Trudno.
Spakowaliśmy wszystko co potrzebne i ruszyliśmy w stronę gór, po drodze zabierając resztę ekipy. Okazało się, że klawiszowiec jest instruktorem wspinaczki, więc dzień zapowiadał się naprawdę dobrze. Po drodze zatrzymaliśmy się, by kupić coś do jedzenia – a skoro to Francuzi, to oczywiście nie obyło się bez bagietki. A raczej pełnej ich torbie.

Po kilkunastu kilometrach świetnej podróży, dojechaliśmy na miejsce. Tuluz (bo tak miał na imię nasz instruktor) sięgnął przygotowane dla mnie spodnie, które zdawały się nawet całkiem dobrze pasować. Zabraliśmy więc resztę potrzebnych nam rzeczy (oczywiście wtedy okazało się, że baterie w aparacie padły, a zapasowe zostały w domu :D) i ruszyliśmy wąską ścieżką, w stronę widocznej nieopodal góry.

Wkrótce dotarliśmy do celu, rozłożyliśmy „obozowisko” i czekaliśmy, aż Tuluz zamontuje linę. Okazało się, że ścianka ta jest bardzo popularnym miejscem, a jako że pogoda dopisywała – było tam już całkiem sporo osób. Wszyscy jednak bardzo przyjaźni i serdeczni. Można było spotkać całe rodziny; małe dzieci w kaskach na głowach też próbowały swoich sił we wspinaczce.
Niebawem dostaliśmy znak, iż lina jest gotowa, więc po kolei zaczęliśmy się wspinać. Jako, że byłem tam gościnnie – pozwoliłem gospodarzom by to oni jako pierwsi podjęli próby. Wkrótce jednak przyszła moja kolej, więc bez wahania podszedłem do ścianki. Z założoną uprzężą mógłbym sprawiać wrażenie przygotowanego na ten rodzaj aktywności, jednak zdradzał mnie pewien szczegół… oto na stopach miałem buty BHP, na bardzo grubej podeszwie, ze wzmocnieniami na czubkach w postaci blachy. Nijak się to ma, do możliwie jak najcieńszych butów wspinaczkowych…
Postanowiłem nie przejmować się owym faktem i robiłem co się da. Po kilkunastu minutach dotarłem na górę – wtedy odwróciłem wzrok i moim oczom ukazał się nieprawdopodobnie piękny widok – 20 km dalej, zaczynało się skąpane w blasku południowego słońca – Morze Śródziemne! Emocje wynikające z aktywności na 30 metrowej ścianie i do tego ten widok… naprawdę zaparło mi dech w piersiach!
Przyszedł jednak czas, by zjechać na dół. Chłopacy z dołu dawali mi wskazówki jak to zrobić: nie trzymaj się liny ani skał i ‚usiądź’ w powietrzu, tak by odbijać się nogami od ściany…

Wszystko ładnie pięknie, ale gdy się stoi nad trzydziestometrowym urwiskiem – nie jest wcale tak łatwo wykonać ten „skok wiary” – trzeba zaufać, iż osoba, która jest na dole, dobrze nas asekuruje trzymając linę.
Po chwili szybszych oddechów i przyspieszonego tętna – udało się! Zjeżdżałem w dół, z radochą odbijając się od ściany.
Chłopacy mieli ubaw, a ja – niezrażony początkowym wahaniem, chciałem więcej!
Przenieśliśmy się na kolejną ścieżkę (czyt. linię wspinaczki), tym razem, o trochę większym stopniu trudności.

Tak jak poprzednio – i tym razem pozwoliłem gospodarzom się wykazać. Najpierw wszedł Sam, potem jednak przyszła kolej na mnie.
Zacząłem się wspinać, co nie przysparzało mi kłopotów (w końcu uwielbiam łazić po drzewach i wszystkim, co się da), w końcu jednak doszedłem do punktu, w którym utknąłem. Oto bowiem w połowie wysokości ścianki, było coś w rodzaju wnęki – miejsce, w którym trzeba było się trochę nagimnastykować, by znaleźć punkt zaczepienia. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że moje buty kompletnie nie nadawały się do wspinaczki! Mimo, że udało mi się znaleźć miejsce dla stopy, w tych butach nie byłem w stanie jej tam postawić… Po dłuższej chwili walki z grawitacją odpadłem od ściany, i po kilku metrowym locie, zostałem zatrzymany przez asekurującą mnie osobę, tym razem w postaci Sama.
Lekko uderzyłem o skały, co na szczęście skończyło się jedynie na rozciętym palcu. Byłem spocony, adrenalina buzowała, a widok krwi na dłoni wzmógł tylko chęć zdobycia szczytu! Wróciłem więc czym prędzej do owego miejsca i po kilku minutach trudnej walki (z butami) i ścianą – wciągnąłem się wyżej i przeszedłem krytyczny moment. Dalsza droga była już w miarę prosta, więc po chwili byłem na samej górze. Chwila zachwytu nad widokiem… i zjazd na dół.
Zmęczony, ale bardzo zadowolony – zabrałem się za bagietkę. Mieliśmy do tego pasztet, pomarańcze i kilka innych rarytasów. Było pyszne!
Wkoło kręci się mnóstwo ludzi, ale wszyscy zachowują się jak rodzina, w dodatku traktując to miejsce jak własny dom – nie widziałem nigdzie choćby jednego papierka czy innego śmiecia wyrzuconego na ziemię. Można?
Pałaszuję bagietkę i obserwuję jak swoją próbę podejmuje Mika. Nie jest doświadczonym alpinistą, ale przyjeżdża tu od jakiegoś czasu. Widzę jak dochodzi do owej wnęki i, podobnie jak ja – zaczyna się gimnastykować. Nie jest łatwo przejść tą wyrwę w skale, więc po kilku minutach walki – również odpada od ścianki. Przelatuje kawałek, lecz na szczęście wszystko z nim ok, i wraca, by znów spróbować. Oczywiście jest przygotowany o wiele lepiej niż ja, ale po drugiej próbie zjeżdża na dół, rezygnując z walki…Spokojnie konsumuję kolejny kawałek bagietki, w sercu jednak czując wielką satysfakcję, że pomimo braku sprzętu i tego, że moje buty są tragiczne – nie poddałem się i udało mi się przejść tą ścieżkę!
Czas mija w doskonałej atmosferze – jest ciepło, mamy pyszne jedzenie, ludzie są przemili, a adrenalina dodaje skrzydeł! W końcu jednak nastaje popołudnie, więc powoli trzeba się zbierać, jednak na zakończenie wybieramy się pod dalszy fragment skały, bowiem najbardziej doświadczeni Sam i Tuluz, chcą spróbować najtrudniejszej ścieżki.
Po godzinie ‚zabawy’, salwach śmiechu i dopingu – przybijamy piątki, bowiem obaj pokonali ściankę!
Powoli się zbieramy, przed odjazdem jednak kierujemy się na zachodnią część ścianki… początkowo nie wiem po co (to zupełnie odwroty kierunek niż > na parking), lecz chwilę później poznaję odpowiedź na moje nie-zadane pytanie. Jesteśmy w miejscu, w którym kończy się ścianka; przed nami rozciąga się rozległa dolina, w tym momencie skąpana w świetle zachodzącego słońca… siedzimy na skałach, pełni emocji po całym dniu. Alpiniści wyciągają przygotowanego jointa, więc relaksujemy się, po kolei podając sobie skręta… a piętnaście minut później – jesteśmy w drodze do domu.
Dojeżdżamy z powrotem do Montpellier, po drodze mając wysadzić chłopaków. Gdy dojeżdżamy pod dom jednego z nich, Sam postanawia na chwilę wejść z nim do środka, a ja czekam w samochodzie. Po kilku jednak minutach jeden z nich woła mnie do środka… wchodzę do piwnicy – jest tam coś w stylu kanciapy; wszędzie stoi mnóstwo gratów, ale też pełno jest instrumentów. W tym momencie widzę, że Tuluz gra już na pianinie, Sam trzyma saksofon, resztą jest przy perkusji i gitarze. Dodatkowo jest inny chłopak, którego wcześniej nie widziałem – wszyscy już grają „na całego”. Kompletna improwizacja: co chwilę zamieniają się instrumentami, sięgają z półek co raz to nowe sprzęty, grają na wszystkim… gram i ja. Wystukuję rytm różnymi przedmiotami, muzyka co chwilę zwalnia, co chwilę przyspiesza. Czuć wibrujące emocje, muzyka nas porywa – adrenalina, radość, piękne widoki – to wszystko teraz wypływa w postaci dźwięków. Intuicyjnie wszyscy wiedzą w którą stronę popłynie melodia – wszystko dzieje się nadzwyczaj naturalnie. Jestem zaskoczony jak dobrzy są to muzycy – to prawdziwi multiinstrumentaliści, którzy teraz dają pokaz swoich umiejętności… prezentując mi najwspanialsze jam session w moim życiu! Żywioł, który przemawia wprost do mojego serca… emocje, które drżą w powietrzu.
Po mniej więcej godzinie, może dwóch muzyka cichnie… wszyscy są nadzwyczaj uśmiechnięci, radość aż kipi. Wtedy Tuluz, który jest profesjonalnym alpinistą podchodzi do mnie i przemawia po francusku. Zna angielski, ale teraz prosi Sama o tłumaczenie jego słów – mówiąc, że nie jest w stanie powiedzieć tego w innym języku. Sam zaczyna tłumaczyć i słyszę słowa, które traktują o dumie i walce; o trudzie i satysfakcji… i w tym wszystkim, słyszę swoje imię. Tuluz wyjaśnia, że jest pełen podziwu dla mnie – że znalazłem się w tym miejscu po takiej podróży, że przejechałem już wielki kawał drogi, ale że najbardziej podziwia mnie za walkę, za przezwyciężanie trudności, bowiem widział jak bardzo męczyłem się w moich absolutnie-nie-nadających-się-do-wspinaczki butach, lecz ciągle parłem naprzód i pokonałem ścianę. Ściska mnie serdecznie i życzy wytrwałości w dalszych przygodach…
Stoję wzruszony, zadowolony, ale i pozytywnie zmęczony – chwilę więc później lądujemy z Samem w samochodzie i wracamy do Dońki, która już przygotowała zapiekanki z ośmiornicą.
Słowa, które zapisałem w moim dzienniku najlepiej obrazują ten dzień…
„BEST DAY OF MY LIFE”
🙂