Słoneczne Montpellier i spotkanie z kanarami!

Dzień piąty

Godz notowania ?

Temp. ?

Dystans ok. 200 km

 

Ustawiłem budzik na godz. 5.10 i idę spać. Ścielę łóżko, przygotowuję ciepłe kakao, przebieram się w piżamę i… opieram się o oparcie krzesła na stacji benzynowej, przywiązuję plecak do nogi i próbuję zasnąć na siedząco 😀
Rząd krzeseł znajduje się na środku stacji, wkoło cały czas chodzą ludzie i generalnie niezbyt wygodnie się siedzi; nie mówiąc o spaniu :] Przez chwilę waham się, bo widzę pod ścianą coś jakby stoisko promocyjne jakiejś firmy, tyle tylko, że zwinięte na noc. Rozważam czy nie wbić się tam za parawan i spróbować wyciągnąć nogi na karimacie…

W końcu jednak zasypiam. Co jakiś czas budzę się… zazwyczaj po to, by poruszać szyją, która boli i drętwieje od niewygodnej pozycji. Kręcą się ludzie, lecz staram się siedzieć tak, żeby nikomu nie wadziło to, iż ucinam sobie drzemkę. Jest ciepło, a dodatkowo cieszy mnie świadomość, że rano będzie czekał na mnie transport! To naprawdę dodaje otuchy! ;]

Dzwoni budzik, wstaję (z krzesła :D) i idę umyć zęby w toalecie. Po tym wychodzę na zewnątrz… jest baaardzo rześko! Idę do umówionego TIR’olota (przechodzę obok Krzysztofa z Torunia – śpi, a bardzo chciałbym jeszcze raz mu podziękować i uścisnąć dłoń!) i wbijam do kabiny umówionego kierowcy. Jedziemy, a po kilkunastu kilometrach mijamy najwyższy wiadukt w Europie – Millau. Mijamy. Chciałbym napisać, że podziwiałem widoki… albo że chociaż widziałem ten wiadukt.  Niestety jest taka mgła, że widać tylko kilkanaście metrów drogi przed ciężarówką. Fakt, widzę kawałek filarów… więc wiadukt jednak widziałem!

Pełni wrażeń po przejechaniu mostem 300 metrów nad ziemią… dojeżdżamy do A9, gdzie wysiadam na stacji benzynowej. Tyle tylko, że stoję po stronie autostrady prowadzącej do Barcelony. Muszę przedostać się na drugą stronę i w sumie mam zamiar przebiec przez te kilka pasów jezdni. Patrząc jednak na ilość pędzących samochodów, postanawiam znaleźć inny sposób przedostania się na „właściwą” stronę. Po kilku minutach poszukiwań znajduję drogę lokalną przebiegającą pod autostradą. Tam też się udaję, po czym widzę pierwszą w moim życiu winnicę! Taką z prawdziwego zdarzenia! Niby głupota, jednak cieszy mnie niezmiernie :]]]

Rozglądam się na parkingu, znajduję Scanię na polskich blachach, ale w środku nie ma kierowcy. Staję więc na wylocie z kartką „Montpelliere” i czekam. Po dosłownie 10 minutach zatrzymuje się samochód, wrzucam plecak do bagażnika i ruszamy. Jadę z dwiema Kobietami, rozmawiamy po angielsku, tzn. jedna słucha i tłumaczy wszystko drugiej, bo tamta raczej nie ogarnia angielskiego; mijamy piękne pola, wzgórza i zajebiście świeci słońce! Okolica jest naprawdę piękna, a ja opowiadam im dotychczasowy przebieg podróży. Są pod wrażeniem i szczerze życzą powodzenia w dotarciu do celu. Zwracam się do nich „Madame…”, chcąc być kulturalny i dopiero później pytam Sama czy było to właściwe z mojej strony. Zdecydowanie potwierdza – więc kamień spada mi z serca, nie popełniłem żadnego faux pas!

Miłe Panie miały mnie wysadzić na bramkach na autostradzie, ale się zagapiły i w końcu wysiadam „za daleko”, jak w pierwszej chwili sądzę. W każdym razie po uściskach i miłym pożegnaniu Panie jadą w swoją stronę, a ja orientuję się na mapie, że jestem niedaleko lotniska Mediterran. Postanawiam zaufać intuicji i idę „na czuja” :]

W salonie samochodowym pytam o drogę; raczej nie są w stanie mi pomóc, ale przynajmniej mogę popatrzeć na wystawione auta… ferrari, lambo, audi Q7 etc. Mniam! Ależ bym po..zapierniczał! 😀

Idąc mijam przystanek autobusowy, a na nim schemat połączeń. Po nim mniej więcej domyślam się, gdzie mam iść, a nawet przez chwilę waham się czy nie wsiąść w autobus. Postanawiam jednak kontynuować spacer i chyba dobrze zrobiłem. Mijam rosnące przy chodniku palmy! palmy! palmy! (uwielbiam palmy, bo skoro rosną palmy to musi być ciepło!), a słońce grzeje me lico. Jest tak ciepło i przyjemnie, że postanawiam zjeść śniadanie. Siadam sobie na jakimś pniu na trawniku i pałaszuję konserwy. Przejeżdżający autobusami ludzie mają dziwny wyraz twarzy widząc tak osobliwego podróżnika.

Dochodzę do dużego skrzyżowania i czekam na telefon od Dońki. Postanowiłem ją odwiedzić, bo jakże to być tak blisko, a nie wpaść! Jak by nie patrzeć to znamy się ładnych kilka lat, ogólnie pochodzi ze Skępego, jest siostrą Bartka Frytka – przyjaciela rodziny! Czekam więc na telefon od niej, miała dzwonić około 11:30. Gdy mówię Jej gdzie jestem, tłumaczy mi, że mam wsiąść w tramwaj i jechać do określonego przystanku. Kupuję w automacie bilet i czekam na przystanku. Wsiadam do wagonu i próbuję skasować bilet. Niestety nie chce „piknąć” (jak w Monthy Pythonie – maszyna, która robi Piiiing :D), obracam bilet i próbuję z każdej strony. Niestety cały czas czerwone światło, które mnie informuje, że nie tym razem. Nie to nie! Jadę…

Po kilku przystankach (jakże mogłoby być inaczej) wsiadają kanary. Po kolei sprawdzają bilety u pasażerów, ja stoję i czekam na rozwój sytuacji… przecież nie będę próbować uciekać z tym bagażem i to przed czterema facetami. W końcu jeden z nich, dochodzi do mnie, więc podaję mu bilet; sprawdza czytnikiem i mówi, że bilet jest nieskasowany. Mówię, że wiem i tłumaczę, iż próbowałem, ale RED LIGHT 😀 On ze śmiechem bierze bilet ode mua, i trochę ostentacyjnie, teatralnie wręcz, wkłada do automatu i kasuje. Tłumaczy przy tym, że tak to się robi! 😀 Mam wielki ubaw, bo on widząc cały mój majdan na podłodze nie ma wcale ochoty robić mi problemów… widać raczej, że i jego bawi sytuacja :]]]

A przecież mógł mi wypisać mandat… w końcu czemu miałby się przejmować jakimś podróżnikiem z Polonii ;] magia działa niezawodnie…

Dojeżdżam do umówionego przystanku, a tam czeka już Dońka z Samem, czyli jej francuskim chłopakiem. Opowiadam im o zdarzeniu z tramwaju, a oni są szczerze zdziwieni… tłumaczą, że kanary to bardzo BARDZO rzadkie zjawisko! Przygoda to przygoda! Tak ma być! 😀

Jedziemy do nich, częstują mnie obiadem i dobrym piwem. Potem Donia zabiera mnie nad morze, bo przecież strasznie mnie tam ciągnie! ;]

Wracamy, gorący prysznic… i ciepłe, wygodne łóżko! Zastanawiam się przez chwilę czy może nie kimnąć się na krześle… ale po chwili namysłu – jednak zostaję na łóżku! Hahah 😀

mapa dzień 5