Kilometry przez chaszcze, ale jak zawsze prosto do celu!

Dzień drugi

Godz. notowania 16:20

Temp. 9 ‘’ C

Dystans: auto 150 km, but 8 km

Mój przenośny dom wytrzymał pierwszą noc w Holandii… w środku namiotu, co prawda – skrapla się para wytworzona przeze mnie i gdy tylko dotknę powłoki, od razu kapie na mnie woda. Dodając fakt, że spałem przy samej autostradzie i jakimś wykopanym rowie (rzeczce) – było naprawdę wilgotno.
Obudziłem się, umyłem zęby i stwierdziłem, że pora ruszać w dalszą drogę. Oczywiście jeśli ktoś mnie zabierze.
Spakowałem majdan i ruszyłem przez nasyp, w kierunku miejsca z którego przyszedłem w nocy. Gdy stanąłem na autostradzie i odwróciłem się, to niestety miejsca gdzie stał namiot już nie widziałem – gęsta mgła spowijała całą okolicę. Zrozumiałem, dlaczego było tak zimno.

Dzień jednak, zapowiada się obiecująco, więc ruszyłem przez parking, co by sprawdzić, czy nie ma polskich blach. Nie tym razem.

Stanąłem więc znowu na wylocie ze stacji benzynowej i czekam co się wydarzy. Po około 20 minutach zatrzymuje się facet w czerwonym fordzie. Jadę z nim około trzydzieści kilometrów i wysiadam na parkingu przy A27, troszkę bliżej Bredy.
Znowu staję na wylotówce z parkingu i czekam. Mija jakiś czas, a moim oczom ukazuje się przepiękny wschód słońca. Wpatruję się w ten jasny punkt na niebie, który dla mnie od zawsze jest symbolem nadziei. Zauroczony widokiem, zupełnie nie zwracam uwagi na przejeżdżające auta… i wtem słyszę: „Brother!”. Obok mnie stoi mercedes z 2 facetami w środku i śmiejąc się z tego, że nawet nie zauważyłem, iż się zatrzymali – wołają mnie do środka. Jadą do Brukseli, więc mogą mnie kawałek podrzucić.
Kierowca w czarnym kaszkieciku co jakiś czas tylko zagaduje „Brother…”, zna trochę angielski, natomiast pasażer tylko się uśmiecha i nie mówi nic. Nie mówi nic po angielsku, za to po holendersku gadają jak najęci. Obydwóm nie zamykają się usta!

Wysadzają mnie troszkę dalej niż by mi pasowało, bo przejechałem już zjazd na autostradę w odpowiednim kierunku. Trudno.
Staję z kartką „Antwerpen” i próbuję coś złapać. Mija godzina, a nadal nikt się nie zatrzymuje. Idę więc na parking w poszukiwaniu polskich TIR’ów, ale jest tylko jeden, który widząc, że próbuję coś do niego zagadać zamyka szybę i odjeżdża. Odniosłem wrażenie, że nie znał angielskiego i bał się, iż właśnie w tym języku będę próbował z nim rozmawiać.

Wracam znów na koniec parkingu – przejeżdża dużo ludzi, którzy machają do mnie z uśmiechem, a to naprawdę pomaga!

Podjechało 2óch chłopaków i pytają ile im zapłacę za podwózkę. Mówię im, że podróżuję bez pieniędzy, zamykają drzwi i odjeżdżają.

Nachodzi mnie myśl, żeby przejść się po parkingu, bo mimo, że zawsze staram się obserwować wjazd, to czasem w natłoku ciężarówek, można przegapić polskie TIR’y.
Idę i okazuje się, że stoi Magnum na KWI. Facet akurat coś robi na naczepie. Podchodzę i po chwili rozmowy dowiaduję się, że ma załadunek za Antwerpią, ale jeśli chwilę poczekam, to chętnie mnie zabierze. Jakże miłe to słowa po dłuższym czasie bezskutecznego łapania stopa…

Nie chcę jechać aż za Antwerpię, bo muszę kierować się trochę w ‘górę mapy’, więc kierowca stwierdza, że wysadzi mnie na krzyżówce autostrad, w dogodnym dla mnie miejscu.
Jedziemy i rozmawiamy, okazuje się, że facet ma zamiłowanie do rajdów samochodowych. Miał już kilka aut własnoręcznie przerobionych, ale jego marzeniem jest ford focus WRC… kosztujący zaledwie 1 300 000 złotych! Nie spodziewałem się, że aż tyle!

Dojeżdżamy do owej krzyżówki, on radzi mi kierować się na ‘Haven 200’ – „bo jest tam mnóstwo TIR’ów lecących na Rotterdam”.

Wyskakuję, przebiegam w sumie przez kilka pasów jezdni i kieruję się tak, jak mi doradził. Oczywiście idę obok autostrady, więc to droga przez krzaki, zarośla i inne chaszcze. Przechodzę przez tory kolejowe i przy małej dróżce widzę dziwne, stojące pojemniki. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak ule, jednak po bliższych oględzinach okazuje się, że… nie mam pojęcia co to jest! W każdym razie jest na czym sucho postawić plecak, a i ja mam gdzie posadzić cztery litery. Postanawiam odpocząć i przy okazji zjeść zaległe śniadanie.

Pałaszuję chleb z konserwą jako pierwszy dziś posiłek. Głód jest najlepszą przyprawą, więc śniadanie można uznać za przepyszne!
Jem sobie spokojnie, ale widzę, że niedaleko mnie zatrzymało się auto. Wysiadł z niego jakiś facet, który teraz zmierza w moją stronę. Po minię wnioskuję, że boi się, iż coś mu tu chcę popsuć albo ukraść. Kiedy podchodzi bliżej wstaję, mówię „morgen” (co by przywitać się po holendersku), ale on nadal tylko rozgląda się wkoło. Zobaczył otwartą konserwę i chleb, ja na gesty (najwyraźniej nie znał angielskiego) pokazuję, że nic mu nie ruszam, a tylko chciałem usiąść i coś zjeść. Facet zaczyna się śmiać i widać, że już spokojny wraca do samochodu.
Ja kończę śniadanie i dalej brnę przez chaszcze. Końca nie widać, a co jakiś czas wyglądam na znaki przy autostradzie, żeby nie przegapić drogi na Haven 200, Najlepsze jest to, że na znakach nie ma dokładnie tego, czego szukam – jest Haven 1200, 1400, ale nie Haven 200. Cóż robić, trzeba maszerować, mimo, że plecak naprawdę zaczyna ciążyć.

W końcu mokry od potu dochodzę do jakiejś drogi, która przechodzi pod główną trasą. Pytam dwójki młodych ludzi jak dojść na Haven… Okazuje się, że muszę przejść pod autostradą i „gdzieś za dużymi budynkami” znajdę obiecany port. Idę więc, przechodzę przez coś w stylu małego miasteczka i docieram do portu. Wchodzę na jeden z parkingów w poszukiwaniu polskich blach, ale nic nie znajduje. Kręcę się po parkingu i czekam na OPeeR (czyli zwyczajowy opiernicz!), bo rzecz jasna, nie posiadam odblaskowej kamizelki, która zazwyczaj jest tam wymagana.
Dostrzegam dwa polskie TIR’y wjeżdżające na parking. Podchodzę do nich i po krótkiej rozmowie dowiaduję się, że wracają już do polski. Proszę, żeby krzyknęli na radiu – może ktoś akurat się trafi. Tym razem, odpowiada nam tylko cisza, więc facet radzi mi, żebym poszedł na myjnie dla beczek 100 metrów dalej, bo tam znajdę mnóstwo polskich kierowców.
Idę. Idę. Idę. Obiecane sto metrów okazuje się być przynajmniej kilometrem. Nieważne. Dochodzę na miejsce, ale ani śladu polskich TIR’ów. Postanawiam usiąść, trochę odpocząć od ciężaru na plecach i pomyśleć co dalej.
Rozglądam się wokół, ale to miejsce nie wygląda zbyt obiecująco. Chyba trzeba wracać w stronę autostrady.
Dochodzę do miejsca w którym uprzednio rozmawiałem z Polakami. Kręci się tu sporo ciężarówek, więc robię kartkę „Rotterdam” i staję na skrzyżowaniu.

Przez pół godziny nic się nie dzieje, więc stwierdzam, że to miejsce bez nadziei. Postanawiam wrócić do tego miasteczka i gdy idę, napotykam busa na polskich blachach. Zagajam z kierowcą i proszę go, żeby krzyknął na radiu, a nóż widelec – może jakiś polski ‘tirowiec’ się odezwie. Facet z niechęcią próbuje, po chwili jednak odpala busa i mówiąc „musisz sobie radzić” odjeżdża. Ma całkowitą rację i zdaję sobie z tego sprawę. Choć oczywiście na początku pojawia się złość – jakże to, on nie chce mi pomóc?! No przecież! – ma do tego prawo, więc czemu ja tak reaguję?
Kolejna lekcja. Idę dalej.
Po 300 metrach spotykam ludzi, którzy dźwigają wielki regał, więc pomagam im go załadować na przyczepkę i z uśmiechem idę naprzód. Przechodzień mówi mi, że mam „fajnego psa”! Mam ubaw, bo chodziło o baniak z wodą, który miałem przyczepiony na lince. Faktycznie, wygląda trochę jak pies na smyczy.
Dochodzę do sporego skrzyżowania – kawałek dalej widać wjazd na autostradę. Ustawiam się na poboczu z wcześniej zrobioną kartką i czekam. Kilka osób macha, uśmiecha się i pozdrawia, ale nikt się nie zatrzymuje. Mija godzina i nadal nic.

Patrzę na mapę i stwierdzam, że Rotterdam to może zbyt daleko. Wyciągam czystą kartkę i macham na niej nowy napis „Bergen op zoom”, bo to jednak dużo bliżej (wg mapy).
Stoję dalej, mija jakiś czas i zaczyna kropić deszcz. Sięgam deszczówkę i słyszę klakson za plecami! Żaden dźwięk nie mógłby być milszy mym uszom! Wybawienie od deszczu – jak zawsze w samą porę.
Wskakuję do samochodu, jedziemy, miło sobie gawędząc. Bardzo sympatyczny facet, który zamiast skręcić na „swoją” autostradę – specjalnie nadkłada drogi, po to żeby mi było łatwiej w dalszej podróży. Wysadza mnie na autostradzie, która prowadzi w stronę „Goes”, ja mam straszną radochę, bo po I-e w ogóle mnie zabrał, po II-e podwiózł mnie na dobre miejsce do łapania. Wielkie brawa dla niego!
Staję z kolejną kartką, tym razem to już „GOES”. Na znaku widzę, że jest to już tylko 28 km. Cóż to za odległość!
Przejeżdża kilka aut i zatrzymuje się facet, który – jak się później okazuje, jedzie do biura właśnie do „Hus”(Goes po niederlandzku). Pyta mnie gdzie próbuję dojechać. Podaję mu namiary, które wysłał mi kumpel – Goły, a gdy wbija to w nawigację, okazuje się, że to zaraz obok jego biura! Wszechświat jest niesamowity!
Dowiaduję się od niego jak się mówi po niderlandzku „dziękuję”, a w międzyczasie dojeżdżamy pod sam dom Gołego! Wcześniej się zastanawiałem jak znajdę ten adres, co będzie, gdy ktoś mnie wysadzi na bramkach – czy w ogóle tu dotrę? .. a tymczasem facet podwozi mnie dokładnie w to miejsce!
Dziękuję (już po holendersku) i wysiadam.
Kumpel ma skończyć pracę o 17ej, a ja czekając na niego przed domem siedzę na przystanku i notuję wrażenia z dzisiejszego dnia.
Cały mokry od dźwigania plecaka, ale DOTARŁEM.
mapa dzień 2