Dzień 8 > do 21.

Dzień ósmy

godz. 20:30

temp. 8 ‘C

dystans: 250 km

Wstaliśmy rano; troszkę w nocy budziła mnie Gaja, ale nastrój oczywiście dopisuje. Pakuję wszystkie rzeczy, ładuję empetrójkę i ruszamy. Po drodze zatrzymujemy się w sklepie, gdzie kupuję nowego markera (just in case!) i świeży chleb.

Dojeżdżamy na wylot na A9 w kierunku Barcelony – znak informuje mnie, że to 247 km. Żegnam się wylewnie z Samem, bo naprawdę go przez ten weekend bardzo polubiłem. To świetny chłopak, troszkę „roztrzepany” (jak na perkusistę przystało:D), ale naprawdę szczery i nadzwyczaj pozytywny! 🙂

Idę, żeby się ustawić przed bramkami na autostradzie. W międzyczasie patrzę na mapę i robię kartkę „Breziers”. Staję i czekam na to, co przyniesie kolejny dzień… w słuchawkach „Live Your Life” Gentleman i Richie Stephens.

Po mniej więcej 10 minutach zatrzymuje się samochód. Zabiera mnie Francuz – dogadujemy się na migi, trochę po angielsku, ale jedziemy. Proszę go, by wysadził mnie na ostatniej stacji benzynowej przed jego zjazdem z autostrady.

Przed odjazdem poprosiłem Sama, żeby napisał mi na kartce ładną prośbę o „wysadzenie na ostatniej stacji benzynowej przed Pana/Pani zjazdem z autostrady”, oczywiście po francusku. Tym sposobem mam pewność, że zostanę dobrze zrozumiany i w kulturalny sposób o to poproszę! 🙂

Dzięki temu zostaję wysadzony na „statią service”, czyli stacji benzynowej przed Brezier. Robię kartkę „Barcelona” i ustawiam się na wylocie ze stacji. Oczywiście uprzednio obchodząc parking w poszukiwaniu znajomych blach…

Stoję i próbuję coś złapać; po „dwóch teleekspresach” (czyli 2 x 15 minut:D) ponownie obchodzę parking, ale nadal spokój. Wracam więc na swoje miejsce, ale w tym momencie widzę 2 TIR’y, które wjeżdżają na parking. Przeczucie mówi mi, żeby się tam przejść (INTUICJA, PRZECZUCIA, OLŚNIENIA – to bardzo niezawodne instrumenty w naszym życiu, niestety wciąż niedocenianie!). Gdy dochodzę do nich, mówię zwyczajowe „dooobry!” i pytam czy któryś z nich nie jedzie w stronę Barcelony. Jeden z kierowców pyta mnie: „Co Ty tu robisz?”. Gdy odpowiadam co i jak – obydwaj mają ubaw, ale jeden z nich mówi, że jak wykręci „45kę” to może mnie zabrać.

Siadam więc na krawężniku nieopodal auta i czekam.  Oczywiście staram się nie robić tego „na sępa” – wystawiać się na widok z kabiny i czekać aż z litości mnie zaprosi do środka. Nie. Siadam z boku, tak żeby mnie w razie potrzeby mógł zlokalizować, ale głównie tak, żebym to ja widział co się dzieje :]

W każdym razie po 15 minutach, on sam woła mnie do auta i zaparza gorącą kawę. Jak ta kawa świetnie smakuje! Gdy kończy pauzę – ruszamy. To młody kierowca, ma 29 lat i po drodze opowiada mi wiele ciekawych historii. W pierwszej chwili mam wrażenie, że są one wyssane z palca, ale jednak później pokazuje mi zdjęcia na laptopie i faktycznie, wszystko się zgadza! W międzyczasie wychodzi temat jego roli w Pibull’u… jak sam mówi, grał „główną rolę”, ale gdy pokazuje mi ten fragment na komputerze – wychodzi na to, że był tam kierowcą, którego zabija gangster podczas napadu. Niemniej jednak, rzeczywiście grał w tym serialu! 🙂 jakich to ludzi można spotkać w drodze…

Dojeżdżamy.

Dokąd? Do miejsca owianego legendami, obrośniętego mitami! Miejsca o którym nawet najstarsi górale boją się wspominać po zachodzie słońca, a matki słysząc tę nazwę, chowają swe dziatki do piwnicy! Miejsce o którym nie chce się pamiętać, ale które w pamięci zostaje!

„DŻANGŁERA”.

Kto był, ten wie. Kto zobaczył – nie zapomni. Kto zapomniał – z pewnością, jest martwy! 😀

La Jonquera. Dziki zachód w cywilizowanej Europie. Miejsce z innej bajki, dziwny twór, w którym jest wszystko. Kasyna, panie lekkich obyczajów stojące na rondach, stacje benzynowe i podejrzane hotele. To miejsce naprawdę jest niezwykłe.
Słynna „Dżangłera” o której z pewnością, słyszał każdy kierowca TIR’a. Nasłuchałem się i ja, od brata Szczypiora, który ciężarówką również kiedyś pomykał.
A teraz stoję w środku tego czegoś na parkingu. Och, życie potrafi zaskakiwać! 😀

W każdym razie muszę znaleźć dalszy transport. Szukam więc polskich TIR’ów, ale kilku kręci pauzę 11kę, kilku wraca do kraju. Szukam dalej, a w międzyczasie piszę sms’a do Szczypiora, że jestem w tym „cudownym” miejscu.

Parkingi są od siebie dość daleko, więc muszę się nachodzić. Po mniej więcej 2óch godzinach bilans wygląda następująco: znalazłem kierowcę jadącego do Madrytu i awaryjnie jestem z nim umówiony na drugą nad ranem, a Szczypior napisał, żebym „Broń Boże nie zostawał tam na noc”! 😀

Robi się ciemno, ale wierzę, że coś znajdę. W końcu na stacji widzę tankujące Volvo FH 12 na ZS… czyli Szczecin. Podchodzę do dystrybutora i zagaduję z kierowcą; dooobry, nie jedzie Pan w stronę Barcy? Jadę.

Ładuję się do kabiny, on kończy tankować i ruszamy. Mówi, że jeszcze musi wstąpić do sklepu po coś do jedzenia, a dla mnie jest to wiadomość nad wyraz pomyślna! Odjeżdżając od Dońki, zapomniałem wyjąć mojego „psa” z samochodu, więc nie mam teraz wody.

Wszystko mi sprzyja w podróży, więc i potrzeba zakupienia 5litrowego baniaka za chwilę jest nieaktualna :] Magia!

Wsiadamy to auta i lecimy… W tym czasie nawiązuję łączność z teściem Frytka (Frytek jest bratem Dońki u której byłem w Montpellier), który jedzie ciężarówką (znaczy teść) i okazuje się, że jest szansa na małą podwózkę! :)))

Dojeżdżamy do stacji Shell’a pod Barceloną i tam wysiadam…

mapa Montpell - Barca




Dzień 9

godz. 21:17

temp. ?

dystans: ok. 1000 km!

Podziękowałem serdecznie Panu „Kierownikowi” i wyskoczyłem z kabiny. Odchodząc usłyszałem jednak jego wołanie i gdy cofnąłem się, to zapytał: chcesz mleko?

Pewnie, nie odmówię! Oprócz tego dostałem sok w kartonie i 2 paczki ciastek. Uśmiałem się i dziękowałem najlepiej jak umiałem. Kierowca odjechał, a ja usiadłem na ławce i pijąc polskie mleko, zacząłem notować wspomnienia minionego dnia. Po kilku minutach usłyszałem „Eeeeejjj…”. Przyjechał Teść Frytka, więc podbiegłem do ciężarówki – powiedział, że jeśli znajdzie wolne miejsce, to tu zostaniemy.  Jeśli nie – pojedziemy dalej.

Wróciłem po swój majdan i idę za ciężarówką. Po kilkudziesięciu metrach widzę jednak, że miejsce się znalazło. Teściu woła mnie do kabiny, wskakuję i zaczyna się opowiadanie, co u mnie i co u nich. U nich”, bo jadą w podwójnej obsadzie. Mają trasę z Danii i szczęśliwie się złożyło, że mogą mnie zabrać. Tak czy inaczej jadą na południe Hiszpanii, a młody chłopak, który teraz prowadził wygląda jakoś znajomo. Nie mogę jednak przypomnieć sobie skąd go znam, a znam na pewno!

Chłopaki robią mi kawę, którą z rozkoszą wypijam, ale za chwilę postanawiamy iść spać. Pytam Teścia czy znajdzie dla mnie kawałek wolnego miejsca na naczepie. Chwilę później pokazuje mi równiuteńkie, drewniane płyty na których mogę się rozłożyć. Są płaskie i mogę powiedzieć, że prawie wygodne, ale świadomość, że jestem „u siebie” i rano będę jechał ze znajomymi osobami sprawia, że śpi mi się całkiem przyjemnie 🙂

Budzi k zadzwonił o 7ej rano, wstałem i wyszedłem. Podejrzewam, że ktoś mógł być w szoku, jeśli widział jak rano wychodzę z naczepy… nieważne. Myję zęby za ciężarówką i widzę, że oni też już wstali. Witam się z nimi i zapraszają mnie do kabiny na ciepłe cappuccino. Dodatkowo wyjaśnia się sprawa, która nie dawała mi spokoju. Ten chłopak, Łukasz…  okazuje się, że przez jakiś czas razem pracowaliśmy w Toruniu … jaki ten świat mały!

Po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w trasę. Jesteśmy pod Barceloną, a mamy dojechać pod Alicante. Na początku rusza Łukasz, a ja ładuję się na dolne łóżko i chowam się pod kocem, żeby przypadkiem nie wpaść w oko jakiemuś policjantowi. Oczywistą sprawą jest, że nie mogę jechać z nimi jako trzeci pasażer, więc nie chcę narobić im kłopotów i staram się jak najmniej rzucać w oczy.

Po kilkunastu kilometrach mijamy Lidl’a w jakimś miasteczku, a Teściu stwierdza, że to dobry czas na zrobieniu zakupów. Rad jestem wielce i kontent, ponieważ przyda mi się wstąpić do sklepu; kupię sobie baterie do aparatu. Wszyscy wiedzą, że w lidl’u są najlepsze Aerocell’e!

Trasa mija nam na gadaniu głupot i ciągłym śmiechu. Łukasz jest śmiechowy, a Teściu – bardzo pozytywny człowiek. Lubi sobie czasem „rzucić mięsem”, ale jest naprawdę w porządku!

Beztrosko mija nam czas, ale jest już piętnasta i powoli trzeba zacząć myśleć o ewakuacji i dalszej podróży. W nawigacji którą mają, są oznaczone stacje benzynowe, ale niestety nie jest pokazane czy stacja jest duża czy mała… nic. Ogólnie sprawa wygląda tak, że na mapie widzimy 2, może 3 stacje przed ich zjazdem, ale nie mamy pojęcia jak one mogą wyglądać. Wiadomo, do łapania stopa przydałyby się te z kategorii: duże. Duża stacja – duży parking = większe szanse. W każdym razie niedługo muszę wysiąść i nie mam wyjścia jak po prostu zaryzykować.

Przed nami widać BP, więc Łukasz zjeżdża na parking i pytamy kierowcę na polskich blachach czy mógłby mnie zabrać.  Niestety jednak kręci pauzę 24h. Trudno. Jedziemy dalej – jest jakaś stacja krzak. Potem następna. Małe stacje, bez nadziei na cokolwiek…

Kolejna ma być przy miasteczku; oznaczona na mapie jako ZONA. Wnioskujemy, że może być tam jakaś spedycja czy chociaż większy parking. Tam wysiądę.

Gdy dojeżdżamy pod tą stację,  okazuje się, że to wielki budynek, wkoło restauracje i kasyno, a za płotem ogromna spedycja i mnóstwo ciężarówek. Ruch jak w Paryżu…

Czyli… 2 dystrybutory, budynek wielkości kiosku Ruchu, a nasz TIR prawie wystaje z parkingu. Mała, bardzo mała stacja przy miasteczku, miejsce w skali 1 – 5… jak w mordę strzelił „1”. Trzeba było wysiąść na BP… ale cóż. Nie ma co gdybać, trzeba myśleć co dalej.

Dziękuję chłopakom za wielką przysługę, którą mi zrobili i umawiam się z nimi, że gdybym nic nie wymyślił to oni w drodze powrotnej zabiorą mnie na BP. Odjeżdżają, a ja muszę działać. Rozglądam się po okolicy i widzę, że jakieś 500 metrów ode mnie jest dość duża góra. Hmm… ciężko o lepszy punkt obserwacyjny. Idę tam, zostawiam przy drodze plecak i wchodzę na szczyt. Zajmuje to trochę czasu, ale stąd przynajmniej widzę co jest grane. Przede mną rozciąga się jakieś małe miasteczko; przed sobą mam wielkie centrum handlowe, ale mam wrażenie, że za nim jest droga prowadząca na autostradę. Jest to już jakiś początek!

Schodzę, biorę plecak i na czuja ruszam w tamtym kierunku. Mijam centrum handlowe i dochodzę do drogi. Jest to mała lokalna droga, odchodząca od centrum miasteczka. Przed sobą widzę rondo i drogowskaz na Alicante. Tyle, że to rondo jest jakby w mieście, czyli miejsce do łapania… totalna lipa. Nie ma tu się gdzie zatrzymać, bo każdy postój to tamowanie ruchu, a ja muszę stać na pasie zieleni pod jakimś drzewem. Chwilowo nie widzę jednak innego rozwiązania, więc postanawiam spróbować, a jeśli nie – pomyślimy później.

Mam kawałek kartonu od chłopaków. Z jednej strony jest napisane „E 45 PADBORG”, bo w Danii wzięli jakąś Niemkę-Autostopowiczkę po drodze. Pewnie nie spodziewała się, że kilka dni później ktoś będzie używał jej kartki w jakiejś dziurze w Hiszpanii, łapiąc stopa przy fontannie.

Większość przejeżdżających osób dziwnie na mnie patrzy, ale cóż. Trzeba próbować. Po kilku minutach nie wierzę własnym oczom, bo zatrzymuje się samochód i facet woła mnie do środka. Wsiadam, pytam dokąd jedzie i czy mógłby mnie wysadzić na stacji benzynowej (chociaż wyrwę się z tego miejsca). Pytam oczywiście po angielsku, a on tak samo odpowiada. Pokazuję mu na mapie, w którym kierunku muszę jechać, a on pyta skąd jestem? Odpowiadam: Polonia…

-„Kuuuurwa, przecież ja po polsku gadam”

Hahhahaha… facet jest z Lwowa, ale od 10 lat pracuje w Hiszpanii jako przedstawiciel handlowy. Gadamy więc po polsku, obydwaj mając ubaw. Mówi, że robi bardzo dużo kilometrów i nigdy nie zabiera autostopowiczów… ale tym razem! (który już raz to słyszę?!) MAGIA!

Miał jechać prosto na Alicante, ale skręca na Murcie, żebym miał łatwiej kontynuować podróż.

DZIĘKI PANIE KIEROWCO! 🙂

Wysadza mnie na stacji benzynowej, więc idę się rozejrzeć i zorientować w sytuacji. Kierowca odjeżdża, a ja spaceruję po parkingu. Nagle słyszę za plecami: „where are U going?”

Odpowiadam: Murcia!

Facet przytaknął i powiedział, że musi iść na stację, ale zaraz wróci i mnie zabierze. Okeeeej…

Patrzę na jego Peugeota, cały poobijany i jakoś niepewnie się czuję. Uspokajam sam siebie i stwierdzam, że co ma być to będzie. W końcu to przygoda!

Wrzucam plecak do tyłu i ruszamy. Ruszamy, tzn. facet pali sprzęgło, samochód wyje i już przy wyjeździe z parkingu się zamotał, tracąc orientację.  Ciekawe co będzie dalej.

Po drodze rozmawiamy i wychodzi na to, że może mnie zabrać aż do Grenady. Kawał drogi, ale nie wiem czy na pewno chcę tak długo z nim jechać. Przez cały czas jedzie tak, że linię ma środku auta… Zjeżdża połową samochodu na lewy pas autostrady, gdzie jak wiadomo, auta nie jadą wolno, a raczej zapierniczają! Co chwilę ktoś trąbi, mruga długimi i wymachuje rękami. Ja siedzę i zaciskam spoconą dłoń na uchwycie od drzwi. Facet naprawdę jedzie fatalnie, a to dopiero początek wspólnej podróży. Rozmawiamy, a on nagle się orientuje, że mijany właśnie zjazd – jest tym, na który musimy zjechać. W tym momencie przestałem oddychać, bo on wykonał manewr, którego nie zapomnę do końca życia.

Byliśmy na lewym, skrajnym pasie. Autostrada miała trzy pasy, a teraz rozszerzała się do pięciu, bo dochodziły dwa odbijające na Murcie. Wyobraź sobie teraz, że jedziesz tym lewym pasem, na autostradzie popołudniowy ruch – więc samochodów od groma, a teraz zamknij oczy i przejedź wszystkie pasy – do prawego, JEDNYM RZUTEM, bez zbytniego rozglądania się wokoło.

Nie wiem ile czasu nie oddychałem i jakie miałem wtedy tętno. Wiem tylko, że moje dłonie i czoło były spocone i nie mogłem wydobyć z siebie słowa. On po prostu przejechał te wszystkie pasy, bez choćby spojrzenia w lusterka czy odwrócenia głowy. Jak w Need For Speed’ie 😀

Do tej pory nie wiem jak to się stało, że nie zginąłem na tej autostradzie, ale cóż. Widocznie coś tam czuwało nad nami…

Na tablicy widzę „Granada – 300km”. Niby nie daleko, ale w tym momencie miałem wrażenie, że nie ma szans, bym tam dojechał w jednym kawałku.

Po kilkudziesięciu kilometrach odbijamy na trochę mniej zatłoczoną autostradę, robi się spokojniej na drodze, a i ten Hołowczyc zaczyna lepiej jechać. W każdym razie w rozmowie wychodzi, że on jedzie z Valencii, a jest wyznawcą Islamu. Do tej pory nie miałem okazji poznać reprezentanta tej religii, więc w sumie cieszę się ze spotkania. On opowiada mi w co wierzy, co nakazuje mu Koran, jakie ma obowiązki etc. Dowiaduję się bardzo wiele. On śpiewa mi fragmenty Koranu (normalnie jak Muezini), po czym tłumaczy mi co oznaczają. Oczywiście wszystkie te teksty dotyczą tego, czego chcą ludzie na  całym świecie: miłości, spokoju, chleba i pomyślności. Dla nas niezrozumiała religia, która tak naprawdę opiera się na tych samych wartościach. Słucham go z wielkim zaciekawieniem, a on pyta mnie w co ja wierzę. Odpowiadam mu, że z chrztu jestem chrześcijaninem katolikiem, ale nie wierzę w to wszystko, co mi mówią. Wierzę, że istnieje COŚ, co to wszystko wprawia w ruch i spaja. Nie wiem czy jest to Bóg, czy cokolwiek innego. Tłumaczę mu jednak, że dla mnie jest absolutnym kłamstwem to, jakoby po śmierci miał mnie ktoś osądzać i w zależności od tego, czy zachowywałem pewne przykazania czy nie – idę do nieba albo piekła. Grzechy, odpusty i wszelkie rytuały z tym związane są tylko narzędziem strachu, który nie pozwala nam dojrzeć, że Bóg (czy cokolwiek) jest wszędzie i nie musimy chodzić do Kościoła i dawać na tacę… Że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy i możemy robić to, na co my mamy ochotę. Kto powiedział, że to jest dobre albo złe? Każdy ma w sobie swój własny kompas moralny. Ale nikt nie ma prawa nas osądzać albo skazywać na wieczne potępienie. Bo niby czemu?

On przyznaje mi rację i długo o tym rozmawiamy. Podoba mu się mój punkt widzenia.

Pyta mnie też co sądzę o tym wszystkim co mówi telewizja. A przecież każdy z nas wie w co każą nam wierzyć. Jeśli myślisz islam – widzisz terrorystę samobójcę. Myślisz terroryzm – widzisz islamistę. To nam się wkłada do głów na każdym kroku. Zastanów się nad tym w co wierzysz. Jeśli tego nie zrobisz, telewizja i wszelkie media zrobią to za Ciebie.

Pomyśl więc, czy ktoś kto w obronie swojego kraju przed najeźdźcą, atakuje wroga – jest terrorystą? Owszem, jest to akt terroru. Ale w obronie kraju! Czy Polacy nie wysadzali pociągów, nie rzucali granatami kiedy najechali nas Niemcy?
To samo dzieje się u nich. Ameryka pod pretekstem broni masowego rażenia wbija się do nich po ropę. A oni się bronią. Dziwne? Terroryści? Pomyśl sam.

Dowiaduję się „z pierwszej ręki” jak u nich wygląda sprawa małżeństwa. Otóż, on akurat posiada dwie żony. Zagłębiam się w temat i mówi mi, że może mieć dwie żony, bo go na to stać. Jeśli nie byłby w stanie zapewnić obydwu żonom opieki to by po prostu nie mógł ich mieć. Jeśli stać Cię na utrzymanie dwóch żon, wtedy ok. W przeciwnym razie po prostu nie możesz mieć dwóch, a pewnie nawet jednej.

Pytam więc jak oni mieszkają. Pod jednym dachem? Otóż… jak najbardziej. A czy nie są o siebie zazdrosne? Odpowiedział mi następująco: „Men is KING”. Po prostu. Facet tam rządzi i go nie obchodzi jak żony się dogadają. Tyle.

Podróż mija całkiem przyjemnie, jego angielski pozostawia wiele do życzenia, ale skoro jesteśmy w stanie się dogadać, to nie jest źle. W pewnym momencie on stwierdza, że musi się pomodlić.

Zjeżdżamy na najbliższą stację benzynową, on wysiada i schyla się po coś przed samochodem. Potem wraca do auta i zaczyna się modlić. Ja siedzę obok, w pierwszej chwili nie wiedząc jak się zachować. Facet śpiewa swoje pieśni, składa się do modlitwy, a ja? Co mam zrobić?
Postanawiam uszanować jego rytuał i po prostu siedzę w ciszy. Nie lampie się też na niego, tylko zerkam, żeby mu nie przeszkadzać. Jest to naprawdę magiczna chwila dla mnie.

Przeżywam swoje pierwsze w życiu spotkanie z Islamistą, a do tego mogę zaobserwować jego modlitwę. I to siedząc gdzieś w środku Hiszpanii na siedzeniu obok! MAGIA! 😀

Ruszamy dalej – znów mota się znów na wyjeździe, ale wracamy na autostradę i kontynuujemy podróż. Oczywiście zżera mnie ciekawość, więc pytam o modlitwę…

Musi modlić się 5 razy dziennie. O  5ej rano pierwsza modlitwa (tego doświadczę na własnej skórze)!

Za każdym razem musi wziąć odrobinę wody na dłoń, ale w przypadku kiedy jest chory albo podróżuje, może użyć do tego piasku, ziemi czy czegoś w ten deseń (dlatego przed modlitwą schylił się po coś przed samochodem) 🙂

Całą drogę częstuje mnie ciastkami i pomarańczami (których dzisiaj widziałem setki kilometrów pełnych sadów). Bardzo podoba mu się imię Agata, które mówię mu przy okazji rozmowy o rodzinie. Uczę go trudnych słów po polsku (wiem, powinienem zacząć od „kurwa”), ale nie tym razem.

Mijamy zaśnieżoną Grenadę (a przecież ja uciekłem przed śniegiem z Polski!).

Około 21ej dojeżdżamy na stację benzynową, gdzie muszę wysiąść (w drodze cały czas powtarzam mu, że jest dla mnie „very important”, żeby wysiąść na dużej stacji benzynowej). Wszak muszę myśleć o noclegu na nadciągającą noc…

Żegnam się z tym, jakże dobrym i serdecznym człowiekiem. Na pożegnanie zostawia mi jeszcze ciastka, pomarańcze i wrzuca do mojej kieszeni garść monet!

Odjeżdżając mówi, że Allah zesłał mnie na jego drogę, aby mógł mi pomóc! Koran nakazuje pomagać… i to rzeczywiście widać!

Jestem wzruszony i bardzo wdzięczny!

DZIĘKI PIERWSZY POZNANY ISLAMISTO! :]]

Jestem kawałek za Grenadą, kupiłem herbatę w knajpie 24 h, gdzie właśnie mam czas na notowanie wrażeń z całego dnia.

Do Gibraltaru już tylko 200 km!!!

mapa Barca - Grenada

 




Dzień dziesiąty

dystans: 150 km

godz. notowania: 22:00

temp. ciepło!

Noc spędziłem siedząc przy stoliku, nieustannie udając, że nie śpię. Oczywiście nie była to najwygodniejsza pozycja do spania, lecz po nocy spędzonej na krześle (na południu Francji) – kawałek stolika do podparcia głowy zdawał się być idealną poduszką…

Szybkie mycie zębów w restauracyjnej toalecie i wychodzę na zewnątrz. Jest bardzo wcześnie – na zewnątrz panują ciemności, więc słońce jeszcze mnie nie rozgrzewa, a w dodatku stoję przy drodze na przełęczy, więc uczucie chłodu potęguje wiatr.  Jest naprawdę zimno, ale i tak próbuję złapać stopa.

Co kilka minut chowam dłoń do kieszeni (celem jej ogrzania! – dłoni, nie kieszeni… :D), bo palce zdają się zamarzać. Walczę z sennością, chłodem i poczuciem beznadziejności tego, co właśnie robię i w samą porę zostaję zabrany z tego niezbyt przyjemnego miejsca. Zatrzymuje się młody chłopak i gdy wsiadam do auta od razu słyszę: RAUL! 🙂
Przedstawiam się i ja, więc od początku atmosfera jest bardzo przyjazna. Jedziemy bardziej w stronę zachodu niż południa, więc po kilkudziesięciu kilometrach wysiadam na stacji benzynowej, którą zahaczamy tylko dzięki jego uprzejmości. Nadłożył drogi, żebym mógł dostać się na „moją” autostradę. Po raz kolejny – wielkie dzięki!

Słońce powoli zaczyna wychylać się zza gór, a ja ruszam dalej. Idę w kierunku ronda, przez które przejeżdżaliśmy kilka minut wcześniej, i próbuję ustawić się na wlocie na autostradę. Wiem, że to niezbyt dobre miejsce do łapania okazji, ale postanawiam spróbować.
Oczywiście moje „próbowanie” nie trwa długo, bowiem wkrótce na horyzoncie pojawia się radiowóz. Po krótkiej rozmowie i obietnicy usunięcia się z pasa ruchu – dostaję z powrotem paszport i zaczynam marsz powrotny.
Tym razem ustawiam się zaraz za rondem, próbując znaleźć jak najdogodniejsze dla kierowców miejsce. Najwyraźniej wybrałem dobrze, bo po kilku minutach zatrzymuje się elegancko ubrany Senior po pięćdziesiątce… który od początku wita mnie szczerym uśmiechem 🙂

Odkąd wsiadłem do samochodu, on nie przestaje mówić. Nawija jak szalony, wcale nie przejmując się moją nieznajomością hiszpańskiego, czasem tylko wtrącając jakieś słówko po angielsku…

Jest przedstawicielem handlowym (co wcale mnie nie dziwi), a gdy słyszy, że jadę do Afryki – zdecydowanie mi to odradza. Roztacza przede mną uroki Hiszpańskich miast, opowiada o pięknych miejscach, dziewczynach i wszystkim, co warte zobaczenia po tej stronie Gibraltaru… przekonując, że po drugiej jego stronie – tylko bród i zaraza 😀
Nie daję się jednak przekonać, na co on odpowiada jeszcze szerszym uśmiechem, a jako że dojeżdżamy do Malagi – nasza rozmowa dobiega końca. Na mapie niezbyt dokładnie widać miejsce przecięcia się autostrad, proszę go więc o podrzucenie na stację benzynową. On jednak stwierdza, że zna najlepsze miejsce… i po chwili stoję na poboczu autostrady, gdzie samochody z pewnością mają ponad 100 km/h na liczniku. Nie chcąc ryzykować utraty życia i niechybnego przyjazdu policji – przebiegam przez kilka pasów ruchu i schodzę poboczem w stronę innej drogi. Tam zatrzymuje się samochód i słyszę pytanie: może cię podrzucić?
Mam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, więc szybko odpowiadam, że zmierzam w inną stronę. Przeczucie mnie nie myliło, i nim kierowca zasunął okno – zdążyłem zobaczyć wytatuowane na dłoni dwa pistolety.
Uradowany, że intuicja wciąż działa, idę dalej – próbując odnaleźć się w plątaninie dróg. Na mapie nie widzę nigdzie wlotu na autostradę, więc na czuja ruszam przed siebie, w nadziei, że w końcu sytuacja się rozwiąże.
Jestem na obrzeżach miasta, autostradę mam obok siebie, lecz nawet napotkani przechodnie nie są w stanie wskazać wlotu na ‘autovia’. Krążę przez jakiś czas i w końcu dochodzę do ronda, na którym jest tabliczka wskazująca numer mojej autostrady. Jest to jakiś punkt zaczepienia, więc postanawiam trochę postać w tym miejscu – tym bardziej, że słońce już pięknie grzeje!

Stoję mniej więcej pół godziny (w międzyczasie pisząc markerem na barierce, że „Ryba ze Skępego przejechał 2500 km i TU BYŁ”), ale jako że nikt się nie zatrzymuje, postanawiam ruszyć w stronę Śródziemnego Morza. Na mapie wygląda to całkiem obiecująco, a zapytani po drodze ludzie – potwierdzają, że Morze jest jakieś 5 km stąd…
Dziarskim krokiem ruszam przed siebie. Maszeruję słuchając Bob’a, podziwiam piękno tego dnia i cieszę się na rychłe spotkanie z wodą!
Po drodze mijam komisariat policji, więc wstępuję tam, by o najkrótszą drogę na plażę zapytać, głównie jednak po to, by dowiedzieć się czegoś o wlocie na autostradę. Z całego posterunku tylko jeden policjant mówi po angielsku, a pozostali zaspokajają swoją ciekawość – okrążając nas i przysłuchując się rozmowie. O wlocie na autostradę nie dowiaduję się niczego, lecz przynajmniej wiem którą dzielnicę mam STANOWCZO OMIJAĆ…

Postanawiam nie mówić, że właśnie stamtąd przyszedłem. Ach, niewiedza jest błogosławieństwem!

Ruszam dalej, słysząc jeszcze, że zostało mi jakieś 15 min spaceru. Dziękuję za wszelkie informacje i znów dziarskim krokiem zmierzam przed siebie.

Po godzinie plecak zaczyna ciążyć.

Po półtorej, buty przypominają betonowe odlewy, a plecak waży jakby tonę…

Gdy mijają dwie – stwierdzam, że mieszkający tutaj ludzie mają za dużo słońca. I trochę inaczej wszystko mierzą…

Ponad dwie godziny marszu i w końcu docieram do plaży. Ciężko opadam na piach, zrzucam buty i biegnę, by jak najszybciej zanurzyć w wodzie styrane nogi. Cóż za ulga! Cóż za radość!
Siadam na piachu, wyciągam śniadanie, i pałaszując konserwę – wpatruję się w piękno Śródziemnego Morza 🙂
Proszę napotkane dziewczyny o zrobienie mi pamiątkowego zdjęcia i odpoczywam po ciężkim marszu. A miało to być pięć kilometrów…

Powoli nadciąga popołudnie, a jako że nie mam ochoty zostawać w mieście na noc – czas ruszać dalej. Patrzę na mapę i na czuja ruszam w stronę autostrady. Nogi już dziś nieźle dostały, jestem niewyspany, a dodatkowo nie wiem co mnie czeka dalej. Idę przed siebie, dochodzę do ronda na którym widzę oznaczenie mojej autostrady, lecz ciągle nie jest to miejscem, którego szukam. Wkoło mnóstwo dróg, skrzyżowania i wiadukty, mało oznaczeń i czuję, że nie za bardzo wiem, gdzie dalej ruszać.
Schodzę z wiaduktu, potykam się i zaliczam glebę. Wtedy zaczynam się zastanawiać co by było, gdybym np. skręcił nogę? Odrzucam jednak szybko te myśli i ruszam w stronę małej stacji benzynowej. Na miejscu biorę z półki mapę Malagi, mając nadzieję, że znajdę tam wjazd na autostradę, lecz krzycząca na mnie ekspedientka dość skutecznie mi w tym przeszkadza… 😀
W dłoni mam własną mapę, ale skala jest zbyt duża i nie widać na niej co, gdzie i jak – więc przez następne godziny krążę po okolicy, nie mogąc znaleźć właściwej drogi. Nie jestem w tym sam – otóż w wielu samochodach widzę tak samo zdezorientowanych ludzi, którzy po kilka razy przejeżdżają obok mnie.

Wiem, że jestem blisko właściwego tropu, lecz ciągle coś mi umyka. Zdesperowany sięgam telefon i dzwonię do Szczypiora, Brata mojego, który kiedyś TIR’em pomykał, a tak jak on – na mapach zna się mało kto! Jeśli jest jakaś trasa na świecie, którą kiedyś jechał – z pewnością pamięta jej oznaczenia i w dodatku powie Ci o wszystkich ważniejszych punktach orientacyjnych w okolicy. Z pewnością po Maladze nie jeździł, ale jeśli odpali neta…

Tłumaczę mu gdzie jestem, wiedząc, że za plecami mam właściwą drogę. Orientację w terenie mam świetną, tym jednak razem ogłaszam kapitulację. Zmęczenie po długim marszu, niewyspanie i obawa przed zostaniem w mieście na noc – to wszystko sprawia, że w głowie mam mętlik.

Chwila rozmowy i pojawia się światełko w tunelu – dziękuję za pomoc i ruszam sprawdzić, czy to może być prawda… JEEEST! Jest właściwa droga!
Okazało się, że po drugiej stronie wiaduktu (na którym się przewróciłem) jest niewielki zjazd prowadzący na autostradę – uradowany szybko się tam ustawiam i próbuję coś złapać!
Jest już popołudnie, ruch spory, ale miejsce niezbyt wygodne dla kierowców. Nie przejmuję się tym wcale, marząc jedynie, żeby wydostać się z Malagi. Energia tego miasta nie była mi dziś zbyt przyjazna…

Po kilkunastu minutach zatrzymuje się auto i oto jadę wreszcie upragnioną autostradą. Co prawda trwa to tylko chwilę, bo facet mieszka niedaleko, ale dla mnie ważne jest to, że wyrwałem się z zamieszkałej okolicy.
Jestem na dużej stacji benzynowej, jest późne popołudnie, lecz postanawiam jeszcze spróbować coś złapać. Staję na wyjeździe z parkingu i macham, lecz gdy kilka minut później ów kierowca podjeżdża i wręcza mi kilka pączków z gorącą kawą – stwierdzam, że na dziś wystarczy! 🙂

Czekam aż słońce zajdzie i przeskakuję przez płot, idąc rozbić namiot w lesie, obok autostrady…

Mapa Grenada - Malaga




                           Dzień 11       

Godz. notowania 15:25

Temp. ciepło 🙂

Dystans: 80 km auto
but  ok. 10 km

 

Zadzwonił budzik (ustawiony, by z lasu przed świtem wyjść) i nie chciało mi się wstać – świetnie mi się spało, bo w końcu było mi ciepło w nocy! 🙂
Zebrałem się, spakowałem wszystko i upewniwszy się, że nic nie zostało – ruszyłem w stronę płotu. Wczoraj skakałem przezeń przy autostradzie, dziś idąc w to samo miejsce zobaczyłem dziurę przy słupku. Git, przynajmniej teraz nie muszę wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania.

Wyszedłem na teren stacji, na razie jest ciemno, więc jeszcze nie macham. Kręcę się przy stacji i nagle widzę nad drzwiami znak prysznica. Szybko to przemyślałem… Ostatni raz myłem się u Dońki, więc przydałoby się odświeżyć. Trzeba skorzystać z takiej okazji, więc wbijam do środka, rozbieram się do majtek i zaczynam golenie ryła. Kiedy tak sobie stoję półnagi przed lustrem i opanowuję zarost na twarzy, przez moment wydaje mi się, że słyszę jakiś zgrzyt w zamku. Mam niezbyt dobre przeczucia, więc szybko łapię za klamkę i próbuję otworzyć drzwi. Są już zamknięte, ale słyszę kolejny zgrzyt i tym razem otwiera je Pani z obsługi stacji, a widząc mnie powtarza tylko „ocupado ocupado”! Wnioskuję z tego, że znaczy to coś w stylu „zajęte”, a Pani jest niepocieszona, bo przyszła zamknąć pomieszczenie.
Dokończyłem golenie w ekspresowym tempie, wskoczyłem pod prysznic i po 4 minutach stałem przed budynkiem z mokrą głową, ale WOLNY! 🙂
Gdybym wszedł od razu pod prysznic, bez golenia się – zostałbym zamknięty, a kto wie kiedy ktoś usłyszałby moje wołanie…

Tym oto sposobem umyłem się, a teraz świeży i pachnący mogę kontynuować podróż. Stoję jeszcze chwilę pod budynkiem stacji i podjeżdża jakiś podejrzany van. Przygląda mi się facet ze środka, a z jego wygląd nie przynosi na myśl dobrych skojarzeń. Coś mi podpowiada, żeby się przemieścić w stronę wejścia do budynku i widzę, że było to dobre rozwiązanie, bo ten typ spod ciemnej gwiazdy odjeżdża.

Dla pewności (pewności czego? Że mnie nie zabiją? Hehe) stoję tam jeszcze chwilę, ale jako że już się rozwidnia, trzeba próbować coś złapać. Przez dłuższy czas nikt się nie zatrzymuje, ale nagle podjeżdżają 2 stare mercedesy zapakowane po sam dach. Jedyne wolne miejsce jest dla kierowcy i jego ręki, żeby mógł zmieniać biegi. Poza tym nie upchnąłby tam nawet małej reklamówki! Kierowcami są dwaj czarni jak smoła Murzyni (najwyraźniej muszą pochodzić z okołorównikowych krajów), ale takiej radochy w czasie podróży to jeszcze nie miałem. Podjeżdżają i widzę najszczersze uśmiechy jakie w życiu widziałem! Śmieją się do mnie, że tak powiem, pełną gębą, machają do mnie i cieszą się. Pokazują mi kciukami OK i cali zadowolenie powoli odjeżdżają. Ja siadam na krawężniku, bo jestem tak rozbawiony nimi, że nie mogę stać. To było najfajniejsze uśmiechy, jakie dane mi było widzieć!

Stoję dalej w świetnym humorze, słońce grzeje coraz mocniej, ale nic się nie dzieje. W końcu jednak po najdłuższym „łapaniu” w tej podróży, czyli mniej więcej trzech godzinach, zatrzymuje się auto. 2óch Hiszpanów, ojciec (50 lat), syn (30+). Pytają skąd i dokąd. Opowiadam im, a oni są strasznie zdziwieni i tylko kiwają głową, gdy im pokazuję na mapie moją wędrówkę. Zatrzymujemy się na stacji i dostaję od nich piwo w puszce. ‘Cervantez’ czy coś w ten deseń. Ciekawie mija podróż i dojeżdżamy w okolice Algeciras. Przy autostradzie jest mnóstwo punktów sprzedaży biletów na prom, więc oni chcąc mi pomóc – wysadzają mnie przy jednym z nich. Dziękuję i żegnam się.
Biorę plecak i wchodzę do owego punktu. Nie chcę kupować u nich biletu, bo przecież nie działają charytatywnie i na pewno mają narzuconą marżę. Rozmawiam z chłopakiem, który tam sprzedaje, dowiaduję się o cenę, a on mnie pyta czym tam jadę. Mówię mu, że idę na pieszo… W tym momencie widzę, że jego mina wyraża zaniepokojenie, niepewności i Bóg wie co jeszcze 😀
Pyta mnie ponownie czy jadę tam autobusem czy samochodem… na co ja ponownie odpowiadam, że idę z buta. Teraz jego twarz nie wyraża już niczego, a jedynie odpowiada: VERY, very difficult. Z naciskiem na VERY!
Wychodzimy na zewnątrz i pokazuje mi widoczne w oddali żurawie portowe. I mówi: Puerto.
Teraz zaczynam rozumieć dlaczego był tak zdziwiony, że nie mam żadnego środka transportu…

Dziękuję mu za informacje, zarzucam sobie plecak i ruszam. Odchodząc widzę, że on stoi i nadal z niedowierzaniem patrzy w moją stronę.
Przechodzę przez trzy pasy autostrady i idę pasem zieleni, który oddziela jezdnie. Potem przechodzę całkiem na drugą stronę i idę poboczem. Dochodzę do starego odcinka autostrady i kilka kilometrów nim maszeruję. Czuję się jak Will Smith w „I am legend”, bo jest tylko opustoszała autostrada i ja idący po niej z plecakiem. Dochodzę do wiaduktu i przechodzę przez krzaki po stromym zboczu. Wystają z nich długie kolce, więc jestem podrapany na rękach i nogach. W dodatku jest tak gęsto, że momentami muszę zrzucać plecak, a potem przechodzić samemu. Dopiero po jakimś czasie dochodzę do autostrady wlatującej do miasta i idąc poboczem mijam rzekę, której w inny sposób bym nie sforsował.
Szukam innej drogi, bo niezbyt przyjemnie się idzie poboczem autostrady. Pytam napotkanego przechodnia o „puerto”, ale odpowiada tylko „autovia”. Czyli to jedyna droga, żeby się dostać do portu.
Idę stromym poboczem i słyszę jak z dołu trąbią na mnie przejeżdżające samochody. Rzeczywiście nie jest to dobre miejsce dla pieszego 🙂
Dochodzę do miasteczka i pytam przechodniów o Puerto/Banco i myślę, że przydałoby się wypłacić jakieś pieniądze, zanim wsiądę na prom. Ktoś w końcu mnie pokierował i dotarłem do banku. Sprawdzam bankomat i idę do jegomościa w okienku, żeby zapytać czy rozmieni mi banknot 100 E, bo tylko taki mogę wypłacić, a wolałbym nie mieć takich nominałów przy sobie. Odpowiada tylko „NO INGLESE”. Wszechświat działa jednak niezawodnie i właśnie w tym momencie wszedł do banku facet, który zna angielski, a słysząc moją próbę dogadania się, postanowił pomóc. Dzięki niemu dogaduję się z Panem z okienka i już po chwili mam przy sobie pieniądze.
Idę drogą w kierunku puerto i dochodzę do bramek. Jest tam posterunek policji, więc postanawiam pogadać z policjantem. Zawsze można czegoś się dowiedzieć, tym bardziej, że nie mam pojęcia co mnie czeka w porcie.
Dobrze, że tak zrobiłem, bo ostrzegł mnie przed fałszywymi biletami, które sprzedają faceci przed wejściem do budynku portowego. Dziękuję mu i ruszam dalej. Miałem nadzieję, że to już blisko, a tymczasem okazuje się, iż czekają mnie kolejne kilometry spaceru. Plecak ciąży coraz bardziej, moje buty po kilku kilometrach przestają być wygodne, a żołądek domaga się zapomnianego śniadania.
Szukam właściwego budynku i w końcu dochodzę na miejsce. Wygląda to trochę jak dworzec kolejowy, są okienka w których kupuje się bilety na prom i kręci się mnóstwo ludzi. Widzę sympatycznie wyglądającą dziewczynę w jednym z takich okienek i podchodzę do niej. Proszę o najtańszy bilet do Tangeru, a ona wynajduje mi dobrą opcję za 13 Euro. Gdy mam już odchodzić przypominam sobie, że nie mam mapy Maroka, więc jeszcze pytam czy nie wie gdzie taką mapę mógłbym kupić. „Wait…”
Więc czekam… a Ona z kimś chwilę rozmawia, coś sięga i po chwili daje mi mapę produkcji Michelin. Pytam ile się należy, a Ona z uśmiechem tylko macha ręką! 🙂
Kolejny raz widzę na własne oczy działanie Wszechświata. Tutaj, tak samo jak w Holandii, nie miałem mapy, ale pojawił się ktoś, kto chciał pomóc i mapa była już w moich rękach. Tam był kierowca Tira, tutaj miła dziewczyna, która dała mi mapę kosztującą kilka euro… Dzięki dzięki dzięki! 🙂
Idę do łazienki, chowam paszport i pieniądze do sekretnej kieszeni w spodniach, którą to przyszyła mi moja Bratowa – Mundzia.
Cały się wiercę niespokojnie, próbując odgadnąć co mnie tam czeka…

Mapa Malaga - Tanger




Dzień 12

Prom do Afryki!

Czekając na prom zjadłem zaległy posiłek, czyli coś na kształt śniadanio-obiadu, a chleb z konserwą sprawdził się w tej roli znakomicie 🙂

Zobaczyłem, że ludzie dookoła mnie zaczynają wstawać z miejsc i okazało się, że prom ustawia się już na swoim miejscu. Na pierwszej bramce pani z obsługi sprawdziła i podstemplowała kartę pokładową, a podczas kontroli usłyszałem za sobą, że ktoś rozmawia po angielsku. A raczej amerykańsku…
Stojąc w następnej kolejce zobaczyłem napis, iż jest to kontrola policyjna i należy przygotować paszport. Wszystko ok, tylko że ja swój zakleiłem taśmą i schowałem do tajnej kieszeni w spodniach. Nie ma siły, muszę go przecież wydobyć. Stoję więc w kolejce i wyglądam jakbym grzebał sobie w majtkach. Cóż… Wyjąłem paszport, ale pozostało mi jeszcze wyciągnąć go z taśmy, którą jest zaklejony. Robię mnóstwo hałasu podczas rozrywania taśmy, ludzie wkoło dziwnie się patrzą, ale po chwili mam już dokument w ręku. Po kontroli paszportowej dochodzimy do przejścia, które na razie jest zamknięte. Znów wszyscy czekają. Trochę niespokojny rozglądam się dookoła, ludzie stoją załadowani wielkimi tobołami, taszczą wiele kilogramów (zdecydowanie więcej niż ja), a niektórzy mają tylko niewielką reklamówkę.
Otwiera się przejście i Idziemy. Przez moment znajduję się blisko chłopaka, który to wcześniej zarzucał amerykańskim i korzystając z okazji, zagaduję do niego. Okazuje się, że podróżuje ze swoją siostrą po raz pierwszy do Afryki. Gadamy idąc w stronę promu i wychodzi na to, że to mój imiennik. Andrew. Mówi, że jeśli znam znaczenie tego imienia, to powinienem wiedzieć, że oznacza „dzielny”, „mężny”… ale jak twierdzi – on nie jest!  Są tak samo podekscytowani i zdenerwowani jak ja 🙂

Wchodzimy na pokład, kobieta z obsługi kieruje nas w stronę w stronę miejsca, gdzie jak mówi: dostaniemy jakieś stemple. Idziemy tam i czekamy w kolejce na kontrolę kolejnego urzędnika. Każda osoba musi wypełnić krótki formularz z danymi osobowymi oraz planowanym czasem i miejscem pobytu. Facet sprawdza wszystkie dane i stempluje paszport. Moi nowi Amerykańscy znajomi byli przede mną i po kontroli usiedli niedaleko. Mam wrażenie, że czekając na mnie 🙂
Podchodzę więc do nich i pytam czy nie mają nic przeciwko, żebym z nimi spędził tę podróż. Zgodnie z oczekiwaniami wyrażają aprobatę, więc po chwili wszyscy razem zbieramy się i idziemy na pokład. Oglądamy port i widoki dookoła, ale stwierdzamy, że na razie idziemy gdzieś usiąść, a dopiero jak trochę odpłyniemy, to wyjdziemy zrobić zdjęcia.

Wchodzimy na poziom „A” i szukamy miejsca. Siadamy na samym dziobie; są tu przeszklone ściany, więc mamy dobry widok. Rozmawiamy o naszych obawach co do Czarnego Lądu i ogólnie o wszystkim. Anna jest z San Diego, ale studiuje filologię na Uniwersytecie w Grenadzie (byłem tam – widziałem śnieg i nie chcę tam wracać!). Andrew mieszka w Colorado, nie pracuje (tłumaczy, że z własnego wyboru –po prostu od czasu do czasu łapie jakąś fuchę, a to pozwala mu chodzić po górach i uprawiać wspinaczkę, więc to wszystko co mu do życia potrzebne). Bardzo się cieszę, że mam z kim pogadać w tych „trudnych” chwilach. Obawy co do Afryki, zmęczenie po bardzo długim marszu, niewyspanie – to wszystko powoduje, że jestem co najmniej niespokojny.
Po jakimś czasie pytam ich czy zostają, czy może idą na pokład, bo ja chcę wyjść i zrobić kilka zdjęć. Na razie zostają, więc idę sam. Wchodzę na „deck” i widzę niesamowite widoki. Odpływamy od Hiszpanii, słońce grzeje i jest świetnie. Wchodzę na balkon – strasznie wieje wiatr i trzeba trzymać się barierki. Robię zdjęcia oddalającej się Europy (hehe fajnie to brzmi :]), a po chwili dołącza do mnie Andrew. Robi mi zdjęcie, potem ja – jemu. Stoimy sobie i rozmawiamy o życiu. Temat zahacza o wspinaczkę, opowiadam mu o przygodzie w Montpellier’e i jest zafascynowany. Okazuje się, że on uwielbia się wspinać, ale 2 lata wcześniej miał wypadek. Złamał nogę i teraz głównie uprawia trekking po górach. Ogólnie bardzo fajny chłopak, wygląda jak typowy Amerykanin, ale jest naprawdę pozytywny. Ciągle mówi, że wszędzie można spotkać dobrych ludzi i będzie dobrze. No pewnie, że będzie! 🙂

Schodzimy pod pokład, idę do łazienki i spotykam 2óch Francuzów z plecakami. Zagaduję do nich i wychodzi na to, że też wybierają się w nieznane. Jak widać wielu ludzi fascynuje ten kontynent.

Przez okna widać w oddali Afrykę. Ledwo odpłynęliśmy, a już widać inny kontynent, który jak na razie wygląda całkiem podobnie do Europy. Słyszymy, że nadają coś przez radio, więc trzeba zbierać się do wyjścia.
Czekamy aż otworzą rampę i wychodzimy. Śmieję się i nagrywam filmik z moim pierwszym krokiem na Czarnym Kontynencie! Na zewnątrz czekają na nas autobusy, które wyglądają jak nasze z komunikacji miejskiej, a które mają za zadanie zawieźć nas do budynku portowego. Idziemy do autobusu, jest trochę ciasno, ale przecież duża część ludzi taszczy ogromne bagaże. Jedziemy niepewni co będzie dalej. Słuchamy głośnych rozmów – tym razem po arabsku. Przejeżdżamy może kilometr, autobus się zatrzymuje i oto jesteśmy. Coś na kształt dworca; mnóstwo ludzi i zamieszanie. Wchodzimy do środka, zastanawiamy się jak będzie z wymianą waluty, ale po chwili widzimy automat do wymiany gotówki. Andrew wypłaca pieniądze, ja wymieniam swoje i idziemy zasięgnąć informacji. Anna dogaduje się po hiszpańsku z jakimś policjantem i już wszystko wiemy. Musimy poczekać na autobus, który ludzi z biletami z promu zabiera za friko do Tangeru. Wychodzimy przed dworzec i widzimy stojących ludzi z promu, którzy czekając przy „zatoczce” autobusowej. Czekamy. Andrew uzupełnia w tym czasie swoje notatki.  Ja się śmieję, że to pamiętnik, ale on twierdzi, że dopóki nazywa go „dziennikiem”, a nie „pamiętnikiem” to jest wszystko w porządku… mamy wielki ubaw 🙂

Mniej więcej po 40 minutach podjeżdża autobus, pakujemy się do środka . Ruszamy; robi się coraz ciemniej, a że jedziemy autostradą i niewiele widać – zasypiam.

To co zobaczyłem budząc się – przerosło moje wyobrażenia i totalnie zaskoczyło. Wszędzie widzę tłum ludzi, każdy gdzieś idzie, a to po chodniku, a to po środku ulicy – zupełnie nie zważając na jadące samochody. Swoją drogą auta też nie wyglądają na zbytnio przejmujące się tym co się dzieje wokół nich. Każde jedzie po swojemu, „na trzeciego”, piątego i ósmego… Byle do przodu. Nieważne jak. Ogłuszający hałas klaksonów, zgiełk i wielkie zamieszanie dookoła. Widok po przebudzeniu po prostu wbił mnie w siedzenie autobusu, ale obserwując to wszystko przez jego okna już po chwili dochodzę do siebie. Jednak w tym właśnie momencie autobus zatrzymuje się. Zrobił to tak zwyczajnie i bez zapowiedzi, że w pierwszej chwili miałem ochotę wykrzyknąć: ALE JAK TO? JEDŹMY DALEJ, JESZCZE NIE JESTEM GOTOWY!

Wszyscy zaczynają wstawać ze swoich miejsc, więc i ja powoli się podnoszę. Wstając łapię kontakt wzrokowy z moimi Amerykańskimi przyjaciółmi i zaczynam rozumieć, iż nie tylko ja jestem, lekko mówiąc, zbity z tropu.

Wychodzimy i oblepia nas tłum ludzi; młodych, starszych i najmłodszych. Każdy z nich chce nam coś wepchnąć, coś sprzedać, coś zaoferować, coś zrobić albo chociaż wyciągnąć kilka dirhamów (rzecz jasna najlepiej Euro). Kilku facetów namawia nas na „świetny hotel zupełnie niedaleko, bo przecież już za późno by gdziekolwiek jechać”. Rzecz jasna mam w planie jak najszybciej jechać dalej, więc czekam cierpliwie aż moi nowi znajomi wysłuchają tych, jakże kuszących ofert, i upewniwszy się, że jednak nie dadzą się złapać na te przynęty – zabieram ich w stronę dworca (w międzyczasie dowiedziałem się w którą stronę musimy iść). Oczywiście usłyszałem kilka bluzgów od tych –jeszcze  przed momentem miłych panów… bo przecież byli pewni, że urobią moich przyjaciół by zostali w hotelu.

Nie zważając na to ruszamy w stronę dworca. Na miejscu okazuje się, że prawdziwy tłum dopiero na nas czekał… Tym razem jednak nie jesteśmy aż tak atakowani, by „coś dać, wziąć, kupić, oddać”. W każdym razie dworzec jest pełny, ludzie śpią pod ścianami, ktoś ciągle biega to w jedną, to w drugą stronę, część pije kawę, część po prostu siedzi albo krąży po dworcu.

Kilka osób zaczepia nas oferując bilety, ale widzimy coś na kształt kas i tam się udajemy. Są to małe pokoiki biur transportowych, gdzie siedzą faceci i sprzedają bilety. W jednym chcą 70 DH za podróż do Fez’u, w następnym 110 DH. Szukamy dalej i okazuje się, że autobus który odjeżdża za chwilę jest za 70. Wspólnie decydujemy, że to dobra cena – autobus odjeżdża o 21:30.

Podchodzi do nas miły pan, który okazuje się być kimś w rodzaju menadżera dworca. Zna angielski, hiszpański i francuski. Studiował w Wiedniu i teraz jego pracą jest pomaganie turystom, którzy mają problemy z odnalezieniem się w tym zgoła odmiennym systemie. Korzystamy chętnie z jego „usług” i pytamy gdzie można zjeść coś dobrego – nie przepłacając. Po chwili kierujemy się we wskazanym kierunku i gdy dochodzimy do poleconej knajpki – zamawiamy to, co jedzą ludzie miejscowi. Stwierdziliśmy, że przecież muszą wiedzieć co dobrego serwuje knajpa.

Po kilku minutach dostaję swoje zamówienie. Jest to pół bagietki, przekrojone na ćwiartki. W środku tuńczyk, cebula, jajko na twardo (tną je na bieżąco do każdej kanapki), pomidor, coś jak sałata, kawałek szynki i majonez. To wszystko zawinięte w papier jak kanapka (może dlatego, że to kanapka? :D) i podane na talerzu z frytkami. Pycha!
Świetne żarcie; można się najeść i to w dodatku za 16 DH. Git!

Andrew gdzieś wychodzi i po chwili wraca z herbatą miętową. Jednak niech nikogo to nie zmyli. To nie jest taka miętowa jak u nas. Niby to samo (bo przecież to mięta), ale nawet nie ma co porównywać.

To pół krzaka mięty, zalane odrobiną wrzątku i toną cukru!!! Po prostu pycha!

…był to moment w którym zakochałem się w marokańskiej herbacie miętowej :))

Wypiliśmy herbatę, najedliśmy się i czekamy na autobus. Menadżer stacji woła nas i wskazuje autobus, którym będziemy jechać. Dziękujemy mu i wsiadamy. Nie wiemy o której będziemy na miejscu i co się wydarzy, ale przynajmniej podróż trwa dalej.

Jest późno, więc oczy mi się zamykają… a gdy je otwieram widzę, że wjeżdżamy do małego miasteczka. Autobus zatrzymuje się pod czymś na kształt restauracji i wszyscy wysiadają. Można kupić coś do jedzenia, skorzystać z toalety (za 1 DH), a przed wejściem facet rozpala grilla za pomocą wiatraka, byle by szybko obsłużyć klientów. Oczywiście nie zamawiam nic do jedzenia, biorę tylko, a jakże! herbatkę miętową. Rozkoszuję się jej smakiem i obserwuję ludzi dookoła. Widzę, że kierowca dostał duży obiad – coś na kształt łapówki za to, że zatrzymał się właśnie w tym miejscu. Obopólna korzyść. Przed wejściem do autobusu Andrew mówi do mnie, że na dworze jest „little chilli”… nie mogę się nie zgodzić – jest naprawdę rześko 🙂

Wsiadamy, a ja ustawiam budzik na mniej więcej 6h od odjazdu z Tangeru. Po jakimś czasie budzę się i widzę, że wjeżdżamy do miasta. Chce mi się spać, ale czuję, że to nasz punkt przesiadkowy, więc trzeba się zbierać.

Jest około 4ej rano. Wysiadamy zaspani, czule się żegnamy przed autobusem i tu nasze drogi się rozchodzą. Fajnie było poznać nowych przyjaciół z Ameryki. Myślę, że nie przez przypadek nasze drogi się skrzyżowały.

Rejs promem, co prawda krótki, ale pełen niepokoju; pierwsze chwile w Maroku i zderzenie z tamtejszą kulturą;  oczekiwanie na autobusy w zupełnie nowym miejscu… dzięki spotkaniu z Nimi, nie dość, że miałem obok siebie przyjazne twarze , kompanów do rozmowy i dzielenia się obawami (co jak wiemy bardzo pomaga), to jeszcze mogłem posłuchać Amerykańskiego! 🙂 Wiem, że wszystko mi sprzyjało w tamtej podróży, a spotkanie ich było jednym z wielu tego przykładów :]

Idę na dworze i po drodze widzę autobus, który za chwilę odjeżdża. Podchodzę i pytam czy może jadą do Marakeszu („Roksz” po ichniemu) – jadą, a autobus kosztuje 120 DH. Wchodzę na dworzec, w środku znajduję toaletę…

Toaletę. Co można myśleć, gdy słyszy się to słowo? Pewnie od razu w wyobraźni widzimy ładne lustra, czyste umywalki i krany z których leci strumień czystej wody, a do tego pachnący kibelek i gazetownik pod ścianą. No tak, takie skojarzenia mogą przychodzić nam do głowy i nie ma w tym nic odbiegającego od normy, JEŚLI mówimy o naszych, miejscowych, europejskich, tych z których korzystamy – toalet.
Co jednak myśleć, gdy mówimy o toaletach marokańskich? Nie wiem kto jeszcze pamięta kible na dworcach kolejowych, model PÓŹNY PRL, ale to już powoli zaczyna oddawać atmosferę tamtejszych „toalet”. Dziura w posadzce, zachlapana lepiej-nie-wiedzieć-czym, do tego kranik 15 cm nad podłogą z którego ledwie sączy się strumień niezupełnie czystej wody, niezamykające się drzwi, które mają 1,3m wysokości… i ten zapach! No po prostu perfumy! 😀

W każdym razie nadal jestem na dworcu i łapie mnie menadżer, z którym już po chwili piję miętę. Siedzimy i gadamy; facet który ma tu bufet mówi, że lubi Polaków i widząc moje uwielbienie dla ich herbaty – oferuje sadzonkę mięty, której jednak zabrać nie mogę. Niestety.

Fajnie mija czas, ale muszę iść do autobusu. Kierownik stacji idzie ze mną i okazuje się, że owszem jedziemy do Marakeszu, ale przez Casablankę. Ok, przynajmniej zobaczę kolejne miasto 🙂

Jadę więc, większość czasu przesypiając. Dojeżdżamy do Casablanki i zastanawiam się czy przypadkiem mnie nie oszukali i czy nie będę musiał kupić kolejnego biletu. Troszkę zestresowany wjeżdżam na dworzec, wysiadam, zabieram bagaż i idę do kierownika autobusu. Mówię MARAKESZ! Prowadzi mnie w stronę stojącego nieopodal autobusu i, co najważniejsze, wystawia mi bilet. Uff, co za ulga. Wbijam więc do środka i czekam. Przede mną 12 h jazdy… cóż.

Siedzę w autobusie stojącym na wyjeździe z dworca, na poboczu drogi i czekam na odjazd. Jednak nie jest to tak proste, jak by się mogło wydawać. U nas w kraju, generalnie w Europie i większości „cywilizowanego” świata, mamy rozkład jazdy i o godzinie w nim podanej – autobus startuje. Tu jednak wygląda to zupełnie inaczej.

W tym momencie jest za mało osób, by jechać. Przewoźnikowi się to nie opłaca, więc musi znaleźć więcej chętnych na przejazd. Dookoła biegając więc naganiacze, którzy cały czas krzyczą ROKSZ! ROKSZ! ROKSZ! (Marakesz).

Jeśli ktoś jest chętny, to szybko wypisują mu bilet i osoba wsiada. Albo wsiada i w autobusie dostaje bilet. Albo wsiada i wysiada. Albo biega wokół autobusu. Albo… dzieje się tam tyle, że nie sposób ogarnąć tego naszym europejskim myśleniem. Tam odbywa się to po prostu inaczej i choć dla nas może być to niezrozumiałe, dla nich to norma.
Oczywiście nie mogę pominąć faktu, iż co jakieś 2 – 3 minuty wsiadają: starsze babki, dzieciaki, faceci, kobiety – wszyscy z jakimś kartonem, pudłem, torbą, czymkolwiek. Mają to wyładowane czekoladami, a raczej wyrobami czekolado podobnymi; chusteczkami, figurkami, papierem toaletowym, wafelkami, kremami…  Wszystkim, co mogą kupić ludzie. Przechodzą tak przez autobus, handlują i lecą dalej. Kierowca nawet nie zwraca na nich uwagi; są jakby stałym elementem podróży i ich życia.
Zaraz po handlarzach przystępują do ofensywy żebracze, biedacy poszukujący jałmużny. Siedząc w autobusie i czując na sobie wzrok tych osób, ciężko powstrzymać się od dania im ofiary, choćby dla zabicia własnego poczucia winy, które tak starannie próbują w człowieku zaszczepić.

Z tego zgiełku przebija się dźwięk gwizdka i krzyk policjanta, który pogania autobus, by nie zawalał drogi czekając na klientów. Ruszamy i myślę, że już wyjedziemy, ale i  tym razem moje myślenie było zbyt ograniczone… Skoro policjant każe odjechać, autobus nie ma wyjścia, jak tylko poruszać się tempem piechura z połamanymi nogami. Krążymy więc po tych zatłoczonych ulicach, gdzie każdy porusza się jak mu się to podoba, a naganiacze biegają i ciągle wsiada ktoś nowy. Jak widać – w tym szaleństwie jest metoda. Pierwsza runda. Druga. Następna. Dochodzę do wniosku, że póki autobus nie zapełni się pod dach, to nie pojedziemy.

Po dłuższym czasie ruszamy, a ja oddycham z ulgą. Przejeżdżamy może kilometr i nagle autobus gdzieś skręca. Okazuje się, że wjeżdżamy do siedziby tej firmy przewozowej by zabrać przesyłki, paczki i coś tam jeszcze. Gdy wyjeżdżamy, widzę że ściana jest cała w długich czarnych krechach – znaki po lusterkach autobusów, które w tym ciasnym skręcie się nie wyrobiły 🙂

Tym razem jednak opuszczamy miasto i wbijamy się na autostradę. Krajobraz jak w Europie; bramki na autostradach, remonty i policja z „suszarkami” na poboczu. Norma.

Dopiero po jakimś czasie krajobraz się zmienia, oddalamy się od miast i teraz widać wielkie połacie ziemi; widoki na rozległe równiny, sięgające aż po horyzont. W oddali majestatycznie wznoszą się góry… to Atlas. Niesamowite widoki!

W końcu jest.

Marrakech. Miasto zgiełku.

>>>


Wjeżdżamy, a przy drodze widzę bociany! Już wiem gdzie odlatują nasze boćki… i mam z tego wielką radochę 🙂

Jesteśmy w centrum, ruch jak to w Maroku – każdy gdzieś jedzie po swojemu, każdy sobie tylko znanym torem. Pośród tego zgiełku dojeżdżamy do dworca…

Nie wiem czy zdążyłem już wcześniej powiedzieć, cóż takiego mną powodowało, by udać się właśnie do Marakeszu. Otóż.
Razu pewnego, gdy siedziałem sobie w pokoju w akademiku – zadzwonił mój pokojowy telefon, a gdy odebrałem, to głos recepcjonisty zapytał czy nie przenocowałbym jakiegoś chłopaka, który to nie ma gdzie się podziać.

Tak się złożyło, że mój współlokator (Grzeczny) był akurat w domu i miałem wolne kojo, więc odpowiedziałem, że nie ma problemu – niechże ten ktoś przyjdzie.
Po chwili stanął w drzwiach Marokańczyk. Nour.
Okazało się, że dogadywał się przez telefon z kierownikiem, ale źle się zrozumieli i niestety dziś nie ma gdzie spać. Zrobiłem mu herbatę, przyrządziłem kolację (co w realiach akademikowych na pewno oznaczało coś w stylu zupki chińskiej podanej wraz z kanapkami) i miałem okazję pogadać z pierwszym spotkanym Marokańczykiem.

Był to bardzo sympatyczny chłopak i mimo, iż dzieliło nas wiele – byliśmy w stanie się dogadać i sądzę nawet, iż zrazu się polubiliśmy.

Był dość zmęczony, więc pomimo chęci do dalszej rozmowy – zakończyliśmy debatę i poszedł spać. Rano miał autobus, by jechać dalej. Odprowadziłem go na przystanek i dałem wskazówki gdzie ma wysiąść. Na tym by się pewnie zakończyła moja przygoda z tym Przybyszem, ale w rozmowie napomknąłem mu, iż od zawsze marzy mi się podróż do Afryki…

I tak oto stoję przed dworcem w Marakeszu w ręku trzymając kartkę z adresem Nour’a.

Postanawiam znaleźć taksówkę, bo nie wydaje mi się możliwe, bym na własną rękę odnalazł ów adres.

W głowie mam milion obaw, bo przecież nie ustalałem z Nim mojego przyjazdu. Nie informowałem go, że jadę, nie podałem daty w której się u Niego zjawię. Liczę tylko na to, że jego słowa „przyjedź o każdej porze dnia i nocy” – nie okażą się wypowiedziane na wyrost.

Rozmawiam z taksówkarzem, ale niestety nie ma pojęcia gdzie to jest. Podchodzę do następnego – ten chwilę się zastanawia, ale również dochodzi do podobnych wniosków. Moje obawy w tym momencie stają się niewyobrażalnie wielkie…

Idę do kolejnego; on też nie wie, ale pyta swojego znajomego i tamten mu tłumaczy jak tam dojechać. Pierwszy promień nadziei przebija się przez czarne chmury…

Ten taksówkarz ma duże auto i chce 100 DH za kurs, więc radzi mi bym poszukał mniejszej, tańszej taryfy. Dziękuję mu i idę dalej. Przechodzę przez ulicę – co okazuje się być niezłym wyzwaniem, a potem podchodzę do kolejnego taksówkarza i po chwili umawiamy się na 40 DH. On na szczęście wie gdzie to jest.

Jedziemy i staję się uczestnikiem tego zamieszania. Przejeżdżamy przez wąskie uliczki i ciasne bramy; pełno motorków, skuterów i aut. Do tego ludzie chodzący środkiem ulicy. Nie wyobrażam sobie jak miałbym jechać tam samochodem…

Dojeżdżamy w okolicę gdzie powinien być wskazany adres. Kierowca szuka, ale niestety podanej ulicy znaleźć nie możemy. Zaczynamy krążyć, a ten co chwilę pyta przechodniów i niestety nikt nie wie. Ktoś coś podpowiada, ale okazuje się, że to pudło. W mojej głowie miliard myśli i coraz większy stres. Może takiego adresu w ogóle nie ma?!

Dalej krążymy po uliczkach i w końcu zatrzymujemy się przy stole bilardowym, przy którym stoi kilku chłopaków. Kierowca chwilę z nimi rozmawia, a oni wskazują na uliczkę przed nami. Szukamy, ale niestety bez rezultatu.
W końcu jeden z tych chłopaków bardziej się interesuje sprawą i podchodzi do nas. Pokazuję mu kartkę z adresem, a on pyta czy ten chłopak to Marokańczyk? Odpowiadam twierdząco. Czy mieszka w Marakeszu? Owszem.

Chwilę się zastanawia i twierdzi, że już wie o kogo chodzi. Ja już totalnie zestresowany, bo nie wiedziałem czy w ogóle zastanę go w domu, a teraz nawet nie mogę do niego trafić.

Chłopak gdzieś idzie, a po kilku minutach wynurza się z bramy z jakimś chłopakiem. Ręce mi opadają, bo to nie Nour.

Podchodzi i wyjaśniam całą sytuację. Okazuje się, że to brat Nour’a… ale on sam jest w Hiszpanii.

No cóż…

Rozmawiamy dalej, opowiadam o spotkaniu z jego bratem w akademiku, o mojej podróży aż dotąd, a on twierdzi, że nie ma problemu i że powinienem zostać na noc.

Czuję wielką ulgę, bo zupełnie nie wiedziałem co mnie czeka, a tym bardziej co miałbym zrobić, jeśli by taka propozycja nie padła.
Upewniam się kilkakrotnie czy to na pewno nie stanowi dla niego problemu – jestem przecież dla niego zupełnie obcą osobą. Mówi, że to żaden problem, więc i ja już przestaję dopytywać.

Wchodzimy do domu, a na schodach mijam jego starszego brata, który to jest nauczycielem angielskiego w Nowym Jorku, a teraz przyleciał do domu na urlop. Co najlepsze on idzie z nami na górę i po chwili pokazuje mi swój pokój, mówiąc bym tam spał. Stwierdza tylko, że go prawie nie będzie w domu, co najwyżej wpadnie na chwilę po jakieś ubrania ze swoich walizek, które stoją w kącie. Dla mnie bomba!

Zastanawiałem się co będzie jak tu dojadę, czy zastanę Nour’a, czy rzeczywiście da mi miejsce do spania tak jak obiecał, czy… milion wątpliwości, które już mam za sobą. Teraz siedzę w ciepłym domu, mam wygodny pokój do spania i, co najfajniejsze, dotarłem do Marakeszu po kilku tysiącach przejechanych w różny sposób kilometrów.

Rozmawiamy w pokoju i mówię mu, że chciałbym się wybrać na zwiedzanie miasta. Nie chcę mu jednak przeszkadzać, więc proszę go o numer, żebym mógł dać znać gdy będę wracał. Wystukuję numer i próbuję puścić mu sygnał, ale nie chce działać. On chwilę się zastanawia i pyta czy nie mam nic przeciwko, żeby mi pokazał miasto? Hahah no pewnie, że nie!

Wychodzimy na zewnątrz, a on mówi, że pojedziemy motorem. Otwiera coś w stylu garażu i wyprowadza Harleya… czyli coś jak mój dwubiegowy komar, na którym kiedyś robiłem tysiące kilometrów.

Wskakuję na tylne siedzenie, patrząc niepewnie czy aby na pewno ten sprzęt poradzi sobie z ciężarem 2óch osób. Jednak ruszamy i jakoś daje radę…

Włączamy się do rzeki samochodów, motorków, ludzi, riksz i dorożek. Jeździ tu wszystko, absolutnie wszystko. Czasem jedziemy pod prąd, czasem zatrzymujemy się na środku drogi, czasem mijamy kogoś na trzeciego, albo czwartego… Każdy jeździ tu jak mu się to żywnie podoba!

Jestem przerażony i zachwycony jednocześnie… wyciągam aparat i nagrywam moją pierwszą przejażdżkę po mieście.

Widzę jednak, że wszyscy są tu przyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy. Na nikim nie robi to wrażenia (no, oprócz mnie) i wcale nie widać, by działy się tu jakieś wypadki czy potrącenia.

Bardzo podoba mi się tankowanie, którego jestem świadkiem. Podjeżdżamy do stojącej na chodniku beczki na kółkach, do której podłączony jest dystrybutor – i w ten oto sposób już za chwilę mamy pełny bak 🙂

Dojeżdżamy do Mediny – najstarszej części miasta. Mnóstwo ludzi na wielkim placu. Pełno turystów.

Spacerujemy i widzę facetów z wężami. Z daleka robię zdjęcie, ale jeden z nich to zauważa i od razu przybiega do nas po pieniądze. Jakoś go zbywam, ale i tak podchodzą inni. Przecież każdy chce coś sprzedać, pokazać… byle tylko dostać pieniądze. Dokładnie tak samo jest z facetami, którzy mają koło siebie małpy. Jeden z nich zauważa moje zainteresowanie i zanim zdążyłem zareagować – ten sadza mi ją na ręku. W pierwszej chwili mam wrażenie, że to zwierzę wydrapie mi oczy, ale widząc, że jednak nic mi nie grozi – i ja się uspokajam. Brat Nour’a… czyli Aidar, robi mi zdjęcie. Płacę facetowi 10 DH, choć bardzo domaga się większej kwoty, cały czas powtarzając „papers, papers”… czyli papierowej wersji ich pieniędzy, a więc min. 20 DH.

Idziemy dalej. Wszędzie obfitość orzechów, owoców i wszystkiego co tylko można chcieć. Kupuję trochę pistacji i mam wrażenie, że są jakby lepsze niż u nas. Może świeższe?

Po pistacjach nabraliśmy ochoty na zjedzenie czegoś konkretnego, więc proszę go, by zabrał nas gdzieś gdzie można dobrze zjeść.

Jedziemy Harleyem i oto jestem uczestnikiem pięknej sceny. My na swoim motorku, jadąc prawym pasem dojeżdżamy do miejsca, w którym knajpa jest po lewej stronie drogi. Jak więc skręca się w Maroku?
Stajemy w poprzek drogi, na lewym pasie i czekamy na możliwość wjechania tam pomiędzy przejeżdżającymi autami. Kierowcy nadjeżdżających aut, nic sobie nie robią ze stojącego na środku ich pasa motorku i widząc, że mają jeszcze kawałek miejsca po prawej stronie – wymijają nas, zupełnie się nami nie przejmując.
Jestem w szoku, bo obserwuję twarze przejeżdżających kierowców i widzę, że w ogóle na nas nie zwracają uwagi. Zupełnie ich to nie wzrusza, i mimo że mają mało miejsca, to i tak każdy jedzie, zamiast choćby pomyśleć o tym by nas przepuścić. Piękne!

Siedzimy w knajpie i opowiadam mu o moich dotychczasowych przygodach. W międzyczasie dostajemy jedzenie: kanapki podobne do tych w Tangerze, jednak z innym składem i na dodatek frytki są zawinięte w środku. Pycha!

Kończymy jeść, a Aidar pyta czy nie chciałbym podjechać z nim na jego uczelnię. No pewnie 🙂

Dojeżdżamy na uniwersytet. On studiuje tam filologię angielską po to, by w przyszłości wyjechać do Stanów. Jego brat tak zrobił, więc i on widzi korzyści z takiego planu.

Idziemy do uniwersyteckiej kawiarni i tam szukamy jego przyjaciół. Ja siedzę i obżeram się pistacjami, popijając to miętową herbatą.

Pojawiają się jego znajomi. Najpierw podjeżdża chłopak w czarnej kurtce i idealnie zaczesanych do tyłu włosach. Powiedziałbym, że to istny Alvaro, ale traci trochę powagi siedząc na jakże popularnym tu Harley’u 😀

Pojawiają się kolejni znajomi i widzę, że wzbudzam lekkie zainteresowanie. Wypytują mnie gdzie, skąd i dokąd, a ja w telegraficznym skrócie opowiadam im podróż. Fajnie się rozmawia, ale Aidar stwierdza, że ma lekcje angielskiego i powinniśmy się zbierać.

Wracamy do domu, a po drodze wstępujemy do biura, które organizuje wyjazdy na pustynię. Dowiadujemy się, że autobus odjeżdża o 9ej rano; ja wymieniam jeszcze dolary, które miałem ze sobą i jedziemy dalej.

Ubieram się ciepło, bo mimo iż jest to Afryka – styczniowe wieczory nie należą do gorących. Podczas gdy Aidar pójdzie na swoje lekcje, ja mam zostać z niedawno poznanym Alvaro! Cieszę się, bo wydawał się być w porządku.

Spotykamy się przed domem i pyta mnie czy idziemy z buta czy jedziemy harleyem. Oczywiście, że harleyem!

Po drodze zatrzymujemy się przy sklepie, bo on musi kupić sobie papierosy. W czasie gdy on idzie do sklepu, ja odpalam jego motorek (obserwowałem jak oni to robią – po prostu stawiają na stopki i przekręcają pedałami). Robię sobie jaja udając, że odjeżdżam, a gdy on roześmiany wychodzi ze sklepu – zadaje mi interesujące pytanie: Czy chcę spróbować?

W pierwszej chwili waham się, bo mam przed oczami wszystko czego byłem dzisiaj świadkiem, przypominam sobie brak zasad na tych drogach, „wolną amerykankę” panującą dookoła… i stwierdzam, że PEWNIE, MUSZĘ SPRÓBOWAĆ!

Gaz po prawej stronie, żadnych biegów i hamulec w rączce. Ruszamy. Najpierw jedziemy kawałek wąskimi uliczkami (tam też wiele się dzieje), ale potem wyjeżdżamy na główne ulice. To jest dopiero jazdaaa!

Z każdej strony ktoś cię wyprzedza, każdy trąbi (zauważam, że klakson jest używany tylko w przypadku, gdy ktoś jedzie przed nami – żeby poinformować go, iż jedziemy za nim, żeby go wyzwać, gdy zajedzie nam drogę i… w każdej innej sytuacji! Hehe :D)

Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo to że jadę swoim pasem, wcale nie oznacza, że kilka osób nie może w tym czasie jechać pod prąd. Włączanie się do ruchu oznacza po prostu ostrożne (o ile w ogóle takie być może) wjeżdżanie na pas ruchu, licząc na to, że jakoś to będzie. Zasada jest prosta: klakson… i niech się dzieje co chce!

Coś wspaniałego! Cieszę się jak mały dzieciak i naprawdę płaczę ze szczęścia! Śmieję się tak bardzo z tego co widzę, z tego że w tym uczestniczę, z tego jak nienormalne dla mnie, a jak zwyczajne dla nich to jest. Po prostu na same wspomnienie o tej przejażdżce mam uśmiech na twarzy! :))) Żaden luksusowy hotel i plaża nie dałyby mi takich przeżyć… Tego co tam doświadczyłem nie sposób opisać słowami.

Jedziemy przez główne ulice, wąskie uliczki, przeciskamy się przez tłumy przechodniów, mijamy setki motorków (a wszystkie trąbią cały czas), jakoś się przedzieramy, a ja nie mogę się tym nacieszyć. Zajebista sprawa!

Uchachany jak dzieciak dojeżdżam na miejsce. Zostawiamy motorek na specjalnym dla nich parkingu. Inkasent ustawia je w rzędach, kredą na siedzeniu zostawia jakieś swoje specjalne znaki, a gdy się go odbiera – ściera wszystko specjalną szmatką, którą ma w kieszeni. Jak by to powiedział W. Cejrowski „w gospodarce niedostatku każdy jakoś sobie radzi” 🙂

Idziemy na ten wielki, pełny ludzi plac. Wygląda to wszystko zupełnie inaczej niż przed kilkoma godzinami. Wszędzie stoją stragany zawalone pomarańczami, nie mogę się oprzeć i kupuję wyciskany na miejscu kubek soku. Smakuje świetnie. Nie to co „soki” w naszych sklepach, w których kilka kropli soku jest wymieszane z litrem wody.

Po chwili kupuję jeszcze trochę orzechów i tak sobie chrupiąc zwiedzamy Medinę. Są tu tysiące kramów, kramików, wózków i wszystkiego co ludzie są w stanie wymyślić. Można tu kupić absolutnie wszystko; od butów po chusty i ubrania, pastę do butów i gotowane ślimaki, skarpety i okulary. Absolutnie wszystko.

Jest tu głośno i kolorowo. Stwierdzam, że muszę sobie kupić jakieś „cheap socksy”, bo od blach w moich butach robią się dziury 😀

Idziemy i wybieram dwie pary, oczywiście targując się przy zakupach.

Alvaro jest w porządku i cały czas z czegoś się śmiejemy. On nie najlepiej mówi po angielsku, ale jakoś się dogadujemy i naprawdę fajnie mija czas.

Wracamy po motorek i ruszamy na dalszą przejażdżkę. Mijamy Pałac Prezydencki, miejsce gdzie zatrzymuje się prezydent Maroka podczas wizyt w Marakeszu, i postawiamy zrobić sobie na tle tego gmachu zdjęcie. Robię zdjęcie mojemu nowemu znajomemu na motorku i pytam czy jak zrobię mu zdjęcie na tym tle, to czy nikt mnie nie zastrzeli? Pewnie, że nie!

Jednak gdy tylko błysnął flash słyszę wartownika krzyczącego NO NO NO NO!!!

Zbieramy się czym prędzej i ruszamy dalej. Jest już całkiem zimno, więc jedziemy pod dom Aidara.
Tam rozmawiamy o moim wyjeździe na pustynię, a oni wołają swojego kumpla, który niedawno był na jednej z takich wycieczek. Mówię mu, że chciałem się wybrać do Merzogi (tak sobie wybrałem patrząc na mapy), ale twierdzi, że jest tam strasznie drogo. Twierdzi, że był w Zagórze i jest tam dużo taniej – hotel można znaleźć już od 60 DH.

Postanawiam posłuchać jego rady i wybrać się do Zagóry. Wchodzimy do domu, Aidar daje mi kompa do użytku, ale patrzę tylko chwilę na mapy, a potem podłączam mp3 do ładowania i po dniu pełnym wrażeń idę spać.
DSC00319                                                                 „Harley” – przez niego leciały łzy szczęścia! 😀



Dzień 14 – Do Zagóry!

Wstaję rano i zaczynam dzień od słodkich pomarańczy. Podczas mojego śniadania widzę wróbla, który wleciał do mojego pokoju i siedząc na dywanie, spokojnie mnie obserwuje. Witam się z nim, ale już za chwilę odlatuje…

Przychodzi brat Noura i się zbieramy. Ładujemy się na jego motorek, ale tym razem mam jeszcze większe obawy czy ów sprzęt nas poradzi, bo przecież mam na sobie plecak z całym moim majdanem. Podróż tym sprzętem po raz kolejny dostarcza wielu wrażeń, ale po kilkunastu minutach dojeżdżamy na miejsce.

Nie chcę zatrzymywać długo Aidara, bo ma niebawem egzamin na uczelni, więc żegnam się z moim nowym znajomym i bardzo mu dziękuję za opiekę. On poleca się na przyszłość i mówi, że naprawdę mogę wpadać kiedy tylko zechcę!

Odjeżdża, a ja wchodzę do biura, gdzie wczoraj dowiadywałem się o autobus. Facet coś mamrocze, że o 16ej i na początku mam wrażenie, iż mówi o planowanej godzinie dotarcia na miejsce. Po chwili jednak okazuje się, że niestety autobus będzie odjeżdżać dopiero o 16:30. Na zegarku 8 rano.

Trudno; idę na dworzec.

Szukam autobusu, ale już po chwili to ja jestem odnaleziony przez menadżera dworca i razem docieramy do właściwego stanowiska. Chcę jechać do Zagury, ale nie ma na razie żadnego kursu w tamtym kierunku, więc ruszam w stronę Ourzazate. Płacę za bilet 65 DH, wsiadam do autobusu i już po chwili stoi przy mnie facet od bagażu. Oczywiście chodzi mu o kasę za schowanie plecaka do luku bagażowego, ale ja udaję, że nie wiem o co mu chodzi i po prostu palę głupa. Szybko się uczę, że jeśli jest się Białym, to na każdym kroku ktoś chce od Ciebie pieniądze. Przez chwilę zaczyna mnie to wkurzać, ale tak tu po prostu jest. Jak ktoś jest Europejczykiem, to na pewno ma kasę, którą trzeba z niego zedrzeć. A choćby dotknięcie bagażu podczas gdy sam go chowałem do luku, jest jedną z wielu okazji, których oni nie przepuszczą, by trochę kasy wyciągnąć…

Upieram się; wskazuję na innych Marokańczyków jadących autobusem i pytam retorycznie czy oni też płacili za bagaż?? Coś tam bełkoczą, że mój bagaż jest „big” i w ogóle, a jako że zrobiło się ich już trzech (bo przecież trafiła kosa na kamień) – w końcu daję im 10 DH. Przecież nie będę całą drogę obserwował mojego bagażu. A kto wie czy nie mógłby „przypadkiem” się gdzieś zawieruszyć.

Wyjeżdżając z Marakeszu widać w oddali majaczące szczyty gór Atlas. Później okazuje się, że droga do Ourzazate wiedzie prosto przez nie…

Autobus chwilowo jest pełen dzieciaków jadących do szkoły. Radio prezentujące największe hity arabskich list przebojów jest rozkręcone na maxa, więc chcąc nie chcąc – słucham tych szlagierów, które walą w moje uszy wprost z głośnika znajdującego się nad moją głową. Zaczynają się górskie serpentyny; autobus ledwo jedzie po tych stromych zboczach, a zakręty przyprawiają o zawrót głowy. Dokładniej rzecz ujmując to nie zakręty powodują szybsze bicie serce… a przepaście, które mijamy i świadomość, że oddziela nas od nich tylko mizernie wyglądająca, zardzewiała barierka.

Wszystko jednak wynagradzają niesamowite widoki, które mam okazję podziwiać. Przestrzenie rozciągające się na dziesiątki kilometrów, zbocza gór po których wędrują stada kóz, zostająca w oddali wstęga drogi, która wije się ciasno wśród tego niegościnnego krajobrazu. Do tego przepięknie świeci słońce na bezchmurnym niebie… Wielkość tych gór przytłacza, człowiek czuje się naprawdę mały. Na poboczu drogi pojawia się śnieg, a to musi oznaczać, że jesteśmy już naprawdę wysoko.

Często mijamy się ze  starymi ciężarówkami, które nic nie robią sobie z nadjeżdżającego autobusu i gnają wprost przed siebie; równie często widzę niemieckie campery, których setki spotykam już od Hiszpanii.

Po jakimś czasie przestaję robić zdjęcia, bo co zakręt są piękniejsze widoki i teraz podziwiam je, nie zaprzątając sobie głowy strzelaniem zdjęć.

Dojeżdżamy do miasteczka – kierowca jak zwykle trąbi. Doszedłem do tego, że już prawie nie zwracam uwagi na klaksony. No bo ile można?!

Ludzie wysiadają z jadącego autobusu… tu naprawdę nie dziwi nic! Amazing! 🙂

W oddali widzę odbijające się od rzeki promienie słońca; brakuje mi skali by opisać to co widzę…

Co jakiś czas stoi na poboczu człowiek; czasem mężczyzna, czasem kobieta. Próbują coś sprzedać, bo przecież kręci się tu mnóstwo zagranicznych turystów. Oferują gliniane naczynia, owoce, benzynę – cokolwiek. Widać tu na każdym kroku walkę o przetrwanie, walkę o życie. To co widoczne tutaj jak na dłoni, u nas jest jakby skryte i zepchnięte na margines. Oczywiście i u nas zdarza się widzieć kogoś grzebiącego  w śmietniku, szukającego jedzenia. Ale jest to jakby bardziej ukryte, zamiecione pod dywan i sprawia wrażenie jakby nas nie dotyczyło.
Tu jednak widać prawdziwą walkę o byt. Ludzie chodzą wychudzeni, na ich twarzach maluje się troska i trudy życia w tym nieprzyjaznym klimacie. Może to banalne stwierdzenie, ale nie widziałem tutaj grubych mieszkańców. Jedzą tyle ile mają, i wtedy kiedy mają.

Rzadko, bo rzadko, ale czasem słyszymy w telewizji o ludziach umierających z głodu; zazwyczaj są to dla nas tylko liczby. Może i miliony, ale jednak zdaje się to nas nie dotyczyć… bo przecież nawet jeśli tak jest, to i tak jest to gdzieś… tam… nie u nas! Tutaj widać jak każdy kawałek płaskiego terenu jest przerabiany na pole, które może dać trochę jedzenia. Widać pracujące kobiety i mężczyzn. Dzieci noszące wodę z rzeki…

Obserwując to, człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że nie są to puste liczby, że to naprawdę się może dziać… i to bliżej niż nam się wydaje. A u nas ludzie lamentują, gdy ucieknie im autobus, albo kobieta złamie sobie paznokieć.
Banał. Może i tak, ale naprawdę daje do myślenia.

Jedziemy dalej i dochodzę do wniosku, że kierowca ewidentnie chce nas zabić! Zapiernicza nad przepaścią i tylko trąbi co chwilę, wyprzedzając inne auta. Nie czuję, żeby używał hamulców i mam wrażenie, że przy każdym zjeździe z górki, on chce pobić swój dotychczasowy rekord prędkości. Może ma gdzieś na desce rozdzielczej notatnik i swoją listę rekordów…

To Afryka, ale nie jest zbyt ciepło. Tym bardziej w górach… przez szyby co prawda grzeje słońce, ale nogi mi trochę marzną.

Nigdy nie miałem problemów z chorobą lokomocyjną, ale ta podróż to zupełnie co innego niż wszystkie dotychczasowe przejazdy w moim życiu. Zakręty są co kilkaset metrów; ciągle zjeżdżamy z góry, po to by się zaraz zacząć znów na nią wdrapywać przy wyjącym silniku; w dodatku kierowca wcale nas nie oszczędza i przemyka po tej drodze jakby to była zwykła krajówka z szerokimi poboczami… To sprawia, że mam dość. Robi mi się słabo, a drogowskaz informuje, że do Ourzazate – 111 km. Ciągle przez góry…

Na szczęście dojeżdżamy do miasteczka w górach i mamy tu postój. Wysiadam z autobusu i jakiś facet pyt a mnie czy potrzebuję skorzystać z łazienki. Owszem. Prowadzi mnie i mówi: 5 DH. Daję mu 1. Tu trzeba tak robić, inaczej można zginąć 🙂

Małe miasteczko, raczej wioska w górach. Wszędzie na wieszakach wiszą kozie półtusze lub też inne elementy kóz. Czuć zapach grillowanej koziny, która skwierczy na każdym rozpalonym grillu. Obawiając się dalszego etapu podróży odmawiam sobie jednak spróbowania tego „przysmaku” i poprzestaję na zakupie kilku mandarynek.

Wcinam mandarynki i spaceruję po wiosce, gdy zagaduje do mnie facet. Mówię mu skąd  jestem, a on z miejsca zaczyna używać polskich zwrotów. Zadziwiający jest marketing w miejscach, gdzie kręci się dużo turystów. Podejrzewam, że gdybym mówił w starocerkiewnym, to on i tak by mnie przegadał w tym języku…

Rozmawiamy jednak po angielsku, bo rzecz jasna – poza kilkoma utartymi zwrotami, nie rozumie po polsku nic. Po chwili jednak proponuje mi marihuanę z własnej, wioskowej uprawy. Tłumaczy, że Maroko jest światową stolicą haszyszu, a w pełnym słońcu świetnie dojrzewają ich uprawy. Grzech się nie skusić…

Dziękuję mu jednak, zważywszy na to, że nie wiem co mnie czeka w dalszej podróży i wolę nadchodzące zdarzenia przyjmować jako „ogarnięty” człowiek…  hehe 😀

Wracam pod autobus i dalej zajadam się mandarynkami. Obok stoi jakiś berberyjski dziadek, więc daję mu pół owocu, za co on odwdzięcza się pięknym, bezzębnym uśmiechem 🙂

Po chwili ruszamy w dalszą drogę, a ja podziwiam widoki z zapartym tchem. Musimy być bardzo wysoko w górach, bo przy drodze pojawia się śnieg.

Co jakiś czas widać dzieci niosące opał, ludzi wypasających kozy na kamienistych zboczach…

Chyba zaczynamy wreszcie zjeżdżać, bo nie słyszę, by silnik wył na najwyższych obrotach jak podczas wjazdów na te strome zbocza.

Góry stają się niższe. A mnie ciągle zadziwia ten kraj.

Wszystko tu odbywa się głośno, hałaśliwie. Facet, który chciał wysiąść – po prostu zaklaskał dwa razy, a kierowca od razu się zatrzymał. Nie wspomnę już o ryczącym od kilku godzin głośniku nad moją głową…

W oddali widać zaśnieżone szczyty i na myśl przychodzą mi pejzaże Himalajów, które często widywałem na różnych zdjęciach.

Dojeżdżamy. Miasto pośrodku niczego.

Ourzazate.

Od razu podjeżdżamy na stację benzynową. U nas nigdy jeszcze nie siedziałem w autobusie, który podjeżdżał, by zatankować z pasażerami w środku 🙂

Dodatkowo kierowca zawołał mechanika i ten zrobił nam szybki pit stop – na miejscu wyczyścił filtr powietrza i przejrzał silnik. Tu nie dziwi nic.

Po dojeździe na dworzec, musiałem poczekać 1,5 h na przesiadkę. Idę więc do bufetu i zamawiam kanapkę z mięsem, do tego coca colę i ciastko. Pyszne i kosztuje 22 DH.

Zastanawiam się co mnie czeka w Zagórze; jak zwykle miliard myśli co, gdzie i jak. Ale będzie dobrze!

Podjeżdża autobus, więc ładuję się do niego i ruszamy. Droga znów przez góry, ale tym razem niższe.

Jedziemy krętymi drogami, a ja mam okazję po raz kolejny oglądać niesamowite widoki. Prawie wcale nie przeszkadza mi w tym kolejny kierowca, który ma ochotę mnie zabić. Tutaj podjazdy i zjazdy są mniej strome, za to można się na nich dobrze rozpędzić…

Może wszyscy marokańscy kierowcy spotykają się raz w tygodniu i chwalą swoimi wynikami? Pewnie jest tablica na której zapisywane są rekordy prędkości… i przy każdym jest dopisek ilu pasażerów było w środku. Bo przecież prędkość to nie wszystko, ważne ile osób miało zawał…

Kierowca chyba jest przodownikiem na tej liście, bo mam wrażenie, że nie używa hamulców. Poznanym już wcześniej zwyczajem – trąbi  przed każdym zakrętem, żeby każdy wiedział, iż jedzie KRÓL SZOS!

Mijamy może jedną trzecią drogi, a ja zastanawiam się co będzie dalej. Wtedy zatrzymujemy się w jakimś miasteczku. Mija minuta i przy moim siedzeniu pojawia się jakiś facet. Zagaduje: francais? No. English? Yes.

Pyta skąd jestem, więc odpowiadam: z Polski. On od razu DZIEŃ DOBRY! Za nim stoi jeszcze dwóch chłopaków, więc na bank coś chcą.

Całkiem przyjaźnie wypytuje mnie skąd i dokąd, a gdy odpowiadam – pyta czy może się dosiąść. Jasne.

Po drodze okazuje się, że mieszka w Zagurze. Poza tym w rozmowie wychodzi, że organizuje wycieczki na pustynię… i ma numer do taniego hotelu, gdzie po chwili zaklepuje mi miejsce za 40 DH.
Rozmawiamy dalej, dobrze się dogadujemy i proponuje mi nocleg w swoim domu, w najstarszej części Zagury. Ogarnia mnie wielka radość, bo mogę powiedzieć, że jestem uratowany!

Dojeżdżamy na miejsce, wysiadamy z autobusu i idziemy razem z jego przyjacielem. Po chwili zauważają swojego znajomego, który akurat przejeżdża swoim Kangoorem i za moment jedziemy wszyscy nowym środkiem transportu. Kierowca podjeżdża pod kosz i ku mojemu zdziwieniu – wyrzuca puste butelki. Okazuje się, że on sobie jeździ po mieście i pije za kierownicą. Powiedziałbym: MEKSYK.. ale przecież to tylko MAROKO 😀
Na dobrą sprawę jest to pierwszy spotkany przeze mnie człowiek, który spożywa tutaj alkohol. Dużo ludzi ma ICH, Arabów za „brudasów” czy kogoś-dużo-gorszego. Jeśli ktoś jednak ma trochę wiedzy o Nich, to wie jak często muszą się myć. A poza tym tutaj nie widać żuli stojących od rana pod sklepami…
Owszem, ludzie śpią na ulicach… ale nie nawaleni jak stodoły. A u nas?!

Jedziemy przez miasto i wysiadamy na środku ronda (no bo gdzież by indziej?) i przesiadamy się do zaprzyjaźnionego taksówkarza. Po kilku minutach wyjeżdżamy poza miasto, bo najstarsza część miasta, znajduje się na obrzeżach. Zbieram majdan i idziemy. Gdy dochodzimy do jego domu, jestem kompletnie zaskoczony. Nie wiedziałem czego się spodziewać i na nic się nie nastawiałem, lecz mimo to – jestem zaskoczony. Przechodzimy przez wąskie przejście między domami i wchodzimy do jego domu. Jest kawałek korytarza, a po lewej stronie znajduje się wejście do dużego pokoju. Dużego, bo ma gdzieś z 7 metrów długości i kilka szerokości. Dodatkowo po prawej stronie znajduje się oddzielone arkadami pomieszczenie – nie wiem jak je nazwać, w każdym razie na podłodze widzę leżącą tam postać, zawiniętą w kilka koców i co chwilę słyszę odgłosy wymiotów. Dziwne.

Na końcu pokoju znajduje się telewizor, w którym lecą stare filmy, a ja zostaję ugoszczony herbatą, która smakuje jak absynt. Poza tym pytają mnie czy lubię zupę. Odpowiadam, że tak i za chwilę jemy zupę, siedząc na podłodze przy niskim stoliku. Wyglądem najbardziej przypomina mi szczawiową, (którą bardzo lubię), lecz na wyglądzie podobieństwa się kończą. Jest bardzo mdła i mimo, że jestem głodny – z trudem przełykam kolejne porcje na łyżce, tak by nie urazić gospodarzy. Za dokładkę jednak grzecznie dziękuję…

W telewizji włącza się Mission Impossible po angielsku, a ja siedzę uradowany, że mam okazję obcować z tymi ludźmi i jeść to, co oni 🙂

Przychodzi mąż siostry mojego przyjaciela i bardzo serdecznie wita mnie w domu! Mówi, że jestem very welcome i naprawdę miło się czuję. Siedząc na podłodze w tym dużym pokoju robię notatki, a za chwilę idę spać.
Przede mną pierwsza w życiu noc w berberyjskim domu 🙂

Mapa Marrakech - Zagura



DZIEŃ KOLEJNY
temp. : chłodno

godz. 8:15

dystans –

Nie wiem co się dzieje i gwałtownie się budzę. A raczej zostaję obudzony…

Po raz pierwszy w życiu mam okazję słuchać nawoływań Muezina, która wchodzi o 5ej rano na wieżę i „delikatnie przypomina” o tym, iż nastał czas modlitwy. A pomyśleć, że w domu denerwował mnie puszczany 2 razy dziennie hejnał z kościelnych głośników 🙂

Zasypiam jednak po chwili kompletnej dezorientacji, a chwilę później słyszę ryk osłów. Mógłbym pomyśleć, iż ktoś włączył transmisję z polskiego sejmu…
Okazuje się, że już po ósmej, więc już pora ruszać na spotkanie z Saharą!

Wstaję z łóżka i wychodzę z pokoju. Jest dosyć chłodno, ale bezchmurne niebo i piękne widoki wszystko wynagradzają. Cieszę się pięknym, gołym niebem, ale po chwili przychodzi mi na myśl, że tutaj jest tak przez większość dni w roku. A u nas? ehhh… 🙂

Dom jest większy niż początkowo sądziłem, a zbudowany jest z czegoś pomieszanego z czymś. Nie jestem w stanie określić cóż to za zaprawa murarska, ale w miejscach gdzie nie ma farby widać wystające źdźbła trawy.

Pokój Mammadou jest pomalowany w kolorach pustyni. Ściany w kolorze piasku, sufit błękitny. Ubieram się i schodzę na dół. Biega tam 4,5 letni chłopczyk, więc po chwili zaczynam się z nim wygłupiać na podłodze. Robię fikołki na tej twardej podłodze, a on przygląda mi się zaciekawiony. Po chwili sam próbuje, ale nie może do końca sam się przewinąć. Pomagam mu i stwierdzam, że potrenuje kilka dni i będzie śmigał. Mam wielki ubaw od samego rana, a oczekująca na mnie Sahara – wprowadza mnie w stan radosnego oczekiwania.

Na śniadanie dostaję nieznaną mi potrawę, tj. coś na kształt grubego naleśnika z farszem w środku. Bardzo dużo przypraw, cebula i kilka nierozpoznanych składników. Trochę pikantne, ale naprawdę dobre! Do tego herbata i czuję się naprawdę najedzony.

Zbieramy się do wyjścia, łapiemy taksówkę i jedziemy na rynek. Nie chodzi tutaj o rynek w mieście, tylko o zwyczajne targowisko. Gdy dojeżdżamy okazuje się, że wygląda to zupełnie jak u nas. Tylko trochę biedniej.

Ludzie sprzedają cebulę, jabłka, pomarańcze. Zboża są usypane w wielkie kopce. Najbardziej jednak cieszą mnie pomarańcze, które kosztują 5DH za kilogram, a ponoć w sezonie cena spada do 1 DH. Kupuję 2 kilogramy i większość zjadam chodząc po targowisku.

Rozmawiam z Mammadou o pustyni i mam wrażenie, że coś jest nie tak. Idziemy złapać transport i okazuje się, że mam jechać sam, a on dołączy później. Pomyłka. Mam jechać z kimś zupełnie innym,  co zupełnie mi się nie podoba, tym bardziej, że przed chwilą mu zapłaciłem.
Dochodzimy do postoju busów, ale na razie jest zbyt mało ludzi. Standard. Siadamy więc, a on mówi, że zaraz wróci. Znika, a ja niepokoję się coraz bardziej.
Gdyby już nie wrócił, to jakie miałbym szanse, że go znajdę? A jeśli nawet, to co wtedy?

Po 20 minutach wraca i idziemy wypić herbatę. Dochodzimy do kawiarni, a obok widzę jakieś biuro organizujące wycieczki na pustynię. Siadamy do stolika i mówię mu, że idę do toalety. Odchodzę kilka metrów za róg budynku i wychylam się, by sprawdzić czy na pewno mnie już nie widzi. Wchodzę szybko do tego biura i pytam o cenę za 2dniową wycieczkę na pustynię. Niestety ona ledwo mówi po angielsku, a zamiast udzielania jakichkolwiek informacji – wyjmuje telefon i gdzieś dzwoni. Pytam, próbuję się dowiedzieć chociaż orientacyjnie ile kosztuje taki wypad, bo niestety mam wrażenie, że jestem trochę robiony w bambuko przez mojego nowego znajomego.

Ona nic nie mówi, tylko cały czas próbuje się gdzieś dodzwonić. Czas ucieka, mówię jej więc, że zaraz wrócę i wychodzę na zewnątrz, żeby sprawdzić czy mnie nie szuka Mammadou. Czuję się jak główny bohater filmu sensacyjnego – ale cała akcja jest naprawdę napięta!

Wracam na moment do stolika. Po chwili wstaję i mówię, że muszę zadzwonić.  Wracam do tego biura, a tam ta dziewczyna stoi na zewnątrz i wskazując na mnie woła kogoś. Kurde! Przychodzi jakiś facet i zaprasza mnie do środka. Wchodzę więc i już w drzwiach pytam ile kosztuje taki wyjazd. Oczywiście on myśli, że złapali klienta, więc spokojnie proponuje mi krzesło i chce negocjować. Jednak oni mają czas, którego ja teraz nie mam. Próbuję go poganiać i chce tylko, żeby powiedział jakąś kwotę. Szybko!
Nagle patrzę, a za moimi plecami stoi Mammadou.

Facet z biura podróży pyta mnie czy już mu zapłaciłem, ale ten już zdążył powiedzieć coś do niego po arabsku i wiem, że jest po sprawie. Na odchodne tylko mówi mi, że 2 dni – 700DH.  Mam wrażenie, że powiedział to specjalnie, żeby już nie było problemu…

Wracamy do stolika, a ja tłumaczę, że byłem zapytać o cenę, bo podróżuję za pół darmo, a on wziął ode mnie tyle, że nie będę miał na powrót do domu. Coś przecież powiedzieć muszę…

Targujemy się, ale wiem, że jest po sprawie. Trudno, chyba nie mam wyjścia.

Idziemy do busa, siadam przy oknie i po chwili widzę jak kierowca z nowym pasażerem ładują kozy na dach. Przy okazji widzę głowę jednej z nich jak odbija się od szyby i głośno beczy. Magia hehe 🙂

Ruszamy, bo już zebrało się więcej pasażerów. Podjeżdżamy na stację benzynową i tu jeszcze zbieramy kilka osób. Wreszcie wyjeżdżamy z Zagury i wreszcie widzę krajobraz pustynny. Same skały, ciemne kamienie i słońce.

Co kilka, kilkanaście kilometrów siedzi ktoś na poboczu; bus się zatrzymuje, ludzie wsiadają i wysiadają. Kończą się miejsca, ale to przecież nie stanowi żadnego problemu. Kierowca sięga ze schowka 2 małe stołki i stawia je na korytarzu. Już jest gdzie siedzieć… 😀

Po 1,5 h dojeżdżamy na miejsce i ludzie tłumaczą mi, że to tutaj muszę wysiąść. Wyskakuję i po drugiej stronie widzę czekającego na mnie chłopaka. Idziemy na camping i czekam na kogoś od wielbłądów. Dostaję herbatę i wcinam pomarańcze, które mi zostały. Spaceruję sobie i oglądam palmy, których jest tu mnóstwo.
W końcu przychodzi po mnie jakiś facet i mówi, że wielbłąd już czeka. Idziemy i widzę, że faktycznie ma przytroczone siedzisko. Nazywa się Chocolate i to na nim będę jechał. Wsiadam więc na siodło i zwierzę wstaje. Trochę przy tym buja i jest naprawdę wysoko. Ale pierwsze wrażenie bardzo fajne!

Ruszamy, a chłopak prowadzi wielbłąda za „uzdę”. Pytam go gdzie jego wielbłąd, ale okazuje się, że on będzie szedł z buta. Hmmm nie tak to sobie wyobrażałem, ale cóż. Przecież tak czy inaczej jadę na wielbłądzie! Mijamy zabudowania tej oazy i widzę camping jakiegoś rajdu. Jest tu mnóstwo samochodów terenowych przy których kręcą się mechanicy.

Krajobraz powoli się zmienia, i z każdą chwilą jest więcej piasku dookoła mnie. Kołyszę się przyjemnie na grzbiecie wielbłąda, a od dłuższego czasu nie idziemy na holu, tylko spokojnie obok tego chłopaka. Wydmy stają się coraz większe, aż w końcu na horyzoncie widzę tylko piach. Wszędzie i dookoła. Fajnie jest gdy wielbłąd schodzi z takiej wydmy i trochę się rozpędza, pochylony do przodu. Na tej wysokości przyprawia to o lekki dreszczyk emocji 🙂

Po jakimś czasie dochodzimy do naszego pustynnego obozu. Wyskakuję z siodła i dziękuję Chocolate za miłą przejażdżkę! Od razu zdejmuję buty i wreszcie mam okazję poczuć pod stopami miękki piasek pustyni. Marzyłem o tym przez cały dzień!

Biorę aparat i wbiegam na największą wydmę. Słońce grzeje mocno, wieje lekki wiaterek. Piasek jest jakby puszysty, leciutki, bardzo drobny.

Latam po wydmach, robię zdjęcia i w świetle zachodzącego słońca jem ostatnie pomarańcze! Przeżywam magiczną chwilę, bowiem spełnia się właśnie jedno z moich największych życiowych marzeń – JESTEM NA SAHARZE!
Od zawsze chciałem tu przyjechać, zobaczyć ten krajobraz, poczuć ten piasek i pustynię! A teraz, po przejechanych tysiącach kilometrów w bardzo różnych warunkach, po ciężkich nocach i zimnych dniach, po wielu szybkich posiłkach i kilometrach targania pełnego plecaka… jestem tu. Jestem na Saharze.

Marzenia się nie spełniają. Marzenie spełniamy my. Trzeba je tylko mieć. I oczywiście je spełniać! 🙂

Na bezchmurnym niebie doskonale widać zachód słońca, który jest inny niż wszystkie jakie miałem okazję w moim życiu oglądać. Tutaj linii widnokręgu nie „zaśmieca” nic. Jest równa z ziemią i doskonale widać słońce, aż do ostatniej chwili jego znikania za horyzontem. Promienie słońca do ostatniego momentu rozciągają się na coraz ciemniejszym niebie…

Jestem przeszczęśliwy!

Dalej bawię się na wydmach, biegam wkoło i skaczę po piachu, ale w końcu idę zapytać chłopaków (oprócz tego, który ze mną tu dotarł jest jeszcze jeden) czy będą rozpalać ognisko. Tłumaczą mi, że jest zimno i jak będziemy siedzieć przy ogniu to będą nam marznąć plecy… Chyba mają mnie za jakiegoś mieszczucha, który nie zna życia i można mu wcisnąć kity 😀

Chodząc po wydmach widziałem kilka leżących akacji… Zbieram się i po chwili targam je do ogniska, mimo iż są to wielkie kłody. Oni są zdziwieni, ale nic sobie z tego nie robię. Z doświadczenia wiem, że opał na noc trzeba przygotować od razu. W nocy nic nie widać, nie chce się, poza tym – wtedy to już nie czas. Wtedy ma się siedzieć i rozkoszować blaskiem ognia, a nie latać po drewno 🙂

W namiocie chłopacy cały czas serwują mi herbatkę, a do tego chleb (bardziej placek) moczony w oliwie. A ja ściągam jeszcze kilka konarów i rozpalam ognisko. Siedzę przy ogniu, a po godzinie wołają mnie do namiotu na kolację. Podają „tajdżin”. Jest do danie przygotowywane w naczyniu z wysoką, spiczastą pokrywką. Pod nią dusi się warzywa (marchew, groszek, ziemniaki) razem z mięsem i zalewą. Wszystko bardzo przyprawione. Jemy to w ten sposób, że każdy ma część tego chlebo-placka, urywa z niego kawałek i z tym kawałkiem w palcach nabiera z naczynia tajdżin. Nie jest to zbyt higieniczna czynność i jeśli ktoś ma z tym problem, to pewnie już dawno by zrezygnował. Mi jednak wcale to nie przeszkadza, a że danie jest pyszne (szczególnie ziemniaki!), najadam się i wracam do ogniska. Chłopaki palą haszysz w namiocie, a ja przygotowuję sobie posłanie. Oczywiście mam miejsce w namiocie, ale jakże to: być na pustyni i spać w namiocie?!

Przynoszę sobie materac, śpiwór i koce. Kładę się i przy blasku ognia podziwiam niebo… Niebo jakiego nie miałem okazji widzieć. Niby to samo, a jednak tylu gwiazd nie widziałem nigdy. Najbliższe źródło światła znajduje się kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt kilometrów od tego miejsca, więc panuje wszędzie niezakłócona ciemność. Dzięki temu gwiazdy widać w niezliczonej ilości…
Jestem zafascynowany tym widokiem i nie mogę wyjść z podziwu dla tego miejsca. Jest tu niezmiernie cicho, pali się ognisko, a niebo lepsze niż w planetarium… Zasypiam na Saharze. Największej pustyni świata!
DSC00489



Dzień kolejny

Ustawiłem budzik, żeby nie przegapić pustynnego wschodu słońca. Rano jest bardzo rześko, a ja czuję, że muszę w wielkim pośpiechu udać się w ustronne miejsce.”Staryyy, nie ogarniam tej kuwety” – podejrzewam, że niezbyt higieniczne warunki spożywania tajdżinu zrobiły swoje.

Wspinam się na najwyższą wydmę, bo blask słońca powoli wyłania się zza widnokręgu. Stoję wpatrzony w mały jasny punkt, który już chwilę później staje się dużą, rozżarzoną tarczą słońca. Wschód jest jeszcze bardziej zdumiewający niż jego wczorajszy zachód. Może dlatego, iż tak bardzo uwielbiam podziwiać wschody słońca? Każdego dnia przecież zaczyna się nowy rozdział. Każdego dnia możemy zrobić i zmienić wszystko…

Schodzę z wydmy i poprawiam kłody w ognisku, żeby trochę się ogrzać. Poranki tutaj są naprawdę chłodne. Potem idę do namiotu, żeby zobaczyć czy chłopacy jeszcze śpią. Okazuje się, że jeden poprawia właśnie coś przy namiocie, a za chwilę bierze się za przygotowywanie śniadania. Za jakiś czas wołają mnie, bo już jest gotowe. Na stole stoi ser, chleb, daktyle, coś na kształt konfitury. Nie wiem jednak czy chcę jeść, ze względu na „zemstę Faraona”, która i mnie przecież dopadła. Poprzestaję więc na kawałku chleba z serem, popitym herbatą.
Kolejna wycieczka za wydmy…

Potem pakujemy mandżur, wskakuję na Chocolate i jedziemy. Żegnam się z pustynią i powoli wracamy do normalniejszego krajobrazu. Gdy dochodzimy do oazy okazuje się, że nie ma dla mnie transportu powrotnego. Niestety czułem, że tak będzie. Pytam więc co dalej, ale oni tylko wzruszają ramionami i mówią, że ich to nie obchodzi.
Idę więc z jednym z nich w stronę drogi, a na poboczu widzę, że stoi ktoś z tobołami. Musi więc być tu jakiś przystanek. Chłopak namawia mnie, żebym gdzieś z nim poszedł, ale po tym jak powiedział, że „go to nie obchodzi” – jakoś mu nie ufam. Tłumaczy mi, że autobus zatrzymuje się gdzieś za oazą – pytam więc, dlaczego ludzie z bagażami stoją w tym miejscu? Jąka się, że tu jest sklep, że coś tam… trudno. Zostawiam mojego „opiekuna” i mówię mu goodbye!
Trochę ryzykowna decyzja, ale wolę to niż iść z nim jeszcze nie-wiadomo-gdzie.

Siedzę więc i czekam w nadziei, że to jednak jest przystanek. Na migi pytam faceta czy coś tutaj jeździ. Za wiele się nie dowiedziałem, ale przejeżdża kilka taksówek – niestety wszystkie załadowane do pełna, łącznie z dachem!

Rozmyślam oczekując na jakikolwiek transport i kopię kamienie, które leżą przy drodze. Jest też sklep w którym kupuję colę – w końcu nie ma nic lepszego na problemy żołądkowe.

Pojawia się dwóch facetów, dobrze ubranych i niosących jakieś bagaże. Coś tu musi jeździć! Przyjeżdża taksówka; ma jedno miejsce wolne, więc pytam kierowcy: Zagura? Niestety nie.

Taksówka odjeżdża, a do mnie podchodzi jeden z tych dwóch facetów. Pyta mnie po angielsku gdzie chcę jechać – tłumaczę mu co i jak. Od tego zaczyna się rozmowa naprawdę o wszystkim. O transporcie, Maroku, mojej wyprawie.
Okazuje się, że skończył filologię angielską na uniwersytecie, ale ciężko jest tu z pracą. Z doskoku pracuje w szkole, ale chciałby pracować dla rządu.

Miło sobie gawędzimy i podjeżdża taksówka. On radzi mi, żebym pojechał z nimi do miejscowości na T… a stamtąd będę miał lepsze połączenie z Zagurą.

„Podjeżdża taksówka” – niby tak normalna rzecz i zupełnie niewinne stwierdzenie. Tutaj jednak (podobnie jak z toaletami), rzecz ma się trochę inaczej niż u nas. Taksówki w tej części Maroka, to stare, zdezelowane auta, które zaprzeczając wszystkiemu – jakoś ciągle się toczą. Stare peaugoty czy inne marki, które u nas dawno byłyby zezłomowane (a przecież i u nas nie brakuje jeżdżących gruchotów!). Oczywiście służą do przewozu ludzi i towarów, więc żeby maksymalnie wykorzystać samochód – w bagażniku jest dodatkowa kanapa. Coś jakby trzeci rząd siedzeń w normalnym samochodzie. A na dachu bagażnik – który zabiera tyle towaru, co przeciętna furgonetka.

Wsiadamy do tego auta, jest załadowane do pełna, a obok mnie siedzą roześmiani Murzyni 🙂 Kierowca przed odjazdem obchodzi auto dookoła i zamyka drzwi, bowiem tylko on zna patent na ich domykanie. Na dachu pełno tobołów i beczące kozy. Magia!

Po drodze rozmawiam z nauczycielem angielskiego o sytuacji na świecie, o wojnach, terroryzmie i wszystkim co ładują nam do głów  w telewizji. Mamy fajną wymianę poglądów, a w większości przypadków – podobne zdanie.

Dojeżdżamy jednak do miejsca w którym on wysiada, żegnam się z nim i dziękuję mu za pomoc. On wysiadając rozmawiam jeszcze po ichniemu z taksówkarzem, by wysadził mnie w dobrym miejscu do przesiadki. Taki to kolejny Anioł Stróż, który pojawił się na mojej życiowej drodze. Ilu ich już było? Nie byłbym w stanie policzyć 🙂

Jedziemy dalej i pojawia się miasteczko w którym mam się przesiąść. Kierowca też jest pomocny, bo podwozi mnie pod samą kolejną taksówkę. Pytam dla pewności: Zagura? I po chwili jedziemy.

Mija trochę czasu i na obrzeżach miasta widzę za oknem Mammadou. Nie wiem jak oni to robią, ale w jakiś sposób on wiedział którą taksówką jadę… Zadziwiające.
Wysiadam i mówię mu, że trochę nie tak to wszystko miało wyglądać. Targujemy się i oddaje mi część pieniędzy. Teraz idziemy do jego domu, zabieram plecak, który tam zostawiłem i jedziemy do miasta. W ramach rekompensaty zabiera mnie do knajpy na żarcie, ale mówię mu, że mam lekkie sensacje żołądkowe. Twierdzi, że na to dobry jest ryż, więc zamawiam jakieś ryżowe danie i jem z ochotą.

Przypominam sobie, że miałem wysłać pocztówki, więc na szybko ruszamy do sklepu, celem ich zakupienia 🙂

Nie ma dużego wyboru, więc biorę co jest i wypisuję na miejscu. Mammadou mówi, że dużo szybciej dojdą jak się je wrzuci do skrzynki na poczcie, więc powierzam mu to zadanie i jadę taksówką na dworzec. Przed odjazdem jednak pytam go, ile kosztuje autobus i dowiaduję się, że „forti”. Gdy wysiadam z taksówki przed dworcem od razu staje przede mną facet od biletów. Nawoływacz. Pytam go ile? Fifty.

Forty!

Fifty.

Dziękuję i odchodzę (już powoli uczę się tutejszych zasad :]). Kilka metrów dalej podchodzi następny, a gdy tamten go widzi – od razu biegnie do mnie krzycząc forty, forty!

Śmieję się, że naprawdę się czegoś nauczyłem i po odnalezieniu autobusu – ładuję się do środka. Wsiadam i modlę się, żeby nie było rewolucji żołądkowej po drodze… bo co wtedy? Wyskoczę z autobusu?!

Na przystanku kupuję migdały za 5 DH, bo jestem głodny i nie chcę jeść innych wynalazków.

Dojeżdżamy do Ourzazate i na dworcu dowiaduję się, że autobus którym miałem jechać – nie istnieje. Pytałem o połączenia faceta w okienku, a teraz on twierdzi, że to niemożliwe. Nieważne. Jest inny, ale o 21ej i jedzie przez Marrakech. To oznacza powrót na górskie serpentyny…

Na dworcu jest knajpka w której jadłem podczas poprzedniej wizyty, więc idę tam poczekać na autobus. W drzwiach mijam się z jakimś facetem, który mówi, żebym poszedł z nim. Nauczony doświadczeniem mam się na baczności, ale idziemy przez pełną ludzie salę i dochodzimy na koniec sali, gdzie siedzi przy stoliku biała kobieta. Okazuje się, że to Belgijka, która jest jego żoną. Przesympatyczna i uśmiechnięta Kobieta, z którą od razu łapię świetny kontakt. Siedzimy i wspólnie zacieszamy, bo oni cały czas się śmieją, a i mi wiele nie potrzeba do śmiechu 🙂

Opowiadam im w skrócie moją podróż, pokazuję na mapie przebytą trasę, a oni są pełni podziwu. Ona tłumaczy mężowi po francusku moje słowa, a on mówi tylko: Brawo! Brawo!

Dzielę się z nimi niedawno kupionymi migdałami, a oni odwdzięczają się pysznymi herbatnikami. W telewizji jest transmisja meczu Maroko – Tunezja – stąd pełna sala ludzi. Ja uzupełniam notatnik, a w tym czasie Tunezja strzela dwie bramki, co poznaję po przechodzącym po sali jęku zawodu. Zgłodniałem już konkretnie, więc zamawiam bułkę z mięsem mielonym – stwierdzając, że to w miarę bezpieczne żarcie i nie powinno mi zaszkodzić.

Miła Pani opowiada, że jej siostrzeniec miał teraz ślub we Wroklawiu… Wrocław? Tak, tak Wrocław. Mówi, że piękne miasto. Nie wiem, bo nie byłem 🙂

Dochodzi 21, więc czas bym się zbierał. Biorę plecak i z żalem żegnam się z Panią z Belgii, bowiem jest to Kobieta naprawdę wspaniałego usposobienia!

Facet oferuje swą pomoc i idzie ze mną do autobusu. W momencie kiedy jak zwykle chcą ode mnie pieniądze „za bagaż” on interweniuje i kłóci się z nimi, w międzyczasie każąc mi wsiadać. Bez wahania to robię, dziękując mu tylko skinieniem głowy.

Wsiada ze mną i odnajduje moje miejsce N’ 14. Nie wiem jak on to robi, ja nie jestem w stanie znaleźć tam żadnych znaków, numerów czy czegokolwiek co wskazywałoby numer siedzenia.

Pół godziny nawoływania i możemy ruszać. Pod nogami mam baniak z wodą, mojego „psa”, ale gdy ruszamy on zaczyna jeździć po podłodze. Nie będę go przecież trzymał całą drogę, więc zastanawiam się czy nie iść do plecaka po linkę ściągającą. Przypominam sobie jednak, że mam dodatkową smycz do aparatu, więc za chwilę przywiązuję baniak do siedzenia. Patent się sprawdza, więc po chwili zasypiam.

Budzę się, gdy wjeżdżamy do jakiegoś miasta – jestem spocony jak cholera. Kierowca oprócz rozkręcenia muzyki (no jakże by inaczej podczas nocnego kursu), rozkręcił też ogrzewanie. Zdejmuję bluzę, słuchając jak nawołują ludzi na dworu. Jestem trochę spokojniejszy o żołądek, ale nadal powtarzam sobie: dojadę bez problemu! dojadę bez problemu!

Trochę śpię, trochę gapię się w okno autobusu. Nie bez powodu ktoś to nazwał najlepszym miejscem do rozmyślania. Okno. W autobusie, pociągu… zawsze patrzę na przemijający za oknem krajobraz i rozmyślam o wszystkim. Pewnie nie tylko ja tak mam…

Zamiast dojechać o 9ej, dojeżdżamy na 11ą. Nie dziwi nic.

Wychodzę z autobusu i idę na dworzec. Byłem tutaj z Amerykanami, więc miejsce już znajome. Pytam kogoś o transport na prom (wiem przecież, że jest darmowy). Ten woła kogoś innego, kto tłumaczy mi, że muszę mieć bilet promowy, wtedy rzeczywiście jest za free. Prowadzi mnie gdzieś, nagle otwiera drzwi od taksówki i mówi: szybko, musimy jechać! Pytam gdzie? Do biura, tam załatwię wszystko. Mówię mu, że nie ma mowy, żebym gdzieś jechał, więc on oburzony coś mamrocze pod nosem.

Mówię mu: cya! i idę z powrotem. Dam sobie jakoś radę. Wchodzę na dworzec, podbijam do okienka jakiegoś biura podróży. Pytam czy ktoś mówi po angielsku. Odzywa się jakiś chłopak, zagajam więc, a on prowadzi mnie na zewnątrz i pokazuje stanowisko autobusu, który jest darmowy po okazaniu paszportu. Biegnę więc w tamtą stronę, uprzednio mu dziękując.

Przed autobusem kolejka. Podchodzi do mnie jakiś chłopak i mówi, że bez biletu nie pojadę. Już chciał mnie gdzieś prowadzić, „bo i tak nie pojadę”, ale powiedziałem mu, że trudno – spróbuję! Podchodzę do drzwi, oczywiście nie ma problemu. Oddaję bagaż – oczywiście chcą pieniądze. Nic im nie daję i wsiadam.

Dojeżdżamy na miejsce, kupuję bilet. W tamtą stronę 13 E. W tą 22. Każdy chce wrócić, więc zapłaci…

Idę wymienić pozostałe Dirhamy, a potem znajduję sobie miejsce na ławce. Widzę, że rozładował mi się telefon, który jest moim jedynym kontaktem ze światem, więc kombinuję jak by go naładować. Nigdzie nie ma gniazdek, więc ruszam do jakiegoś biura i gadam z facetem czy by mi nie podłączył ładowarki. Chwilę później telefon się ładuje, więc mam radochę, bo przecież nie wiem kiedy będzie kolejna okazja do naładowania baterii.

Czekam spokojnie, podchodzi do mnie 4 młodych ludzi i pyta jak dotrzeć do Tangeru. Jako że mam to już za sobą, tłumaczę im co i jak, i napominam, żeby nie wierzyli jeśli ktoś będzie mówił im coś innego 😀

Przychodzi czas odprawy, przechodzę stanowiska i wbijam na prom. Niestety nie można wejść na pokład. Szkoda, bo chciałem popatrzeć na oddalającą się Afrykę…

Siedzę i zastanawiam się co dalej. W tzw. międzyczasie skontaktowałem się ze Szczypiorem (moim bratem), żeby zabukował mi samolot. Podróż powrotna autostopem nie wchodzi w grę, bo zrobiła się konkretna zima i jest 15 stopni na minusie…

Jestem więc na promie, a w niedzielę mam samolot z Barcelony. No nic… będzie dobrze!

mapa-zagura-tanger



Dopływamy do Algeciras; wychodzę z promu i idę tam gdzie wszyscy. Dochodzimy do bramek, ale wszystkie są zamknięte. Kręcimy się, szukamy innego wyjścia, ale wszystko pozamykane. Nie ma nawet kogo zapytać, poprosić o pomoc.

Czekamy, a w końcu przychodzi policjant, żeby zrobić nam ostatnią odprawę. Potem ruszam w stronę wyjścia i przechodzę obok okienek z biletami. Kiedyś dostałem glinianą kostkę do gry, którą teraz mam w plecaku. Sięgam ją i podchodzę do miłej dziewczyny w okienku, która dała mi mapę oraz pomogła z biletem. Daję jej kostkę, życząc aby zawsze w życiu wypadała jej „szóstka”! Odwzajemnia się pięknym uśmiechem, a ja ruszam dalej.

Wychodzę z portu i zastanawiam się gdzie łapać stopa. Mam nadzieję, że może kogoś z promu uda się zatrzymać, bo wiem, że z buta jest to dość daleka droga (miałem okazję się o tym przekonać).

Na promie pytałem kilku kierowców, ale jechali w innym kierunku. Teraz idę przy drodze z portu. Zatrzymuję się i próbuję coś złapać. Jednak nie jest to dobre miejsce… jak wynika za zapewnień policji, która właśnie do mnie podjechała.

Idę dalej i próbuję jeszcze na bramkach wylotowych z portu. Tutaj każdy musi się zatrzymać albo przynajmniej zwolnić. Niestety nic z tego, więc patrzę na znaki i kieruję się w stronę autostrady. Dochodzę do skrzyżowania na którym pytałem faceta o drogę, jest tu wylot na ‘autovię’(czyli autostradę), więc chwilę próbuję. Miejsce jest jednak bardzo słabe pod kątem łapania stopa, więc idę dalej.
Szedłem tędy w tamtą stronę, szukam więc w pamięci jakiegoś miejsca, które mogłoby się nadać, ale nic takiego sobie nie przypominam.

Przechodzę może 1 km i widzę rondo z wyjazdem na autostradę. Stwierdzam, że to jedyna opcja i staję przy drodze z kartką Malaga.
Czas leci, nikt się nie zatrzymuje, a robi się coraz później. Rozglądam się niepewnie po okolicy w poszukiwaniu miejsca na namiot, ale stwierdzam, że wolałbym tutaj nie spać…

Dochodzę do wniosku, że Malaga to jednak trochę za daleko, patrzę więc na mapę i robię nową kartkę, San Rogue.

W myślach powtarzam sobie, że chociaż kawałek, parę kilometrów, byle tylko być za miastem, które ponoć do bezpiecznych nie należy…

Po kilku minutach zatrzymuje się samochód. Jakieś szczyle, wyglądają podpadająco i nie wiem czy nie robią sobie jaj. Mówią jednak, że mogą mnie podwieźć, więc skoro prosiłem o szansę, to nie mogę teraz zrezygnować. Jedziemy, a oni coś mówią o paleniu haszyszu. Sądząc po ich zachowaniu, wydaje mi się, że przed chwilą to robili.
Po kilku kilometrach wysiadam na rondzie. Jakoś przeżyłem z tymi podpadającymi małolatami 😀

Stawiam plecak, zaczynam machać i od razu zatrzymuje się samochód. Magia!

Dwie dziewczyny, które tłumaczą mi, że jadą tylko kawałek, ale mogą mnie zabrać. Proszę je, żeby wysadziły mnie na stacji benzynowej, ale niestety nie rozumieją o co mi chodzi – bo nie czają angielskiego. Skręcają na stację, a jedna z nich daje mi telefon. Zadzwoniła do kolegi, który zna angielski – ja tłumaczę jemu, a potem on tłumaczy moje słowa na hiszpański 😀

Niedaleko stacji jest ponoć camping, więc oferują mi dalszą podwózkę. Chętnie przystaję na tę propozycję i jadę z nimi kolejne 2- 3 km. Dojeżdżamy, dziękuję im serdecznie i idę pogadać w recepcji.

Tłumaczę co i jak, ale on twardo mówi, że należy się 14,5 Euro. Nie chcę płacić, tłumaczę że tylko na kilka godzin, a rano mnie nawet nie zobaczy. Ten jednak uparcie wskazuje mi cennik.

Dziękuję i wychodzę. Robi się zmierzch, więc muszę szybko znaleźć jakieś miejsce na namiot. Idę wzdłuż ogrodzenia, kawałek dalej huczy autostrada, a miejsca nie widać.

W końcu wracam wzdłuż drogi i znajduję kilkunasto metrowy pas krzaków. Kolczastych krzaków.

Przedzieram się przez nie i na samym końcu dochodzę do ogrodzenia od campingu. Przechodzi mi przez myśl, żeby przeskoczyć przez płot i rozbić się na równym trawniku, ale stwierdzam, że lepiej nie robić sobie kłopotów.

W krzakach, metr od ogrodzenia jest kawałek miejsca na namiot. Stwierdzam nawet, iż jest to dokładnie tylko miejsca ile zajmuje namiot, więc niby spoko. Tyle tylko, że rozbicie namiotu w kolczastych krzakach, kiedy nie ma miejsca by w ogóle robić jakiekolwiek manewry – to już zupełnie inna, wcale niełatwa sprawa 😀

W końcu jednak rozbijam mój przenośny dom i kiedy wpełzam do środka, słyszę koguty policyjne gdzieś bardzo blisko mnie. Akurat robię notatki, więc zanim zasypiam jeszcze dwa razy włączają się sygnały…
Mam wrażenie, że ten facet z recepcji zadzwonił po patrol w obawie, że będę próbował się wbić nielegalnie na camping.
Nie zaprzątając sobie tym jednak głowy – zwyczajnie zasypiam 🙂
mapa-tanger-estepona



DZIEŃ KOLEJNY

Budzę się koło 7ej rano. Cały namiot jest mokry w środku, a po chwili stwierdzam, że śpiwór niestety też. Wychodzę ostrożnie, pakuję cały majdan i ruszam drogą, którą starałem się wczoraj zapamiętać. Po około 2óch kilometrach dochodzę do ronda z wlotem na autostradę. Staję i próbuję coś złapać z kartką Malaga. Po kilkunastu minutach robię dodatkową; patrzę na mapę i wybieram napis „Estepona”. To działa, bo już po chwili zatrzymuje się samochód.

Facet właśnie jedzie do pracy, więc postanowił mnie podwieźć. Świetnie nam się gada, mimo iż jego angielski nie jest najlepszy 🙂 Opowiadam mu swoją podróż w telegraficznym skrócie; on mówi, że też raz próbował jechać na stopa we Włoszech, ale skończyło się na tym, iż cały mokry po ulewie pojechał pociągiem, bo nikt go zabrać nie chciał. Miło sobie gawędzimy, ale dojeżdżamy do małej stacji benzynowej i muszę wysiadać, bo on zaraz skręca do hotelu w którym pracuje. Żegnam się i wysiadam, ale widzę, że on też wyskakuje z samochodu… Podchodzi do mnie i mówi, że gdyby jechał stopem przez Polskę to też pewnie chciałby, żeby ktoś mu pomógł. Wyciąga 50 Euro i z uśmiechem mi je wręcza!

Dzięki! Dzięki! Gracias…! Ależ mam radochę! Kolejna Dobra Dusza, którą spotykam na swej drodze…

Odjeżdża, a ja staję na wylocie i próbuję łapać dalej. Na drodze wszyscy zapierniczają, a ze stacji prawie nikt nie wyjeżdża. Widzę, że na ścianie budynku jest kran, a kawałek dalej Pani z obsługi pali papierosa. Podchodzę do niej i pytam czy mógłbym sobie napełnić baniak, wszak woda jest najważniejsza i muszę zawsze mieć jej zapas. Odpowiada, że nie ma problemu, a woda jest jak najbardziej zdatna do picia. Cieszę się, bo mam pełny baniak i 50 Euro w kieszeni 🙂

Ustawiam się przy drodze, w nadziei, że coś złapię, ale widzę, iż marne na to szanse… Niedaleko jednak widzę błękitną taflę morza, więc pytam na stacji o najkrótszą drogę na plażę i po kilku minutach stoję na piasku. Słońce lekko grzeje i mimo, że jest styczeń – jest całkiem ciepło. Rozbieram się i na waleta wskakuję do wody… Cóż za przyjemne uczucie!
Ostrożnie, żeby się nie przewrócić na śliskich skałach w wodzie, myję się cały i po chwili świeży i pachnący stoję na plaży. Jestem tak szczęśliwy, że niewiele sobie robię z przechodzących deptakiem ludzi.

Ubieram się, siadam na kamieniu i robię śniadanie. Dla odmiany dziś chleb z konserwą… uff jak dobrze, że nie jem tego od kilkunastu dni 😀

Cieszę się jednak, że mam coś jeść; do tego słońce pięknie grzeje, a widok Morza Śródziemnego przede mną jest niesamowity… Sama radość!

Na barierce od schodów rozkładam śpiwór, co by wysechł i robię porządek w plecaku.

W świetnym humorze wracam w stronę autostrady, ale zmierzam dalej, w kierunku ronda, które widziałem ze stacji. Jest tu zatoczka autobusowa zaraz za skrzyżowaniem, więc miejsce z kategorii: gitarrra! To zawsze dobre miejsca, bo na rondzie ludzie jadą wolno, a miejsce w zatoczce ułatwia zatrzymanie.

W ręku kartka Malaga, w sercu radość! 😀

Po minucie zatrzymuje się za mną biały Nissan, ale nie jestem pewien czy to po mnie, więc chwilę czekam. Widzę jednak, że Kobieta z samochodu macha ręką i wtedy już nie mam wątpliwości. Zbieram plecak i wskakuję do tyłu, bo z przodu siedzi jej pies… tzn. prawie pies. Może bardziej kot? Hmmm w każdym razie coś rasy „Sarenka”.
Pani jest przesympatyczna, od razu łapiemy świetny kontakt. W samochodzie ma wielki bałagan, ale zdaje się tym wcale nie przejmować – ciągle wozi psy, więc ciężko o porządek. W rozmowie wychodzi na to, że pochodzi z Włoch, ale kiedyś przyjechała na weekend do Hiszpanii. Z weekendu zrobiło się dwa tygodnie, a potem pół roku… I tak mieszka już 12  lat koło Malagi 🙂

Pani zmierza w stronę miasta na A… niedaleko miejsca gdzie już byłem, ale najpierw musi odebrać szczeniaka z Malagi. Pracuje w stowarzyszeniu, które pomaga psom znaleźć nowy dom i oddaje się temu z wielką pasją.
Jedziemy autostradą, a nagle ona hamuje. Pytam co się stało, mówi że widziała psa na poboczu. Mimo, że to zabronione (jesteśmy na autostradzie!) – zatrzymujemy się i razem z nią wyskakuję by złapać tego psa. Niestety chwila biegania, a psa już nie widać. Uciekł w krzaki, więc jedziemy dalej. Pani chciała go zabrać do domu, do reszty gromady, bo ma już 5 psów i 20 kotów! Przygarnia wszystkie bezdomne zwierzaki.

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, ona tankuje i po chwili przynosi mi gorącą kawę i pyszne ciastko francuski. Dzięki!

W rozmowie wychodzi, że ona zabiera szczeniaka z Malagi i jedzie go przekazać facetowi, który zabierze go dalej, aż do Barcelony. Oferuje mi, że pogada z tym facetem – może uda się, żeby mnie zabrał. Postanawia jednak nie dzwonić do niego teraz, tylko stwierdza, że lepiej żeby zobaczył mnie na żywo, bo „wyglądam na dobrego człowieka”, więc tak będzie łatwiej 🙂

Jedziemy przez Malagę i szukamy wskazanego adresu. Docieramy na miejsce i odbieramy świetnego szczeniaka Labradora. Siadam teraz z przodu i bawię się z nim po drodze, a po jakimś czasie dojeżdżamy do miejsca, które wygląda całkiem znajomo… jest to stacja Shella na której wcześniej wysadził mnie Raul, kiedy zabrał mnie z parkingu przy restauracji, gdzie spędzałem noc.
Czekamy na transport; ja bawię się z psem – biegam z nim wkoło stacji, rzucam mu patyki i ogólnie mam z nim ubaw. Przy okazji tego biegania znajduję na ziemi kilka muszli. Szukałem na plaży, ale nic ciekawego nie było… a tymczasem 100 km od morza, na trawniku przy stacji benzynowej znajduję pamiątki do zabrania 🙂

Czekamy już dosyć długo, ale okazuje się, że jeden ze szczeniaków które są wiezione – zwyczajnie dostał sraczki i mają wymuszony postój.

W końcu po około dwóch godzinach przyjeżdżają. Niestety widzę już, że jest ich 2óch… a to oznacza, że miejsca dla mnie nie będzie. Trudno.

Jadę z miłą Panią z powrotem w stronę mojej kochanej Malagi, ale nie chciałbym znów tam utknąć, więc proszę ją, żeby podwiozła mnie kawałek za miasto. Przy okazji wychodzi jeszcze, że przyjechali do niej znajomi z Barcelony i prosi mnie, bym zostawił jej numer telefonu – jeśli będą wracać, to na pewno mnie zabiorą 🙂

Zjeżdżamy na autostradę w „moim” kierunku, ale Pani obawia się, że nie będzie miała jak zawrócić. Tłumaczę jej, że co kilka kilometrów są zjazdy i na pewno nie będzie z tym problemu. Okej… Mijamy jednak jeden zjazd, na drugim zjeżdżamy… Zatrzymujemy się na rondzie, więc biorę plecak i w pośpiechu wyskakuję. Dziękuję i żegnam się serdecznie.
Pani odjeżdża, ja chcę iść dalej łapać, ale nie mogę znaleźć telefonu… Przeszukuję kieszenie, przewalam plecak i niestety nie ma. Jeszcze raz… nadal bez rezultatu.

Kuuuuurwa!

Chwilowe zdenerwowanie, bo przecież to był mój jedyny kontakt ze światem; w niedzielę samolot z Barcelony… ahhh!

Kiedy jechaliśmy i podawałem Pani numer – wyjąłem telefon z kieszeni i przy wysiadaniu musiałem go zostawić na siedzeniu. Hmmm trudno… uspokajam się po kilku minutach, bo przecież i tak nic na to nie poradzę.

Myślę, że może ona się zorientuje i zawróci, więc siadam przy rondzie i czekam. Widzę białego vana… ale  niestety to nie ona. Skoro więc muszę tu na razie czekać – rozkładam przy rondzie namiot na barierce; pięknie świeci słońce, a przecież mogę go później potrzebować. Dostałem od niej jakieś słodycze, więc słucham sobie muzyki, patrzę na zdziwione miny przejeżdżających kierowców i zajadam się ciastkami 🙂

Czas mija, a jej niestety nie widać. Stwierdzam, że jest po sprawie i trzeba ruszać dalej. Zbieram rzeczy i tak naprawdę wcale mnie już nie obchodzi ten telefon… Skoro nie mogę nic na to poradzić, to po co mam się denerwować?

Staję na wylocie i po 15 minutach zatrzymuje się Kangoor. Za kierownicą świetna, naprawdę przemiła Kobieta, która właśnie wraca z pracy do domu, koło Grenady. Opowiadam jej historię sprzed 2óch godzin, a ona daje mi telefon i mówi, że mogę zadzwonić do domu i poinformować rodzinę o braku kontaktu. Nie chcę jej naciągać na koszty, więc piszę smsa do Szczypiora, a on po chwili oddzwania i szybko mówię mu co i jak 🙂
Pani jest tak sympatyczna, że daje mi 5 Euro – wow, to naprawdę ciekawy dzień!

Dojeżdżamy do Motril, gdzie ponoć krzyżują się autostrady i często stoją autostopowicze, więc jest nadzieja, że jakoś to dalej pójdzie. Gitarrra!

Staję na poboczu drogi i czekam. Jak zwykle ktoś się uśmiechnie, ktoś pomacha, a ktoś pokaże coś dziwnego – życie!

Czekam, jedzie „camiones” – czyli hiszpański TIR i słyszę klakson. Widzę, że staje na poboczu i tamuje trochę ruch, więc biegnę jak najszybciej i po chwili jestem w kabinie. To pierwszy kierowca TIR’a, który sam z siebie postanowił mnie zabrać, a do tego rodowity Hiszpan! Jego angielski nie jest najlepszy, ale jakoś idzie rozmowa. Czasem tylko się śmieję, bo pytając go o coś – on kiwa głową przytakując, podczas, gdy ja czekam na odpowiedź 🙂
Podziwiam widoki za oknem, bo cały czas jedziemy Via del Mediterrano, samym wybrzeżem Hiszpanii. W rozmowie wychodzi na to, że on jedzie aż do Walencji, więc pytam go czy byłaby możliwość zabrać się z nim aż do końca trasy. Co prawda na kartce miałem Almeria, ale bez problemu chce mnie zabrać dalej.

Po drodze ma 3 załadunki owoców, więc na pierwszym pytam go czy mam wysiąść z kabiny, jak pójdzie na rampę. Mówi, że mogę zostać – widocznie  nie widzi we mnie złodzieja 🙂

Na kolejnym załadunku zabiera mnie do knajpy na gorącą kawę, bo ładowanie trochę potrwa. Dzięki!

Ruszamy około 22ej i właśnie zaczyna się mecz Barcelona – Real. Włącza radio i słuchamy transmisji. Oczywiście po hiszpańsku, więc tylko czasami wiem co się dzieje na boisku. Kiedy jednak komentator przez 3 minuty drze się: GO GO GO GO GOOOO GOOOOL GOOOOL GOOOOOL… stwierdzam, że chyba padła bramka 😀

Barca prowadzi po strzale Pedro, który wszedł za kontuzjowanego Iniestę. Po chwili Dani Alves strzela kolejną bramkę, a ja zacieszam jak głupi – w końcu jestem za Barcą! Kierowca nie podziela mojego entuzjazmu; mieszka koło Grenady i kibicuje lokalnej drużynie, ale w tym wypadku woli Real. No cóż…

Mija jakiś czas i Ronaldo odpowiada bramką. Po chwili Boenzema i robi się 2:2. Mecz się kończy, ale to Barcelona wygrywa, bo w pierwszym meczu było 2:1 🙂

Kilometry lecą i dojeżdżamy na pierwszy rozładunek. Przeżyłem już 2 kryzysy spania, ale teraz już nie mogę wytrzymać. Chyba przysypiam na chwilę, ale kończymy rozładunek, tankujemy i ruszamy dalej. W końcu przychodzi czas pożegnania z Camiones. Dojeżdżamy na stację benzynową, jest 4 rano i około pięciu stopni na zewnątrz.

Jest chłodno, ale nie ma tragedii. Muszę gdzieś się kimnąć, więc szukam miejsca do rozbicia namiotu. Z daleka widzę kawałek zielonych krzaków poza terenem stacji. Idę w tamtą stronę; płot jest wysoki, ale znajduję betonowy spływ do wody, przy którym przechodzę przez ogrodzenie. Szukam miejsca i oto jest! Pod rozłożystym drzewem, z jednej strony odsłonięte od autostrady kawałkiem ściany z kamieni (czyli będzie w miarę cicho), do tego całkiem płasko i sucho. Rozbijam namiot i idę spać.
mapa-estepona-valencia



Budzę się i sprawdzam godzinę na aparacie… to jedyny zegarek jaki teraz mam 😀

Jest 8:25, więc czas się stąd zbierać. Zwijam namiot i widzę stojący jakieś 50 m ode mnie, zaparkowany samochód. Nikt mnie chyba jednak nie widział, więc zbieram się, zanim to się zmieni.
Wracam na parking przy stacji benzynowej i sprawdzam czy nie ma polskich TIRów. Co prawda stoi jeden z Piły, ale facet leci na Madryt.
Rozstawiam się z kartką Sagunt (bo blisko) i drugą: Barcelona!

Mija 15 minut i zatrzymuje się auto na francuskich blachach. Podchodzę, a facet wskazując na deskę rozdzielczą i poziom paliwa, mówi: 10 EURO. Dziękuję mu i stoję dalej.

Zza chmur wychodzi słońce, ale ręce mi marzną. Po godzinie zatrzymuje się dostawcze Iveco. W aucie pachnie maścią rozgrzewającą, ale facet jest spoko i specjalnie dla mnie podkręca ogrzewanie, żebym się ugrzał.

Mówi, że zostawi mnie na stacji w Estepone. Git.

Z uśmiechem życzy mi powodzenia, macha ręką na pożegnanie i odjeżdża. Na parkingu szukam znajomych blach i znajduję Scanię z podwójną obsadą. Tak czy inaczej podchodzę zagadać, bo dobrze jak kierowcy wiedzą, że jestem Polakiem i szukam transportu. Zawsze może coś dobrego z tego wyniknąć 🙂

W sumie tak jest i teraz, bo przynajmniej dowiaduję się, że kręci się gdzieś w okolicy bus na francuskich blachach, ale kierowcą jest Polak. Odnajduję busa, ale facet na razie czeka na ładunek. Mówi, że jeśli do 16ej nikt mnie nie weźmie, to on mnie zabierze. Zawsze to jakaś opcja.

Stoję na wylocie z kartką Barcelona i czekam. Co prawda to jakieś 350 km, ale cóż…

Kilkanaście metrów ode mnie stoi stara ciężarówka, z której facet sprzedaje owoce. Stwierdzam, że chętnie zjadłbym kilka i idę do niego. Pytam ile za dwie garście mandarynek? 1 Euro. Mam akurat 5 EURO (które dostałem w prezencie od Pani z kangoora), ale facet macha ręką i z uśmiechem daje mi owoce. GRACIAS!

Może dla niego to tylko kilka mandarynek, ale mnie cieszą jak dziecko 🙂 Zjadam kilka, humor mam wyśmienity i próbuję łapać. Widzę, że facet Scanią zatrzymał się po owoce, więc zagaduję do niego, ale jedzie tylko kawałek na rozładunek i niestety lipa. Okej.

Stoję dalej, nie przejmuję się zbytnio łapaniem, tylko rzucam sobie mandarynkami, żongluję i się wygłupiam. Zrobiło się cieplej, a słońce które wyszło zza chmur – napawa mnie optymizmem.

Myślę sobie, że chętnie pograłbym w siatkówkę i nadal rzucam owocami, ale nagle zatrzymuje się Seat i kobieta w środku nawija do mnie po angielsku. Wrzucam plecak na tylne siedzenie i ruszamy. Po chwili jazdy mówi mi, że ona szybko nie jeździ – to tylko samochód jest szybki 😀

Nawijamy całą drogę, a to przecież ponad 300 km. Ona pochodzi z Norwegii, a do Hiszpanii przyjechała na tydzień… teraz mija 21 lat jak tu mieszka 🙂

W młodości też podróżowała autostopem, a teraz prowadzi konferencje i szkolenia. Rozmawiamy o wszystkim, a nawet długo dyskutujemy o tym co mnie denerwuje w Polsce, czyli np. o 10% dla proboszcza za postawienie pomnika. Boli mnie to bardzo, a teraz mam okazję posłuchać opinii kogoś zupełnie z zewnątrz. Pani mówi mi, żebym walczył. Bo inaczej nic się nie zmieni…

Jak śpiewał Bob Marley: „Get up stand up… stand up for Your right!”

Daje mi rady co, gdzie i jak w Barcelonie, a że już dojeżdżamy – ona postanawia podrzucić mnie do kafejki, bym mógł złapać jakiś kontakt ze światem. Jesteśmy na miejscu, dostaję na pożegnanie pomarańcze i oto jestem w Barcelonie pod kafejką.

Wszechświat mnie zadziwia! Jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt godzin wcześniej nie miałem pojęcia jak się dostanę do Barcelony i nie wiedziałem CZY W OGÓLE… A jeżeli dojadę i ktoś mnie wysadzi na bramkach na autostradzie? A jeżeli utknę gdzieś i nikt nie będzie chciał mnie zabrać?
Do niedzieli musiałem jakoś dostać się do Barcelony, a tu chwila moment i nie dość, że dojechałem to jeszcze jestem pod kafejką, gdzie mogę sobie skorzystać z netu i ogarnąć nocleg.

MAGIA! MAGIA! MAGIA!

Wchodzę i siadam do kompa. Trzeba znaleźć jakieś spanie. Google: cheap hostel barcelona. Znajduję kilka, wybieram 2 – patrzę orientacyjnie na mapę i ruszam z buta. Idę i po jakimś czasie zagaduję dwójkę przechodniów czy idę w dobrym kierunku. Wszystko się zgadza, więc po godzinie docieram pod wskazany adres.

Wejście wygląda jak by to był drogi hotel, ale trzech spotkanych facetów mówi, że to tu. Wchodzę po schodach i pytam sprzątaczki, które to drzwi (bo tych jest tu sporo). Pyta o nazwę, a w głowie mam Serenity. Wskazuje mi drzwi, więc wchodzę do środka i mówię, że potrzebuję pokoju. Taniego pokoju.
Jest opcja pokoju otwartego, do którego w każdej chwili mogą kogoś dorzucić – za 9 Euro. Chętnie na to przystaję i po chwili wchodzę do pokoju oznaczonego jako „ROME”, czyli Rzym. Co prawda od progu czuję, że wali… hmmm jakbym był na naszych dworcach! Wali po prostu żulem!

Na pryczy leży facet, witam się z nim i chwilę gadamy. Wydaje się być w porządku, chociaż po podejściu bliżej niego poznaję źródło zapachu, który mnie przywitał. Facet rozwiódł się z żoną i pomieszkuje w hostelu, a podejrzewam że do tego zapija smutki…

Idę do kompa na korytarzu (net jest za free), łapię Szczypiora na facebook’u i zdaję mu krótką relację. Potem przesyła mi kartę pokładową i teraz już znam wszystkie szczegóły mojego odlotu 🙂

Siedzę przy komputerze, gdy nagle otwierają się drzwi obok i wychodzi z nich śliczna dziewczyna. Hola! – ola! Krótkie przywitanie.

Widzę jednak, że zaraz będzie wracać, bo zostawiła uchylone drzwi, a zaraz obok nich jest powieszona na ścianie mapa. Szybko podchodzę do mapy, a kiedy ona po chwili wraca – pytam jak dostać się na Camp Nou. Tłumaczy mi wszystko, więc chwilę rozmawiamy. Szuka pracy w Barcelonie, mieszka w Szwecji, a pochodzi z Filipin. Mamy później gdzieś razem wyskoczyć 😀

Siedzę przy kompie, ale czuję że odpływam… więc idę do pokoju i walę w kimono.
mapa-valencia-barcelona



DZIEŃ KOLEJNY

Obudziłem się w nocy, bo o 5ej rano kilku Amerykanów darło japę wracając z imprezy. Udało mi się jednak później zasnąć, a gdy się obudziłem to zobaczyłem nowego lokatora. Jak się później okazuje to mieszkaniec Hong Kongu, który studiuje na północy Hiszpanii, ale przyjechał zwiedzać Barcelonę. Jem śniadanie i rozmawiam z nim, a przy okazji wtrącam, że wybieram się na Camp Nou. Wychodzi na to, że musi skoczyć tylko do bankomatu, a potem chętnie się ze mną wybierze na zwiedzanie.

Zbieram się i ruszam z moim nowym znajomym do metra. Tam kupujemy bilet na 10 przejazdów, bo wychodzi najtaniej. Po jakimś czasie docieramy na miejsce, a stadion robi wielkie wrażenie. Już z zewnątrz widać, że jest olbrzymi, ale dopiero w środku można odczuć jego ogrom. Teraz mieści 99 tys. osób, ale dawniej było to nawet 120 tys.

Murawa wygląda lepiej niż na polu golfowym! Aż chciałoby się tam pograć, nawet przy pustym stadionie. A co kiedy kilkadziesiąt tysięcy kibiców zasiada na trybunach, a następne kilkanaście milionów ogląda przed telewizorem każdy Twój ruch? To musi być coś pięknego!

Zwiedzamy stadion, przechodzimy m.in. przez szatnie FC Barcelony, kilka gablot z pucharami i centrum multimedialne. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem, a że Czi (bo tak ma na imię Hongkongijczyk) jest w porządku – to cały czas mamy ubaw!

Wracamy do miasta i szukamy miejsca, gdzie można zjeść coś taniego. Idziemy głównym deptakiem i trafiamy na wielki targ. Można tu kupić chyba każdą rzecz na świecie. Nie wiem czy nie zapytać o głowicę nuklearną, bo pewnie pod ladą ktoś trzyma kilka sztuk… 😀

Ostatecznie znajdujemy fajną knajpkę, która serwuje wielkie bułki z wędliną, a potem ruszamy dalej. Docieramy do Sagrada Familia, czyli Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny.

Na miejscu przeżywam coś strasznie dziwnego i zaskakującego. Oto bowiem jestem świadkiem historii. Niby każdego dnia zostawiamy za sobą dzień, każda przeszła chwila jest już częścią historii, ale tutaj jakoś bardzo to do mnie dociera. Myślę sobie, że gdziekolwiek jadąc np. zobaczyć zamek w Malborku czy cokolwiek innego, jedziemy tam i widzimy dawno skończone dzieło. Coś co było budowane przez bardzo długi czas, ale my widzimy już finalną wersję. Tutaj jednak kościół jest cały czas w trakcie budowy, ludzie wkoło niego żyją, są świadkami powstawania tego dzieła. Teraz jestem nim i ja. Niby to nic nadzwyczajnego, ale mam tutaj bardzo ciekawe osobiste przeżycie, które ciężko jest mi wytłumaczyć.

Czi postanawia wejść do środka, ja stwierdzam, że aż tak mi nie zależy na oglądaniu kościoła, by płacić za to 13 Euro. Gdy wychodzi – stwierdza, że miałem rację… nie było warto.

Wracamy do hostelu, mijamy coś w kształcie Łuku Triumfalnego; potem oglądamy dziadków w parku grających w „kule”.

Czi wychodzi ze znajomymi na obiad, a ja wybieram się nad morze. Stwierdzam jednoznacznie, że fajna ta Barcelona i cała Hiszpania! Ciepło całym rokiem, oprócz terenów górskich to żadnego śniegu, żadnego skrobania szyb i odśnieżania, a do pewna pogoda w lato. Widzę ludzi, którzy grają sobie na otwartym korcie w tenisa.

Morze Śródziemne w którym kąpałem się kilka dni wcześniej (a jest przecież styczeń) ma temperaturę naszego Bałtyku w środku sezonu. Pracowałem nad morzem jako ratownik i codziennie czułem jak gorące jest nasze Morze Bałtyckie 😀

Fajnie tu… ciepło i SŁONECZNIE! Mimo, iż rano i wieczorem jest chłodno, to i tak świeci słońce! A u nas?!

Chodzę sobie po plaży i rozmyślam, ale robię się głodny i wracam do hostelu. Po drodze jednak robię zdjęcie termometru, który wskazuje ponad 20 stopni… a przecież jest to styczniowy wieczór! 🙂

Na miejscu spotykam Szwedko-Filipinkę, która właśnie wybiera się na imprezę. Zostawia mi swój numer, w razie gdybym miał ochotę dołączyć, ale patrząc na stan moich ubrań po całej podróży – raczej nigdzie się nie wybieram 😀

Szukając informacji o atrakcjach turystycznych w Barcelonie, trafiłem na notkę o spektaklu z fontanną w roli głównej, więc dopytuję o szczegóły i okazuje się, że spektakl jest w piątki i soboty o 22ej. Patrzę na zegarek, a tam 21:45. Zbieram się w pośpiechu, żeby zdążyć i ruszam. Na schodach spotykam Czi z jego koleżanką, którzy zagadują mnie gdzie idę. Po chwili wyjaśnień dołączają do mnie i razem ruszamy zobaczyć „Magiczną fontannę”.

Wysiadamy z metra i idziemy w kierunku wskazanym przez mapę. Odnajdujemy wskazany na mapie punkt, ale nie widać żadnej fontanny, a tym bardziej spektaklu dla turystów! Pytamy przechodnia gdzie jest ta fontanna, a on wskazuje nam na ogrodzenie kilkanaście metrów od nas. Ha ha ha  nie zauważyliśmy fontanny, bo jest w remoncie i ogradza ją wysoki płot.
Wracamy i przez całą drogę mamy ubaw. Dochodzimy do stacji metra i zastanawiamy się jak wracać do hostelu. Czy pół godziny na pieszo, czy metrem? Nie możemy zdecydować, więc gramy w
PAU – CI(N) – TAP…

Zwane po naszemu papier-kamień-nożyczki 😀

Gramy do 3 wygranych i jeśli wygra ta dziewczyna to wracamy samolotem (ona twierdzi, że nigdy nie wygrywaa), jeśli Czi – to metrem, a ja – kamasz.

Gramy i oczywiście wygrywa nasz koleżanka! Jakże by inaczej 🙂 Wszyscy zacieszamy, ale jednak ruszamy metrem.
Na peronie rozstawił się koleś z głośnikami i śpiewa piosenki głosem Elvisa, najlepsze jego hity.

Wracamy do hostelu i idziemy spać.

W nocy jednak budzi mnie ciche nawoływanie: Endrju! Endrju! To Jen wróciła z imprezy. Przyszła po mnie, bo chciała pogadać. Rozmawiamy więc z godzinę i potem wracam do wyra.

Nad ranem pojawiają się jeszcze kolejni lokatorzy. To serbskie małżeństwo; lecieli na wakacje, ale ich linie lotnicze zbankrutowały i nie mieli gdzie się podziać. Teraz wykupili następny lot i czekają do niedzieli.
dsc00715-kopiowanie



Idę rano po bułki na śniadanie i pada deszcz! A jednak… w Hiszpanii też pada 😀

Potem siadam do kompa, a przyłącza się do mnie Jenny, czyli Szwedko-Filipinka. Słuchamy razem muzyki, rozmawiamy o wszystkim: o planach na życie, pracy, świecie i o czym tylko się da. Potem oglądamy sobie film na jej laptopie, a ona uczy mnie szwedzkiego, np.
VAD AR KLOCKAN (wador klokan)- która godzina?

Przyjemnie mija czas i po raz kolejny jestem zaskoczony działaniem Wszechświata. Zawsze bowiem chciałem poznać Filipinkę, kogoś o tak niezwykłej urodzie! A tu hostel w Barcelonie… :)))

Wybieram się później na targowisko i spacer po głównym deptaku. Na szczęście hostel leży w samym centrum, więc wszędzie jest blisko. Podziwiam Barcelonę i trafiam na jakieś święto Chińczyków, bo przez deptak przetacza się pochód dziwnych, barwnych postaci, smoków i innych wynalazków.

Wracam do hostelu i pakuję mandżur. Rano muszę się dostać na lotnisko, a przecież do końca nie wiem jak to zrobić 🙂

dsc00771



DZIEŃ OSTATNI

Budzę się rano, idę do sklepu i przygotowuję sobie kanapki na podróż. Potem żegnam się czule z Jenny i obiecuję się odezwać.
W szafce zostawiam część rzeczy, które są mi już niepotrzebne, a sporo ważą i pewnie musiałbym słono za nie dopłacić na lotnisku. Potem wsiadam w metro, jadę do stacji przesiadkowej i idę na właściwy pociąg. Dworzec ma kilkanaście poziomów pod ziemią, więc sporo czasu zajmuje jego przejście.

Pytam w okienku, co gdzie i jak, a sympatyczna Pani podpowiada, że na lotnisko mogę jechać na bilecie z metra. Dziękuję i czekam na mój pociąg.

Dojeżdżam na lotnisko, jem przygotowane kanapki i czekam na odprawę. Potem idę by czekać na samolot i jestem podekscytowany, bo nigdy jeszcze nie leciałem samolotem (pasażerskim)!

Na ławkach czeka mnóstwo ludzi, a ja postanawiam przechytrzyć system i mieć dobre miejsce w samolocie. Jak? Najpierw pytam kogoś z obsługi gdzie będzie podstawiony samolot, ale rzecz jasna nikt tego powiedzieć nie chce, bo za pierwszeństwo w kolejce ludzie dopłacają. Zawsze warto było spróbować.

Skoro jednak to nie działa, to od czasu odlotu odejmuję +- 40 minut na załadowanie i w tym czasie staję w oknie dworca. Lecę ryainairem, więc wypatruję lądującego samolotu w ich barwach, a potem patrzę w którą stronę kołuje. Biorę plecak i ustawiam się na wyczucie przed jedną z bramek. Po kilku minutach widzę, że za mną stoi już kolejka na około 50 m! Udało się, oszukałem system – jestem 2gi w kolejce i nie musiałem dopłacać! 😀

Wchodzę  na pokład, ale jako że nie miałem nigdy przyjemności latać – nie wiem które miejsca są dobre. Widzę jednak, że siedzi kilka osób, które wchodziły z pierwszeństwem, więc postanawiam usiąść blisko nich – przecież nie dopłacaliby po to, żeby siedzieć w ‘złym’ miejscu!

Oczywiście siadam przy oknie i podjarany czekam na start. Trochę zajmuje to czasu, zanim wszyscy są na miejscach, ale gdy przychodzi moment startu – stwierdzam, że warto było czekać! Start jest zajebisty, a widok Barcelony z góry – jeszcze lepszy! Lecę 2,5 h w samolocie, który bardziej przypomina wielką loterię albo centrum handlowe, bo nim zdąży usiąść jedna stewardessa po ogłoszeniu, że sprzedają to, tamto lub coś innego, to już wstaje kolejna i zaczyna się od nowa. Batony, baterie, ciepłe i zimne przekąski, pamiątki… masakraaaa!

Dolatujemy i widzę z daleka lądowisko w Poznaniu. Czeka na mnie Szczypior z Karoliną, więc chwilę później jestem u nich w mieszkaniu… w skrócie opowiadając co się działo od momentu w którym stałem na wlocie A2 z kartką Berlin.

Ciekawe ile różnych miast było na moich kartkach po drodze?

🙂

dsc00817