Skok wiary.

Kiedyś, dawno temu był sobie Uczeń, który pobierał nauki u Mistrza. Przez wiele lat przebywał w małej chatce w górach, zgłębiał tajemnice ludzkiego umysłu, nawiązywał dialog ze swoją duszą i Bogiem. Pewnego dnia kiedy skończył poranną praktykę udał się do Mistrza i zapytał:
– Drogi Mistrzu, wiele już się nauczyłem. Jestem szczęśliwy pobierając u Ciebie nauki. Jednak coraz bardziej czuję, że moja dusza pragnie czegoś więcej. Chcę poczuć w pełni swoją moc. Co mam zrobić? – Mistrz się uśmiechnął i odparł:
– Mój Drogi, jeśli tak czujesz, to znaczy, że jesteś gotów.
Następnie wskazał mu skaliste góry.
– Widzisz tam tą wąską ścieżkę? Ona prowadzi nad urwisko. Pójdź tam, a jak dojdziesz na szczyt, skocz w przepaść i zobaczysz, że poczujesz taką moc i wolność, jakiej pragnie Twoja dusza.

Uczeń trochę się zmartwił tą wskazówką, nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Ale kochał swojego Mistrza i mu ufał, więc zaczął przygotowywać się do podróży. Wziął ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszył w drogę. Szedł dzień i noc, w końcu o świcie doszedł na miejsce. Urwisko było przeogromne, w dole nic nie było widać, tylko mgła i ciemność.
– Czy aby na pewno o tej przepaści mówił mój Mistrz? – Zawahał się Uczeń – Przecież tu nic nie widać! Może jednak usiądę sobie, pomedytuję i pomyślę, co zrobić. – Zaczął medytować i im dłużej siedział, tym miał coraz więcej wątpliwości co do skoku.

Nagle zobaczył, że do skraju przepaści nadciąga druga osoba. Była to kobieta, w średnim wieku. Podeszła do niego i zapytała czy to jest ta słynna przepaść w okolicy.
– Tak mi się wydaje – odparł – a dlaczego pytasz?
– Moja Mistrzyni powiedziała mi, że jeśli skoczę w tą przepaść to poczuje wielką moc i pełnię, której pragnie moja dusza.
– To ciekawe, bo ja tu jestem w podobnym celu. Może zanim skoczysz pomedytujesz ze mną? Tak tam ciemno i nic nie widać. Poczekajmy aż wzejdzie słońce, może wtedy będzie widać cokolwiek. Chciałbym wiedzieć GDZIE skaczę, a nie tak na oślep. Przecież to nierozsądne!
– Masz rację, poczekajmy trochę.
Medytowali aż nastało południe, a potem zmierzch i noc. Żadne z nich nie podjęło tematu skoku, zaczęli gawędzić o Prawdach, które nauczyli się od swoich Mistrzów. Przekomarzać się, która ścieżka do przebudzenia jest właściwsza.

Kiedy znowu nastał świt, a oni byli zajęci rozmową usłyszeli, że ktoś biegnie. Zza zakrętu wyłonił się mały chłopiec, miał może 8 może 10 lat. Bieg bardzo szybko, nie zważając na nic. Zaczęli do niego mówić, ale on był tak skoncentrowany na czymś co widział w oddali, że nic do niego nie docierało. Był tylko on i Światło, które go przyciągało. Dobiegł do skraju przepaści i SKOCZYŁ w dal…. I nagle, w mgnieniu oka wyrosły mu przepiękne, złote skrzydła. Tak wielkie, że ich rozpiętość dwa razy przekraczała wzrost chłopca. Poszybował wprost ku słońcu, które wychodziło znad szczytów górskich. Zrobił jeszcze salto w powietrzu, roześmiał się na cały głos z radością i zniknął wkrótce za następną górą. Mężczyzna i kobieta oniemieli. Żadne z nich nie powiedziało żadnego słowa.

„Twoje skrzydła już istnieją. Wszystko, co musisz zrobić, to polecieć…”
Rzuć się w przepaść, skocz w nieznane. Poczuj niepewność w całym swoim ciele. Doświadcz strachu i lęku.
Staw mu czoło – i poczuj… jak lecisz.

Dwa dni temu dotarłem promem do Catalan. Mimo, że wcześniej spotkałem grupę podróżników, serce podpowiadało mi, bym wybrał samodzielną trasę – mimo, iż w grupie raźniej i ‚bezpieczniej’. Wiedziałem, że intuicja zna drogę – moim zadaniem, było się tylko nań skierować.
Rozsądek zostawiłem w tyle i ruszyłem przed siebie. Wsiadłem na inny prom, płynący w inne miejsce, zmierzający… sam nie wiedziałem dokąd.
Było już po zmroku. Ciemną ulicę rozświetlały jedynie przejeżdżające tricykle i… moja latarka. Ten niecodzienny przecież widok, wzbudzał sensację – Filipińczycy zatrzymywali się, albo wskazywali mnie palcem.
Szedłem jednak przed siebie, nie wiedząc nawet dokąd.
Po drodze pytałem o nocleg, lecz nie za wiele udało się zwojować.
W końcu, zmęczony (niewyspany!), trochę głodny i wciąż niepewny nadchodzącej nocy, trafiłem na coś w stylu zadaszonego parkingu przy kościele.
Wszedłem tam. Porozmawiałem z facetem na skuterze. Niezbyt był mi przychylny.
Po chwili jednak udało mi się go przekonać, co by pozwolił mi spocząć na drewnianych płytach, które leżały kilka metrów od niego – zawsze to izolacja od podłoża, a nad głową przeca dach!
Usiadłem, wyjąłem zeszyt i notowałem wrażenia z minionego dnia.
On, oraz kilka innych osób opuszczało teren, dostałem więc instrukcję, by rano zgasić światło i zamknąć za sobą bramę.
Obiecałem tak zrobić, po czym chwilę później poszedłem na drugą stronę ulicy, by poprosić o podłączenie telefonu do ładowania – mapy jednak w podróży się przydają.
Wróciłem do swojej noclegowni, i kilka minut później usłyszałem nadjeżdżający skuter – ów facet przyjechał, by zabrać mnie do małego biura w porcie, gdzie, jak powiedział – będę mógł zostać na noc.
Na miejscu okazało się, że biuro jest bardzo małe (i czynne 24/7), ale poznałem dwóch uśmiechniętych inspektorów portowych i dostałem herbatniki. Oprócz tego, na podłodze za lodówką rozłożyliśmy niewielki materac (który śmierdział „zalany przy ostatnim tajfunie”), więc już miałem swój KAWAŁEK PODŁOGI.

Wielka niepewność co będzie. Wszystko niewiadome.
Maszerujący biały człowiek, w ciemnej krainie.
A chwilę później noc w bezpiecznym miejscu, z przyjaznymi ludźmi wokół.

Skocz.
I nie martw się – polecisz.

Hallelujah, Praise the Lord!

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
500
wpDiscuz