Czemu by trochę nie pohasać po górach?

Dzień siódmy

Godz. 20:00

Temp. 20C

Dystans: auto 70 km, but 4 godziny (km – ?)

 

Po dniu pełnym wrażeń świetnie się spało; czasem tylko budziła mnie Gaja – czyli szczeniak, którego Donia przywiozła z Polski. Jako, że nastała niedziela i prawie cały transport stoi, Donia z Samem zaproponowali mi, żebym wybrał się z nimi w góry. Uwielbiam góry! 🙂
Wypiliśmy kawę i ruszamy do miasteczka, a raczej średniowiecznej wsi St. Guilhem Le Desert. Jest tam szlak górski, fragment znanego Santiago de Compostela.

Widoki po drodze są naprawdę wspaniałe, a niebawem mijamy „diabelski most”, czyli 40 metrowy wiadukt, z którego ponoć skaczą ludzie w wakacje… To musi być jazda! (kiedyś skakałem z molo w Międzyzdrojach, było tam tylko 7 m wysokości, ale i tak było super… więc jaka musi być radocha, gdy leci się z czterdziestu metrów! :D).

Dojeżdżamy na miejsce, ale Sam jedzie znaleźć miejsce poza wioską, żeby nie płacić za parking, który – jak to w turystycznych miejscowościach, sporo kosztuje. Znaleźliśmy miejsce, zostawiamy samochód i idziemy przez ową wieś. Mimo tego, że jest to styczeń, spaceruje sporo ludzi i wszyscy pozdrawiają się serdecznym bonjour! Ja oczywiście chcąc się asymilować z lokalną społecznością, jak najbardziej po francusku staram się to wymawiać i na początku widzę uśmiech na twarzy Sama, ale później nabieram wprawy i chyba zaczyna mi to wychodzić! :]

Słoneczny dzień ukazuje nam wspaniałe widoki dookoła; przez środek wsi płynie potok, stare, bardzo stare budynki i wąskie uliczki. Jestem zachwycony!

Dochodzimy do placu wokół którego znajdują się małe restauracje. Na środku stoi wielki i bardzo stary platan. Rodzaj drzewa, który rośnie głównie przy drogach w południowej Francji. Okazuje się, że nie bez powodu… otóż, rząd w latach 50. XX wieku, zaczął sadzić przy drogach te drzewa, ponieważ dają dużo cienia. Dopiero wtedy Francuzi zaczęli jeździć na urlopy, na które wcześniej nie mieli ochoty z powodu dokuczliwych w podróży upałów.

Siadamy pod tym drzewem i zamawiamy wino rozkoszując się widokami. Obok nas gra na gitarze facet, wokół którego kręci się kilku ludzi z aparatami i kamerami… i na początku mam wrażenie, że mogą być to ludzie z projektu „Playing for change”, którego efekty można oglądać na YouTubie. Jednak później podchodzimy do nich z Samem i okazuje się, że kręcą film o paryskich artystach. Jednak nie jest projekt o którym myślałem, ale ciekawe czy nie załapaliśmy się w kadrze, podczas kręcenia?

Rozgrzani winem wyruszamy na szlak. Wchodzimy coraz wyżej i naszym oczom ukazuje się przepiękny widok na całą wieś. Po prawej stronie na szczycie grani widzimy ruiny zamku, który został wzniesiony bodajże w średniowieczu. Okolica jest naprawdę piękna i świetnie się idzie po szlaku.

Po mniej więcej 2óch godzinach, dochodzimy do świątyni w której ciągle żyje pustelnik. Tuż obok ze skały wybija źródełko, z którego pijemy pyszną górską wodę 🙂

Siadamy w nasłonecznionym miejscu i jemy śniadanie. Cały czas ludzie przechodzący szlakiem nas pozdrawiają i przesyłają uśmiechy. Kończymy jeść i ruszamy dalej, przez całą drogę rozkoszując się widokami zapierającymi dech w piersiach.

Za nami, przed nami albo wkoło nas, biega Gaja. Merda ogonem i chce się bawić z każdą przechodzącą osobą. Jak już wspomniałem, to szczeniak, więc po kilku godzinach wspinaczki brakuje jej sił. Cóż więc robić… bierzemy ją na przemian z Samem i niesiemy „na barana” 😀

Dochodzimy do rozwidlenia; jedną z odnóg można kontynuować podróż szlakiem pielgrzymów, drugą natomiast wrócić do miasteczka. Wybieramy drugą opcję i po kilku godzinach spędzonych na wędrówce, wracamy do punktu wyjścia…

Już w domu Dońka częstuje mnie miejscowym specjałem… ośmiornicą zapiekaną w bułce. Oczywiście nie jest to żyjątko, które jest dla mnie w jakikolwiek sposób apetyczne, ale jest okazja by posmakować, więc koniecznie trzeba spróbować! Popijamy to dobrym piwem i zadowoleni idziemy spać.

Rano kartka BARCELONA! 😀