Początek.

„Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”

Dzień pierwszy

godz.notowania: 0:30
temp. 7-8 ‚C
dystans przebyty: +- 800 km

Zabrałem się z bratem, który jechał do Poznania i u niego przenocowałem. Rano poszedłem do piekarni po chleb i „Żabki” po konserwy (akurat trafiłem na promocję, więc kupiłem kilka puszek – czegoś co ma w składzie 28% mięsa). Nie chce wiedzieć jakiego.
Brat zwany Szczypiorem jechał do pracy, ja sprawdziłem ostatni raz plecak (troszkę waży…) i wsiadłem z nim do samochodu. Podwiózł mnie na drogę wylotową na autostradę A2 w kierunku Berlina.
Nie wiedziałem co mnie czeka, kogo spotkam, ani gdzie będę spał tej nocy. Wiedziałem jedno: Chcę dojechać do Afryki i zobaczyć Saharę. Jeszcze w domu namazałem na kartce BERLIN, więc byłem „przygotowany” 🙂
Od słowa do słowa, od rzeczy do rzeczy i oto stoję i zaczynam swą podróż.
Wystawiłem kartkę, przejeżdżają samochody, które z całą pewnością jadą w tamtą stronę i… stoję. Mija kilka minut, a ja zastanawiam się co tak właściwe robię, Przecież to jest kawał drogi! Wiele krajów do przejechania – może jednak lepiej dać sobie spokój?!

Moje rozmyślania przerywa srebrny ford, zatrzymujący się na poboczu. Podbiegam, w środku siedzi młoda kobieta, oferując podwózkę. Pierwszy samochód, pierwsza radość!
Okazuje się, że miła Pani jedzie w stronę Świecka, jest inżynierem i buduje nowy odcinek autostrady. Fajnie. Jedziemy spokojnie sobie gawędząc, wtem auto traci obroty, a my zatrzymujemy się na poboczu. Po kilku próbach ponownego uruchomienia silnika i braku jakichkolwiek rezultatów Pani inżynier dzwoni do kolegi z pracy i relacjonuje mu to, co się wydarzyło. Kilka minut później dzwoni telefon, kolega załatwił już autopomoc i zastępczy samochód w serwisie. „I to są właśnie zalety bycia jedyną Kobietą w firmie” – miła Pani, ma wielki ubaw 🙂
Laweta ma przyjechać za 30-40 min. Czekamy więc, w tzw. międzyczasie rozmawiając o mojej podróży. Pani inżynier proponuje mi dwie opcje: albo poczekamy na lawetę, pojadę z Nią do serwisu i gdy weźmie auto zastępcze, dokończę podróż. Albo stanę w tym miejscu na autostradzie i spróbuję złapać coś innego. Ja ogólnie rozbawiony całą sytuacją i tym jak to los wystawia moją cierpliwość na próbę, stwierdzam, iż bardzo chętnie pojadę z nią i wspólnie dokończymy ten odcinek drogi.
Laweta zamiast po pół godziny, pojawia się po dwóch i pół godziny! Wsiadamy do kabiny i kontynuuję moją podróż – ale z powrotem w kierunku Poznania!

Po niecałej godzinie, docieramy do serwisu. Rozmowa z gościem z serwisu. Okazuje się, że auto zastępcze dostaniemy, ale najpierw dają sobie 2 godziny na zdiagnozowanie usterki i podjęcie decyzji czy naprawiają czy dają samochód. Rozsiadam się na kanapie, plecak leży obok, Pani inżynier dzwoni do pracy i mówi jak sprawy się mają. Po około godzinie bez wieści idzie dowiedzieć się co i jak, ale wraca tylko z „bonem” na dwie kawy w serwisowej restauracji. Idziemy więc, wypijamy kawę i nadal czekamy.
W końcu przychodzi pracownik i informuje nas, że samochód jest naprawiony. Przyczyną okazuje się być filtr paliwa. Pani inżynier wydaje się być bardzo zdziwiona, a to dlatego, iż niecały miesiąc wcześniej robiła serwis auta, w którego skład wchodziła m. in. wymiana filtru paliwa. Zaskakujące, że miałby tak szybko się zapchać. Zapowiedziała, że zrobi im aferę za to, iż zwyczajnie go wtedy nie wymienili, ale rzecz jasna – pieniądze za wymianę wzięli.
Wsiadamy z powrotem do samochodu. Jest około 14ej…
Chwila podsumowania: o 8 rano stanąłem na drodze… 2,5 h laweta, 1 h dojazd do serwisu, 2,5h czekania w serwisie… 6h za mną, a ja jestem już… W POZNANIU! 😀
Po sześciu godzinach jestem w tym samym miejscu. W tym samym, ale przecież zaraz pojadę z nią do nowej autostrady. Oczywiście, jeśli nic się nie wydarzy.
Mam wielki ubaw z całej sytuacji, ale jako że czas mnie nie goni, nie przejmuję się tym w ogóle i stwierdzam, że to właśnie tak ma wyglądać. To ma być PRZYGODA. Niezaplanowana i nieprzewidywalna. Po prostu jadę przed siebie ile się da, jak się da i kiedy się da :]
Dojeżdżamy do miejsca, gdzie jest przygotowany teren pod stację benzynową, zjeżdżamy z autostrady – firma Pani inżynier ma siedzibę z tyłu tego placu, a więc żegnam się z nią i idę na parking.
Stoi kilka TIRów, ale firanki zaciągnięte – więc kierowcy kręcą pauzę i najprawdopodobniej śpią.
Idę na wylot z parkingu i staję przy autostradzie. Machając ręką próbuję zatrzymać samochody, a po 10 minutach na pobocze zjeżdża ciemny Peugeot. Okazuje się, że 2 facetów jedzie do pracy do Reichu i mogą mnie zabrać. Gitarrra…! 😀
Jedziemy, rozmawiamy i pytają mnie dokąd zmierzam. Gdy mówię im, że do Afryki – kierowca zerka we wsteczne lusterko niepewnie, a pasażer odwraca się niedowierzając własnym uszom. Po dłuższej chwili dochodzą do siebie i mówią, że jadą aż do granicy holenderskiej i tam też mogą mnie zawieźć. Dla mnie bomba. Mimo to, że w planach miałem uderzyć pod Hanoverem na „starą dwójke” lecącą na południe, gdzie jak powiedział mi brat – leci dużo TIRów na Hiszpanie, to jednak przystaję na propozycję dojechania z nimi do końca ich trasy. Tym bardziej, że zrobiła się taka ulewa, iż momentami nie nadążały wycieraczki.
Gdy więc dowiedziałem się, że mam transport aż do Holandii postanowiłem zadzwonić do Gołego, znajomego poznanego na festiwalu Reggae w Ostródzie. Wiedziałem, że mieszka w Holandii – zadzwoniłem do niego i usłyszałem „wpadaj o każdej porze dnia i nocy”.

Fajnie, tylko że gdy przysłał mi namiary na jego miejscowość, a kierowca wbił to w nawigację, to okazało się, że jest to najbardziej oddalony punkt Holandii, patrząc od strony Niemiec 😀 no trudno, damy radę!
Tak oto pięknie działa świat. Na początku mogłoby się wydawać, że 6h zanim się wyrwałem z Poznania było czasem straconym. Wyglądało na to, że podróż „mi nie szła”. Jednak potem zabrali mnie owi faceci i z nimi przejechałem „na strzała” całe Niemcy. Nie wiem co by było gdybym na raty jechał przez Niemcy – gdy prawie całą drogę trwała niemiłosierna ulewa.
O godzinie 21ej dojechaliśmy do stacji benzynowej na granicy niemiecko-holenderskiej. Podziękowałem im serdecznie, wziąłem toboły i myślę co dalej.
Parking pełen jest polskich TIRów, podchodzę więc do jednego z nich, rozmawiam z kierowcą i proszę, żeby krzyknął na CB radiu wezwanie – może ktoś się odezwie. Tak też się stało, odzywa się kierowca Scanii, który jedzie w kierunku Rotterdamu. Włącza awaryjne żebym mógł go namierzyć.
Dochodzę, wsiadam do kabiny – on akurat kończy jeść kolację i po chwili ruszamy. Młody kierowca z Polski, który akurat zmierza do portu w Rotterdamie.
Nie mam żadnej szczegółowej mapy Holandii, ale Wszechświat jak zwykle pokazuje swą moc i po chwili, bez żadnych próśb z mojej strony – dostaję atlas samochodowy!
W okolicach 22ej dojeżdżamy pod Utrecht. Wysiadam na małej stacji benzynowej. Ruch jest niewielki, jednak próbuję coś złapać. Samochody przejeżdżają, nic się nie dzieje. Do Gołego zostało mi około 150 km. Chyba dziś do niego nie dotrę.
Staję jeszcze przy autostradzie w najbardziej oświetlonym miejscu i próbuję łapać stopa, zdając sobie sprawę, że szanse są bardziej niż wątpliwe.
Po 20 minutach widzę nadjeżdżający radiowóz. Policjanci wołają mnie do siebie, ja ze śmiechem tłumaczę im sytuację. Kończy się na pouczeniu „następnym razem!”.
Jest ciemno, zimno i stoję przy autostradzie w Holandii. Jednak nadzieja umiera ostatnia, więc robię kartkę „are You going to Goes?” i z tą oto kartką staję przy wyjściu ze stacji benzynowej. Kilka osób z uśmiechem mówi, że niestety nie. Czas więc pomyśleć o noclegu.
Przechodzę przez parking i idę pasem zieleni przy autostradzie. Wszędzie mokro, trzciny, jakieś rzeczki. Nie ma gdzie rozbić namiotu, ale w końcu znajduję zwalone drzewo i po nim przechodzę przez rzeczkę. Tam znajduję kawałek suchej ziemi i rozbijam namiot. Jakieś 50 metrów od autostrady.
Jest to pierwszy tego typu nocleg w moim życiu! Ciekawie. Inny kraj, środek nocy i hałasujące samochody.
Wczołguję się do namiotu i zasypiam ubrany w kominiarkę, czapkę, 2 bluzy – dwa kaptury, kurtkę zimową, 2 pary spodni i 3 pary skarpet.
Co 1-2 godziny budzi mnie dzwonienie zębami – rozgrzewam się wtedy gwałtownie napinając mięśnie i gdy czuję troszkę ciepłą, znów zasypiam.
Najlepsze są chopper’y mknące nocą po autostradzie… kto słyszał, ten wie.

mapa dzień 1