Nocleg na pustej naczepie…

Dzień czwarty

godz notowania: 22:30

temp. około zera!

dystans: ok. 500 km

 

Po tym jak zabrał mnie owy kierowca, przejechaliśmy Paryż (olbrzymie miasto) i udało mi się zobaczyć wieżę Eiffl’a :]

Kierowaliśmy się na byłą agencję celną, a po drodze zamykały mi się oczy… Ciepło w kabinie, zmęczenie wynikające z podróży… to wszystko sprawiało, że naprawdę chciało mi się spać. Jakimś jednak sposobem nie zasnąłem, i gdy nastała północ – byliśmy na miejscu.

Szczerze mówiąc wspominam to jako jeden z cięższych momentów podróży… Wyobraź sobie, że siedząc na fotelu oglądasz film. Jest ciepło i całkiem przytulnie. Przychodzi moment, gdy zaczynają zamykać Ci się oczy i powoli odpływasz… A teraz wstań, weź w rękę namiot, wyjdź na dwór (gdzie jest około zera) i na mokrej (i bardzo nierównej) trawie rozbij namiot w którym będziesz spać… Enjoy!

W każdym razie jestem w Orleans, stoję pod wielką spedycją na kilkaset TIR’ów i szukam miejsca do rozbicia mojej sypialni. Znalazłem kawałek w miarę równego „trawnika”, ale okazuje się, że namiot jest cały mokry po noclegu we mgle w Holandii…

Rozglądam się za alternatywą i dostrzegam pustą naczepę stojącą blisko spedycji, co może oznaczać, że będą ją rano ładować… trudno! Wbijam do niej i w sumie jestem zadowolony, bo to przecież 3 ściany i dach nad głową :]
Rozkładam karimatę, przywiązuję do siebie plecak, a namiot rozwieszam na stelażu naczepy. Zasypiam, ale w nocy często budzi mnie dzwonienie zębów. Moich zębów. Jest bardzo zimno, a gdy rano zbieram namiot to widzę na nim szron… Wstałem po 6ej, bo to mniej więcej pora odjazdu większości kierowców. Postanowiłem od rana łapać odjeżdżających Polaków, ale jest taka mgła, że widać cokolwiek tylko na 20 – 30 metrów i nie mogę namierzyć polskich blach. Po jakimś czasie trafiam na znajome numery, ale facet jedzie do Anglii. Kolejny na zachód; inny na załadunek do pobliskiej fabryki.

Jest bardzo zimno, w powietrzu wilgoć, więc strasznie „ciągnie po gaciach”! Znajduję dwa stojące obok siebie polskie TIR’y – postanawiam usiąść na krawężniku obok i czekać, aż wstaną kierowcy. W końcu jeden z nich wychodzi z kabiny, ale mówi, że jedzie do Piaseczna, a to raczej mi nie po drodze :]

Drugi nadal śpi, ale moją nadzieją jest kierowca, z którym jechałem w nocy. Mówił, że zostało mu tylko kilkanaście kilometrów do celu, ale w razie czego może mnie zabrać. Jest to jakaś pociecha, bo zaczynam sobie zdawać sprawę, że utknąłem i może być naprawdę ciężko wyrwać się z tego miejsca.

Koczowałem w pobliżu owego kierowcy i gdy tylko wstał, zapytałem czy oferta nadal aktualna. Powiedział, że nie ma problemu tylko pauzę ma do 10ej. Patrzę na zegarek, jest dziewiąta… wtedy orientuję się, że już trzy godziny chodzę po tym łez padole. Postanawiam zjeść coś w ramach śniadania i szukam miejsca, żeby trochę wygodniej usiąść. Przypominam sobie o małym pomieszczeniu za taką knajpą, gdzie widziałem wyrzucone krzesła. Idę tam, siadam wygodnie i jem pyszną szynkę, popijając ją… polskim mlekiem!
Jakaś Pani wynosi czyste kartony z restauracji, więc biorę kilka – mogą się przydać do łapania stopa dalej. Jest okazja, więc trzeba korzystać…

Wracam do kierowcy, ale w międzyczasie dzwonił do niego kumpel i będziemy na niego czekać. Nie ma problemu. Chodzę po parkingu, gram pustą puszką w piłkę i czekam. W końcu facet mnie woła i ruszamy. Nie jedzie daleko, ale wjeżdża na trasę A71, więc w moim kierunku. Zostawia mnie po kilkunastu kilometrach na parkingu. Może i nie ujechałem daleko, ale przynajmniej wydostałem się z tej „dziury”.

Biorę kartkę i staję przy wylocie. Przez jakiś czas nic się nie dzieje, ale w końcu widzę, że na parking wjeżdża polski TIR. Oczywiście idę od razu zapytać i dowiaduję się, że facet jedzie troszkę inną drogą niż planowałem. Przez chwilę waham się czy nie zboczyć z kursu, ale postanawiam jechać pierwotną trasą i zabrać się z nim tylko kawałek.
Chwila na przemyślenia :]

Za każdym razem, gdy człowiek stoi w jednym miejscu i przez jakiś czas nic się nie dzieje, zaczynają przychodzić do głowy różne przykre myśli i brak nadziei zaczyna brać górę. Jednak, gdy tylko uda się przejechać, choćby i 10 km, zmienia się otoczenie, zmienia się miejsce w którym stoimy i wszystko nabiera nowych barw. Zauważyłem to już wielokrotnie podczas krótszych podróży w swoich okolicach – nic tak nie cieszy jak zmiana miejsca do łapania! ;]

Wracając do tematu… Kierowca powiedział, że kręci „45tkę”, chce się kimnąć i możemy jechać. Idę więc usiąść na ławce przy parkingu, a po chwili on przychodzi i woła mnie do kabiny. Robi mi pyszną, gorącą kawę… a że jestem zmarznięty i zaspany, to ta kawa smakuje najlepiej na świecie!

Jedziemy, rozgrzewam się, a facet robi mi wykład o ekonomii. Faktycznie ma o tym pojęcie i dobrze się go słucha. Dojeżdżamy do ostatniej stacji benzynowej przed jego zjazdem i tam mnie wysadza.

Jestem koło Bourges, robię kartkę „Clermont – Ferrand” i ustawiam się na wylocie z parkingu. Oczywiście nie zdaję sobie sprawy, że to miasto jest 200 km dalej…

Stoję i czekam; pojawia się polski TIR, ale jadą w „podwójnej” na Hiszpanię…

Siadam sobie na kamieniu przy drodze wyjazdowej i czekam na rozwój wydarzeń. Widzę, że przy budynku stacji stoi jakiś facet i pali papierosa. Nie wiem skąd i dlaczego, ale mam przeczucie, że mnie zabierze. Normalnie jestem tego pewny! Widzę, że rusza, jedzie i… nagle się zatrzymuje, pokazując bym wsiadał! :]
Jest francuzem, jedzie Toyotą i ogólnie miło się rozmawia. Mimo tego, iż on nie zna w ogóle angielskiego, a ja po francusku potrafię powiedzieć kilka zwrotów typu „merci” oraz policzyć do 10! Naprawdę nie przeszkadza nam to i gdy mijamy kolejne kilometry to on opowiada mi o regionie w którym jesteśmy, o przyrodzie i zamkach, słynnych postaciach tam mieszkających, ogólnie o wszystkim. Dowiaduję się też, że stacja benzynowa to „statią service”…

Wszystko to, czego nie możemy sobie wyjaśnić słowami – rysujemy. Gdzie? Na desce rozdzielczej… bo w samochodzie wszystko jest tak zakurzone, że spokojnie można kreślić różne wzory :] Do tego facet co chwilę sięga z kieszeni bibułki do papierosów; w drzwiach ma schowany tytoń i kręci sobie papierosy. Co najlepsze, robi to bez choćby jednego spojrzenia na ręce. On po prostu prowadzi samochód, a jednocześnie rękoma sięga wszystko i w ogóle nie patrząc na ów proces, kręci skręty. Mam wielki ubaw z tego, co zdaje mu się wcale nie przeszkadzać i razem ciągle się śmiejemy. Dodatkowo po 1,5 h jazdy pojawia się SŁOŃCE! Wychodzi zza chmur, a jest to naprawdę pokrzepiający widok po mgłach w Holandii i wilgoci pod Paryżem. Mam wielki zaciesz na twarzy, bo do tego jedziemy przez góry i doliny, więc to wszystko tworzy jakby nierealny krajobraz :]

Dojeżdżamy do Clermont, słońce świeci, a facet wysadza mnie na stacji benzynowej. Od razu robię pierwsze zdjęcia słonecznej krainy! 😀
Rozglądam się i widzę, że na parkingu stoi XF z Lublina. Idę do niego, ale kręci „11kę”, a potem wraca do kraju. Trochę dalej stoi dostawczak na WB, ale kierowcy nie ma w środku. Czekam, a po chwili widzę, że wraca ze stacji. Rozmawiam z nim; fajny facet, żartujemy sobie – niestety, podobnie jak ten z DAF’a, jutro wraca do kraju. Idę dalej i staję na wylocie z parkingu próbując łapać stopa. Po kwadransie widzę, że ten z dostawczaka idzie do mnie i mówi, że przed chwilą gadał po polsku z jakimś francuzem i jak tamten zobaczy, że rozmawiamy, to może mnie zabierze. Jest to jakiś pomysł, jednak przejeżdża kilka samochodów (w tym również ten Francuz) i nic się nie dzieje. Dziękuję mu za próbę i próbuję dalej łapać stopa. On jednak dalej ze mną rozmawia, m. in. pytam go czy nikt mnie nie wyrzuci z restauracji, gdybym gdzieś tam próbował spać, bo rozglądając się po okolicy – raczej nie widzę miejsca do rozbicia namiotu. W każdym razie facet, który chciał być pomocny – zaczyna być mi lekkim ciężarem. Robi się szarówka, a on, stojąc ze mną, znacznie utrudnia łapanie kierowców. W końcu idzie, ale zrobiło się już prawie ciemno. Zrezygnowany idę w stronę stacji i coś mi podpowiada, żeby wystawić kartkę przy wejściu na stację, gdzie jest widno. Nie mijają 2 minuty i zatrzymuje się facet. Francuz, ale świetnie mówi po angielsku. Zabiera mnie, a gdy rozmawiamy, okazuje się, że pracuje jako project manager w firmie stawiającej elektrownie wiatrowe. Nigdy nie pomyślałbym, że w tej podróży dowiem się tyle o wiatrakach! A dowiedziałem się naprawdę wiele…

Przejeżdżamy około 150 km, po drodze same „górki”, z czego ostatnia z nich miała 5 km długości :]

Dojeżdżamy do okolic Mende i wysiadam na bardzo dużej stacji benzynowej. Postanawiam zorientować się w sytuacji i ruszam najpierw na parking dla TIR’ów.
Stoi DAF na CTR, pukam w drzwi… „dooobry, Pan z Torunia?” Okazuje się, że tak, a gdy mu mówię co tu robię i skąd jestem, to ma wielki ubaw. Poleca mi zapytać stojącego 3 ciężarówki dalej kierowcę, bo wcześniej z nim rozmawiał i tamten chyba jedzie w moją stronę. Faktycznie tak jest, więc umawiam się z facetem, iż o 5:20 ma mnie zabrać w stronę Montpellier.

Wracam podziękować Panu z Torunia, a on mówi, żebym wskoczył do niego do kabiny na herbatę. Rzecz jasna nie odmawiam, ale najpierw postanawiam pójść na stację benzynową, żeby rozejrzeć się za miejscem do spania.
Gdy już zorientowałem się w sytuacji, wracam do niego, wsiadam do kabiny, a on… już mi podgrzał zupę ogórkową! Po chwili dostałem jeszcze herbatę, a kwadrans później gorące drugie danie! 😀

Zajadam z rozkoszą ciepłe żarło i opowiadam mu dotychczasowe przygody. Facet mówi, że bardzo mnie podziwia, że jest całym sercem za takimi pomysłami, że sam by coś takiego zrobił, ale brak mu odwagi. Dlatego tak chętnie wspomaga tych, którzy nie boją się pójść własną drogą…

Najadam się, a w międzyczasie on odpala GPS i sprawdza ile przejechałem… Za mną 2500, a do Gibraltaru 1525 km! Wychodzi na to, że średnio dziennie przejeżdżam ok. 600 km!

Dziękując mu z całego serca żegnam się i idę na stację benzynową, przed odejściem dostając jeszcze dwie butelki wody Saguaro.
DZIĘKI KRZYSZTOF!!!

Wodę przelewam w pięciolitrowy baniak (nazwany psem w Holandii hehe) i idę na stację, gdzie można usiąść i skreślić kilka słów…

mapa dzień 4