Wim Hof – człowiek, który wbiegł na Everest w spodenkach!

Wczoraj słuchałem 2,5h podcastu Joe Rogana z Wimem Hofem – człowiekiem, który ‘fizycznie’ dokonuje niemożliwych rzeczy, np. wejście tylko w spodenkach na Everest (boso!), maraton na Nairobi bez picia wody, światowy rekord zanurzenia w lodzie, etc.
Opowiadał o ZBADANYCH, popartych wynikami sytuacjach, w których pokazywał naukowcom jak kontroluje swój organizm, od układu immunologicznego, przez system endokrynologiczny człowieka. Robi to wszystko tylko i wyłącznie za pomocą oddechu.
Organizuje już trzecią wyprawę na Kilimandżaro, gdzie zabiera osoby starsze, zazwyczaj z ciężkimi chorobami… a one wchodzą z nim w dwa dni na szczyt!
Poczytaj o nim, bo naprawdę potrafi to zmienić myślenie 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=Np0jGp6442A

https://www.facebook.com/icemanwimhof/
Wszystkiego Dobrego!

Cóż to było za olśnienie!

Siedzę sobie i piszę. Wstałem o czwartej trzydzieści, więc mija już 5 godzin, odkąd moje palce zaczęły tańczyć po kruczoczarnej klawiaturze.
Dziś płyniemy. Słowa pojawiają się na ekranie, szybko przelewane przez wyrobione dłonie. Dawno temu nauczyłem się szybko pisać, gdym niejako zmuszon do tego został! Najpierw było Gadu-Gadu, na którym chciałem jak najszybciej odpisywać znajomym (a przede wszystkim co bardziej urokliwym koleżankom), a potem nadeszły opisy techniczne, których pisać nie lubiłem, a które napisanymi być musiały. Ucieczki nie było, więc im szybciej napisałem, tym szybciej miałem wolne.
Potem przyszedł czas na spisanie wszystkich notatek z wyprawy na Saharę. Sporo tego było, wszak każdego dnia notowałem po dwie godziny. Następnie Wisła! Notatnik, który wyglądał jak bym go miał w plecaku podczas walki z wielką rzeką (czyżby tak właśnie było?), zdecydowanie utrudniał odczytywanie niektórych zapisków, lecz cóż było robić – wyostrzając wzrok i przypominając sobie zdarzenia, jakoś rozszyfrowałem owe hieroglify, które w mokrym namiocie powstały.
Od tamtej pory, piszę patrząc w okno. Oglądam świat jadąc pociągiem, a palce same znajdują drogę do właściwych klawiszy. Uwielbiam to. Daje mi wielką satysfakcję, gdy czuję dotyk klawiatury, i to, jak mknie kursor po białym ekranie. Pisanie! Ach, cóż to za piękna sztuka!

Olśniło mnie przecież, czy już zapomniałem?
Okulary PRZECIWsłoneczne.

Światło to życie. Słońce to Energia. Czyżbyśmy zapomnieli, występując przeciw słońcu?

Do poczytania:
http://humel.pl/2016/05/17/okulary-przeciwsloneczne-niszcza-wzrok-i-zdrowie/

Inglese:
http://endmyopia.org/glasses-destroy-your-eyesight/

Dnia pięknego!

Czujesz jakie to prawdziwe?

“Nie służy wam tylko uzależnienie się od seksu (czy czegokolwiek innego). Ale zakochać się w seksie można jak najbardziej!

Powtarzaj to sobie na głos codziennie dziesięć razy: KOCHAM SEKS!

Powtarzaj też to:

KOCHAM PIENIĄDZE!

Czy jesteś gotowy na prawdziwy wstrząs? Spróbuj dziesięć razy powtórzyć to:

KOCHAM SIEBIE!

Oto zestaw kolejnych rzeczy, których nie wolno ci wielbić. Poćwicz wielbienie ich:

WŁADZA

CHWAŁA

SŁAWA

SUKCES

ZWYCIĘŻANIE.

Chcesz jeszcze? Spróbuj tych. Naprawdę powinieneś czuć się winny, jeśli kochasz:

BYĆ PODZIWIANYM

BYĆ LEPSZYM

POSIADAĆ WIĘCEJ

WIEDZIEĆ JAK

WIEDZIEĆ DLACZEGO.

Masz dość? Zaczekaj! Oto sam szczyt poczucia winy: osiągasz go, gdy czujesz, że

ZNASZ BOGA.

Ciekawe, co? Przez całe życie wpajano ci poczucie winy z powodu

RZECZY, KTÓRYCH PRAGNIESZ NAJBARDZIEJ.

Lecz Ja ci mówię: miłuj, miłuj, miłuj rzeczy, których pragniesz – gdyż twoja miłość do nich przyciągnie je do ciebie.

Te rzeczy składają się na życie! Gdy je kochasz, kochasz życie! Ogłaszając, że ich pragniesz,

oświadczasz zarazem, że wybierasz całe dobro, które ma do zaofiarowania życie!”

Z książki: Rozmowy z Bogiem, N.D.Walsch’a

Czy łatwo jest być przebudzonym?

Przebudzenie. Słowo, które dla wielu osób nie znaczy nic innego, jak tylko… zerwanie się z łóżka, gdy alarm w telefonie nie przestaje brzęczeć. Wszystko się zgadza, ale…
Czym jest dla mnie? Czym jest dla Ciebie?  Czy wtedy jest pięknie, kolorowo, by nie powiedzieć – różowo?

Jesteś w cichym domu, wszyscy dookoła Ciebie śnią. Ich umysły pogrążone są w fantazjach, które serwuje mózg. Przerabia wspomnienia, łączy się z Kosmosem, i widzą rzeczy, których teoretycznie nie ma.
Ty w tym samym czasie, może na boso, a może w skarpetkach, pomykasz cicho wśród nich. Patrzysz na błogie (lub przerażone twarze) wykrzywione przez iluzje, które w tym momencie są na ich ‘ekranach’.
To się przecież dzieje… to przecież tak realne! Widzisz, więc wierzysz. Wierzysz, więc widzisz. Widzisz, bo Cię tego nauczono. Wierzysz, bo Ci to powiedziano.
Nigdy nie zastanawiasz się nad tym, czy pogoda jest ‘prawdziwa’, czy my oddychamy, czy… musimy się starzeć. Pewne rzeczy są określone już od początku i przecież nie przyjdzie Ci nawet do głowy, by się zastanowić czy rzeczywiście jest tak, jak jest…
Chodzisz wokół śpiących i zastanawiasz się – budzić ich czy nie? Może tak im się dobrze śpi, że lepiej ich zostawić? Może wcale nie chcą się obudzić, bo przecież sny są takie… jakie są.
Jeśli jednak lekko ich szturchnąć? Może pociągnąć za ramię albo powiedzieć coś, by z letargu ich wyrwać? Może włączyć jakiś film lub muzykę, i liczyć, że sami niejako się obudzą?

Lecz po co to robić? Po co zabierać im sen i pokazywać to, co się dzieje? Czy będzie im łatwiej?

Idąc chodnikiem widzisz świat, który próbuje wciągnąć wszystkich w swoje iluzje. Widzisz je… wszędzie!
Nie wiesz co jest prawdziwe, i czy w ogóle cokolwiek powinniśmy tak nazywać.
Nie wiesz nic. Niczego nie jesteś pewien.
Patrzysz i nie dowierzasz. Zastanawiasz się w którym momencie to się stało… w którym momencie to łyknęliśmy.

Widzisz, czujesz i wiesz.
A to nie jest łatwe, bo przecież… prościej jest spać, zamknięte oczy mając i latając sobie w krainie snów.

Alicja w Czarów Krainie, czyli piękna inspiracja/zmiana postrzegania :)

Czytałem kiedyś “Alicję…” – przemówiła do mnie w sposób dość zaskakujący, na pewno nieszablonowy. Książka pokazuje absurdy tego świata, naszych zachowań i otaczającej nas rzeczywistości, a przed wszystkim – wybija z rutyny myślenia.
Kilka cytatów, które mogą Ci pomóc… a kto wie, może również zainspirują Cię do lektury! 🙂

  1. – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? – mówiła dalej.
    – To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
    – Właściwie wszystko mi jedno.
    – W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
    – Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
    – Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.
    .
  2. – Zasada jest taka, że jutro będzie dżem i wczoraj był dżem, ale nigdy dzisiaj.
    – Musi czasem wypadać, że dżem jest dzisiaj – zaprotestowała Alicja.
    – Nawet nie mogłoby – odparła Królowa. – Dżem jest co drugi dzień, a dziś nie jest co drugi dzień, prawda?
    .
  3. – Czy widzę kogoś na drodze? Nikogo! – rzekła Alicja. – Ach, żebym ja miał taki wzrok – powiedział z żalem Król. – Nikogo! na taką odległość! Ja przy tym świetle widzę tylko tych, co istnieją.
    .
  4. Bądź tym, czym chcesz się wydawać.
    .
  5. -Może nie wynika żaden morał-ośmieliła się zauważyć Alicja.
    -Ho, ho, moje dziecko!-rzekła Księżna-Ze wszystkiego wynika jakiś morał, byleś go potrafiła znaleźć.
    .
  6. Bo widzisz, TUTAJ musisz biec tak szybko, jak tylko potrafisz, żeby zostać w tam samym miejscu. A jak chcesz dostać się w inne miejsce, musisz biec dwa razy szybciej.
    .
  7. -Ale ja nie chcę mieć do czynienia z wariatami!-zastrzegła się Alicja.
    -Och, na to nic nie poradzisz-odpowiedział Kot.- Wszyscy tu jesteśmy stuknięci. ja jestem wariat. Ty jesteś wariatka.
    -Skąd wiesz, że jestem obłąkana?-rzekła Alicja.
    -Musisz być obłąkana-powiedział Kot-bo inaczej byś się tu nie przybłąkała.
    .
  8. A co to znaczy, że coś wypada? Gdyby ludzie się umówili, że wypada nosić twaróg na głowie, nosiłabyś?
    .
  9. Jak długo trwa wieczność? Czasami tylko sekundę – odparł Królik.
    .
  10. Podążaj za białym królikiem.

 

 

Krótka historia o tym, jak v-ce Misterem Polski zostałem…

O tym jak pewnego dnia zostałem wybrany II V-ce Misterem Polski…

Życie potrafi zaskakiwać i wielokrotnie się o tym przekonałem. Rzeczy nam się “przydarzają”, coś się “dzieje”, mamy “farta”. Czy jednak wszystko co się dzieje w naszym życiu jest kwestią przypadku i szczęśliwego zbiegu okoliczności?  Czyż pozostajemy bez wpływu na nasz świat i to, co w nim widzimy?
Zdecydowanie NIE!

Uważam, że we Wszechświecie nie ma czegoś takiego jak przypadek lub ślepy traf. Wszystko co się dzieje, bierze swój początek w naszych myślach, czyli w naszej głowie. Czy tego chcemy czy nie, każda myśl wprowadza w ruch energię, która przejawia się w świecie fizycznym.

Oczywiście większość osób powie, że to bzdura, pic bajer i fotomontaż. Z pewnością tak się może wydawać. Jednak jeśli zaczniemy obserwować nasze, często pogmatwane myśli, a potem przyjrzymy się temu, co dzieje się w naszym życiu – zdamy sobie sprawę z tego, że wszystko działa w ten sposób. Najpierw jest myśl, a potem nasze doświadczenie w świecie fizycznym. Jest jednak jedno “ale”.

To, że siedzę teraz przed komputerem i pomyślę “chcę mieć nowy rower” nie sprawi, iż nagle wyląduje on przed naszymi oczami. Wszystko to działa, ale z opóźnieniem… i dlatego tak ciężko spostrzec, iż to co nam się teraz przydarza – było kiedyś w naszej głowie. Poza tym, w skrajnych przypadkach może zdarzyć się, iż rower dosłownie spadnie nam z nieba (kiedyś napiszę o tym jak wygrałem dobry rower), ale zazwyczaj po prostu rzeczy ułożą się tak, że będziemy mieć pieniądze na zakup roweru, albo coś w ten deseń 🙂 Po prostu Wszechświat zawsze spełnia nasze życzenia, sęk w tym, że tego nie dostrzegamy przez odstęp czasowy pomiędzy myślą a doświadczeniem.

Są jednak chwile, gdy coś się dzieje, a my nagle stwierdzamy: Hola, hola… przecież ja niedawno o tym myślałem! Doznajemy czegoś na kształt olśnienia, widząc działanie niepodważalnych praw Wszechświata.

Odkąd zacząłem zwracać uwagę na to co się dzieje i przypominać sobie własne myśli, przydarza mi się to często. Są to chwile w których zatrzymuję się w miejscu, oczy otwierają mi się ze zdumienia i zbieram szczękę z podłogi. Tak było również wtedy…

Dostałem maila o castingu do konkursu Mister Polski 2009. Przeczytałem, przemyślałem i dałem sobie spokój.

Minął jakiś czas i kilkanaście dni później, gdy siedziałem w domu i grałem w jakąś grę na komputerze,  przypomniało mi się o tym castingu. Stwierdziłem, że daruję sobie podróż do Warszawy, bo i po kiego tam jechać 🙂 Jednak myśl o tym nie dawała mi spokoju; ubrałem się, wsiadłem w Czerwoną Strzałę (moje Cinquecento w spadku po dziadku) i pomknąłem… no dobra, jechałem w stronę stolicy.

Na wydrukowanej naprędce mapce miałem zaznaczony punkt docelowy, więc jakieś 2,5 h później byłem na miejscu. Zaparkowałem Strzałę i poszedłem na miejsce…

Wszedłem do środka budynku pod wskazanym adresem i wtedy zrozumiałem, że nie był to dobry pomysł. W środku bowiem, stało kilkudziesięciu facetów – wszyscy wymuskani, nażelowani i generalnie z głową bardzo wysoko 😀

Ja wszedłem w jeansach i bluzie, w uszach mając słuchawki i lecącego w nich Bob’a Marleya. Nijak nie pasowałem do towarzystwa, które kręciło się niespokojnie w oczekiwaniu na rozpoczęcie. Skoro jednak przejechałem tyle kilometrów, to stwierdziłem, że zostanę.

Po jakimś czasie pojawiło się szanowne jury.  Składało się z jakichś ważnych osobistości, aktualnie panujących Kobiet z tytułem Miss itd. Nie wnikałem.

Każdy ze startujących miał łącznie 3 wyjścia, na których musiał zaprezentować się przed ową komisją.  W pierwszym wezwaniu należało zaprezentować się “just like that”, czyli w normalnym stroju, bez żadnych wymogów. Siedziałem sobie spokojnie, a gdy nadszedł mój czas – po prostu wyjąłem słuchawki i na chwilę pożegnałem się z Bob’em. Wyszedłem, odpowiadałem na pytania, które zadawała mi komisja i wróciłem na swoje miejsce, gdzie mogłem dalej spokojnie słuchać muzyki.

W następnym wyjściu każdy z nas miał zaprezentować się w stroju wyjściowym, a więc w garniturze. Rzecz jasna, kiedy zapadła w mojej głowie decyzja o tym, że jednak pojadę – pomyślałem o wielu rzeczach, ale z całą pewnością nie o tym, by wziąć garnitur. Tym sposobem, gdy zostałem wezwany do wyjścia, zaprezentowałem wspaniały, olśniewający i unikalny strój wyjściowy, w postaci… jeansów i bluzy. Oczywiście znów musiałem wyjąć słuchawki 😀

Podczas drugiego wyjścia odnosiłem nieodparte wrażenie, że wyróżniam się z tłumu. Niekoniecznie w dobrym tego słowa znaczeniu. Cóż, moje codzienne buty nie lśniły takim blaskiem jak u reszty startujących… i ich garniturach.

Minął jakiś czas, który rzecz jasna spędziłem na słuchaniu muzyki i… patrzeniu jak wszyscy szykują się przed kolejnym wyjściem. Ktoś smarował się oliwką, ktoś robił pompki, ktoś poprawiał włosy przed lustrem. A ja sobie siedziałem mając w tle “Catch a fire”.

Nadszedł czas kolejnego wyjścia. Tym razem stroju należało mieć na sobie jak najmniej, bowiem było to wyjście plażowe, czyli w kąpielówkach.
Co prawda kąpielówki w samochodzie miałem, jednak klapki zdawały się być odległym marzeniem. Skoro więc ich nie posiadałem, to znów odróżniając się od reszty – wyszedłem na boso.

Do tej pory nie wiem jakie myśli przechodziły przez głowy jurorów, jednak z pewnością mieli ze mnie ubaw. Wcale mnie to nie dziwiło 😀

Po zaprezentowaniu się wszystkich uczestników, przyszedł czas na obrady jury. Siedzieliśmy więc w oczekiwaniu, a ja wciąż słuchałem sobie Bob’a.
Minęła godzina i zostaliśmy poproszeni o zebranie się w głównym holu. Ustawiliśmy się wszyscy przed komisją i oczekiwaliśmy na wyniki castingu, czyli mieliśmy się dowiedzieć o dziesiątce przechodzącej do finału.

Stoję sobie tak jak przyjechałem; totalnie wyluzowany, ze słuchawką w jednym uchu, jednocześnie drugim wyłapując kolejne odczytywane nazwiska. Myślę sobie o drodze powrotnej, planuję trasę wyjazdu i nagle słyszę moje nazwisko! Z niedowierzaniem wyciągam drugą słuchawkę z ucha i dopytuję czy aby na pewno się nie przesłyszałem…!
Okazuje się, że nie i chwilę później, gdy zostały odczytane pozostałe nazwiska z finałowej 10tki, zostajemy poproszeni na taras widokowy na dachu, gdzie zostanie zrobione pamiątkowe zdjęcie.

Oto ono:

Dokładnie w tym stroju występowałem, gdy wszyscy inni wciągali garniaki 😀

Po zrobieniu zdjęcia jeden z jurorów informuje nas, że finał odbędzie się w Szczyrku, dostajemy do podpisania dokumenty finalistów i… rozjeżdżamy się do domów.

Jestem totalnie zaskoczony tym co się wydarzyło i wracam w doskonałym nastroju do domu 🙂

Do finału zostało mi sporo czasu, więc niecierpliwie czekam co będzie dalej. W międzyczasie zostaje zmienione miejsce zgrupowania i zamiast do Szczyrku, jedziemy do Szczecina. To trochę gorzej ze względu na to, iż dwóch uczestników jest właśnie z tego miasta ;p

Zapakowałem się z całym majdanem w pociąg i ruszam do zachodniopomorskiego, by zobaczyć co mnie tam czeka.

Dojeżdżam na miejsce; z dworca odbiera mnie taksówka i jedziemy pod wskazany adres. Okazuje się, że wszyscy powoli się zjeżdżają (z różnych stron Polski), a dla mnie zgrupowanie zaczyna się niezbyt ciekawie, bowiem kilkanaście minut po dotarciu na miejsce zaliczam glebę na śliskim chodniku 😀

Zostajemy przetransportowani do hotelu, który przez tydzień będzie naszym domem. Dostajemy harmonogram zgodnie z którym ma się wszystko odbywać, a wcześniej zostajemy przydzieleni do różnych pokoi. Zmęczony podróżą i całym dniem w ruchu, zasypiam…

Nie pamiętam już dokładnej kolejności zajęć, ale głównie było to ćwiczenie choreografii (z tancerką, która tańczyła m. in. u Stachurskiego :D), próby finałowej gali oraz różne aktywności. Pewnego dnia mieliśmy okazję na żywo wystąpić w TVP Szczecin i poznać prezenterkę, która swego czasu była bohaterką internetu “tory… tory też były złe”. Kto widział, ten wie 😀

Najlepsze z całej wizyty w telewizji było to, że popłakałem się ze śmiechu na wizji, podczas przemówienia jednego z chłopaków 😀

Kolejną atrakcją dla nas przygotowaną był wyjazd do Polic, do dużej kręgielni, która była wynajęta specjalnie dla nas, żebyśmy mogli sobie pograć w kręgle z… mieszkającymi w Szczecinie dziewczynami z tytułem Miss :)))

O imprezie wiele nie powiem, w każdym razie było fajnie :]

Tydzień pobytu dobiegał końca, mieliśmy opanowaną choreografię i wiele prób finałowej gali za sobą. Wynikło jednak małe nieporozumienie i okazało się, że organizatorzy nie zapewnią nam garniturów na występ, więc po szybkim telefonie do domu, kurier z gajerem do mnie leciał 😀

W dniu finału uradziliśmy, że whisky dobrze nam zrobi przed występem. Ktoś pobiegł do sklepu i flaszki były gotowe. Potem dopadły nas miłe Panie, które poprawiły nam koloryt skóry i ogarnęły włosy. Ubraliśmy się wyjściowo (garnitur na szczęście zdążył dojechać) i czekaliśmy.
Publiczność się zapełniła, przyszli goście i jury, konferansjerka zapowiadała co się ma wydarzyć.

Finał był fajny: ktoś zadawał nam wylosowane pytanie, przedstawialiśmy własne talenty (specjalnie po to targałem gitarę przez pół Polski), prezentowaliśmy układy choreograficzne…

Niemniej jednak finał jakoś mało pamiętam [i to nie ze względu na wypite whisky]; w każdym razie, gdy doszliśmy do ogłoszenia wyników… 2 razy usłyszałem swoje nazwisko. Jako Mister Internetu (w głosowaniu internetowym na stronie organizatora zdobyłem dużą przewagę nad pozostałymi rywalami) oraz IIgi v-ce Mister Polski 2009.

To dopiero było zaskoczenie!!!

Ja, pośród tych wypicowanych kolesi, którzy świecili 6pakami… ja, który przyjechałem pociągiem, a np. mój współlokator z hotelu – kilkuletnim ferrari, ja…

A jednak. Udało się! Był to dla mnie dzień sukcesu, bowiem zdałem sobie sprawę, że byłem kimś na kształt nr 3 w Polsce… zupełnie nie zważając na fakt, iż Mister i V-ce byli ze Szczecina :]

Tym oto sposobem, zakończyła się moja przygoda z konkursem i mogłem wracać do domu bogatszy o kilka nagród i ów tytuł.

Całkiem długa to historia, choć opowiedziana w skrócie. A jak się ma do mojego wstępu? Otóż chwilę czasu trwało nim sobie to przypomniałem, jak kilka miesięcy wcześniej trafiłem “przypadkiem” na książkę Potęga Podświadomości J. Murphego. Był tam pewien akapit, traktował o programowaniu podświadomości.

I wtedy zupełnie mnie olśniło! Przecież przez długi czas przed zaśnięciem powtarzałem sobie jedno słowo…

“Sukces”.

Hummus… idealny!

Pierwszy raz go jadłem u znajomych w Krakowie. Jest pyszny.
Dzięki Mysza! 🙂

Hummus idealny

  • Czas przygotowania: 1 godzina + noc namaczania

Składniki na pojemnik o objętości około 1 litra:

1 szklanka suchej ciecierzycy
1 szklanka jasnej pasty tahini
⅓ szklanki lodowatej wody
3 łyżki soku z cytryny
3 ząbki czosnku
2 łyżeczki sody oczyszczonej
sól
do posypania: dobra oliwa, posiekania pietruszka, słodka papryka, orzeszki piniowe albo zatar

Przygotowanie:
  1. Dzień przed przygotowywaniem hummusu ciecierzycę zalać zimną wodą z łyżeczką sody, powinno być przynajmniej dwa razy tyle tyle wody ile ciecierzycy. Zostawić na noc.
  2. Następnego dnia ciecierzycę odcedzić i opłukać. Zalać dużą ilością świeżej wody, dodać łyżeczkę sody i zagotować. Gotować przez około 40 minut lub do czasu, kiedy pojedyncze ziarenko cieciorki z łatwością będzie dało się rozgnieść w palcach i będzie maślane w środku – nie może być białe i suche wewnątrz. Jeżeli ciecierzyca nie będzie dostatecznie ugotowana, to hummus będzie klapą.
  3. Ugotowaną cieciorkę odcedzić i dokładnie opłukać. Przełożyć do naczynia blendera, dodać tahinę, sól, sok z cytryny i czosnek i wszystko zmiksować na bardzo gładką pastę. Na zwyczajnym, domowym blenderze zajmuje to około 2-3 minut – jest gotowe, kiedy pasta jest aksamitna i nie ma żadnej grudki.
  4. Do gęstej sezamowo-ciecierzycowej pasty dolewać powoli lodowatą wodę cały czas miksując. To najprzyjemniejszy moment całego procesu – nagle hummus zmienia kolor i nabiera przyjemnej, aksamitnej konsystencji. Ucierać hummus przez kolejne 2-3 minuty lub do momentu, aż woda idealnie połączy się z pastą i całość zmieni się w jasny, gładki krem.
  5. Przełożyć gotowy hummus do miski i posypać ulubionymi dodatkami – u mnie jest to obowiązkowo chlust oliwy, posiekana pietruszka, a czasem jeszcze sumak albo słodka papryka. Jeść z pitą, pieczywem lub świeżymi warzywami, przechowywać szczelnie zamknięty w lodówce do 5 dni.

Porady:

  • Ciecierzyca na hummus musi być bardzo miękka, w przeciwnym wypadku hummus będzie wodnisty i grudkowaty – dlatego nie można zastąpić ugotowanej ciecierzycy tą z puszki.
  • Bardzo ważny jest też wybór tahiny, która musi być jasna, kremowa i delikatna. Dlatego najlepiej wybierać izraelskie lub libańskie tahiny.
  • Do przygotowania hummusu najlepiej użyć dużej miski i ręcznego blendera – blender kielichowy może nie poradzić sobie z gęstą i twardą masą.
  • Zasmakował wam klasyczny hummus? Spróbujcie hummusu buraczanego, dyniowego lub fasolowego.

    Przepis ze strony:
    http://www.jadlonomia.com/przepisy/hummus-idealny/

Gdy się obudzisz, to (z)rozumiesz :)

Przez ostatnie kilka stuleci…..

u tych amazońskich, północnoamerykańskich. lub tez australijskich “dzikusów” narodziło się bardzo wiele pytań.

Zadają oni na przykład takie pytanie: dlaczego tak wiele pracujecie wbrew swojej woli? Czy wy tam jesteście w niewoli? My pracujemy tylko wtedy gdy mamy ochotę, ale rzadko kiedy jest to naprawdę potrzebne. A jeśli nam się nie chce to nie pracujemy.

Dlaczego wasze kobiety chodzą do lekarzy aby rodzić?Czy one wszystkie są chore? Po co wam domy na które trzeba pracować 20 – 30 lat a potem i tak za nie płacić? Czy one są ze złota?

Po co wam przedszkola i szkoły gdzie zdaniem większości dzieci nie ma nic ciekawego? Po co tracicie tyle zdrowia i czasu na zapracowywanie pieniędzy aby potem za ich pomocą opłacać bardzo kosztowne leczenie chorób będących konsekwencją tego szalonego sposobu życia? Dlaczego u chłopców kładziecie nacisk na rozwinięcie pokory i posłuszeństwa a u dziewczynek cenicie siłę i niezależność? Czy to czasem nie powinno być odwrotnie?

Dlaczego nauczacie swoje dzieci skomplikowanych równań i zasad matematycznych a nie uczycie mnogich niuansów leczniczych ziół, rzemiosła, zasad życia pośród natury? Po co produkować i kupować w sklepie dla dzieci zabawki rozwijające zręczność manualną kiedy na każdej leśnej polance jest obfitość różnorakich kamyczków i gałązek?

Po co się leczyć kosztownymi “lekarstwami” syntetyzowanych przez farmakologów a potem leczyć się od skutków ubocznych tych “lekarstw” aby na koniec przy pomocy kolejnych “lekarstw” odbudowywać zniszczony już całkiem system immunologiczny, nerki czy mikroflorę żołądka lub jelit?

Czy nie wiecie, że istnieją lekarstwa naturalne? My Indianie czy też Aborygeni – jak to nas nazywacie mamy dziesiątki sposobów na wyleczenie na przykład waszego raka w początkowym stadium i to przez tydzień oraz zupełnie bezpłatnie- na przykład przy pomocy cierpkiego soku bananowej palmy. Ale wy wydajecie się tak bardzo zahipnotyzowani (“zazombirowani” = zmienieni w zombie -przyp michalxl600), że nawet nie przypuszczacie aby to było możliwe i wydajecie tysiące dolarów na skomplikowane leczenie dające bardzo wątpliwy efekt. Przy tym karczujecie dżungle gdzie rosną setki bezcennych ziół leczniczych, pozbawiacie również w ten sposób domu tysiące zwierząt, które żyły tu na długo do waszego pojawienia się.

Źródło:
https://michalxl600.blogspot.com/2017/10/przez-ostatnie-kilka-stuleci.html

Natchnienia.

Uśmiech z radości, czy radość z uśmiechu

Tak wiele znaczą, dla Ciebie – Człowieku!

Podnieś swą głowę, stań wyprostowany

Każdy moment jest dobry, na wielkie zmiany.

Nie mruż swych oczu, to blask najgorętszy

który bije dla Ciebie… a Twoje wnętrze?

Rozpalaj marzenia, nie tłum tego żaru,

Pamiętaj, że życie to tylko część… od Boga daru!

Ihaha!

 

Regałowa kapela?

Może znasz kogoś, kto chce wziąć udział w przedsięwzięciu pt. Reggae kapela? Chętnie bym pośpiewał regałowe piosnki, przydałby się do tego zespół!

Czujesz reggae wibracje? Dawaj znać, zmontujemy coś pięknego! 🙂

I AM A STARSEED!

I AM A STARSEED  I am different. I don’t belong on earth. That is because earth is not my true home. I felt different all my life. My thoughts are different. My mind is different. My energy is different… I sense things around me. I hear things. I will just know things. I “see” people, beyond the exterior. It’s like I see their soul. I see their colours. I see their energy. I see their heart… Or lack of. I feel what others think of me. I am sensitive. I have allergies because of my sensitivity. I tried to fit in. I can’t. I’d rather die, because in order to fit in, I would have to kill everything inside me anyways. I tried that, and I wouldn’t recommend it. Besides, I know that’s not why I am here. I am programmed to be different. It’s in my DNA. I cannot conform. I came in this way so that I would react to these things around me, so that change can happen. I know I am not alone. Although, I am alone where I am. Many times I thought I was crazy. I must be insane having all these thoughts. –Starseed, alien, advanced technology, light beings, star people, mission to change the planet, save humanity… Sounds like a movie. Growing up I thought there was something seriously wrong with me. And I was embarrassed and ashamed about these thoughts, because who was I? I was nobody. I did not fit in, I was weird, and I was teased and made fun off. I was crazy thinking I had these super powers and would change the world. Now, that I have awaken, I know it is true. I am not crazy. I am here to change the world. I do have so-called “super powers”, which I am beginning to remember and re-learn. Of course I believe in aliens. I always knew I was one of them. I knew it in my heart. They are family. Earth is okay. By that I mean Gaia mostly. The soul that is the planet. I am here to help her. There were many of us that answered the call. Some were asked; some volunteered. We all wanted to go. We all wanted to be here. We care about Gaia. The earth was so dark. We could see it. We didn’t like it. We wanted to help. First we had to wait. We could not interfere. It was difficult for us to just watch. We didn’t want this planet to be destroyed by darkness. It is such a beautiful planet. Many of us have had many visits, and we care about the planet. Gaia is strong, but she needed some assistance, and we were happy to assist her. We all wanted to be here. But it’s very different from what we are used to. It’s dark here. The energy is very dense. There’s negativity here. Ego is very strong. There is much competition. We don’t understand that, because we know we are one. We don’t understand cruelty. We don’t understand dishonesty. We want equality. We want change and enlightenment. But we must realize that WE are the change and enlightenment. The ascended masters, galactic beings, angelics, or anyone else is not going to just appear, and suddenly everything will be fine and it’s over. WE are the ascended masters, galactic beings, angelics and others. It is us. We are the ones changing the world. We are changing it now. Be who you are. However you are. You are meant to be exactly that : ) I know it can be difficult, but please know that you are not alone. You don’t have to tell anyone, but it’s not worth changing yourself for anyone. You are the way you are for a purpose. You don’t want to change that. I love you, and I love being on this mission with everyone who resonates with this : )

Krótki wierszyk.

Wszechświat nieskończony

świat niezbadany

serce nieodkryte

rozum niepojęty.

Pyłek na drodze, to małe ziarenko

mądrość ma w sobie i olbrzymią wielkość

Wie o co pytasz, więc czemu nie słuchasz?

Odpowiedź już znasz, lecz wciąż jej unikasz.

Pomyśl sam przed czym uciekasz

bo kiedy tak gonisz

drzwi przed nosem sobie zamykasz.

Andrzej

Zapisane szeptem, cz. II

Ciąg dalszy…
Weszła do mieszkania, zdjęła płaszcz i ciemne okulary. Rzuciła torebkę na stół i wstawiła wodę, żeby napić się upragnionej kawy. Od rana marzyła o dobrej kawie z mlekiem, którą uwielbiała pić w swoim kubku ze słonecznikiem. Potrzebowała kawy; kolejną noc nie mogła spać. Coś niedobrego się z nią działo i wiedziała o tym doskonale. Weszła do łazienki i obmyła twarz wodą… Zimna woda od razu poprawiła krążenie i nawet zmęczone oczy, z worami pod – wyglądały trochę lepiej. Wróciła do kuchni i zalała przygotowaną kawę. Miała ochotę na coś słodkiego, ale przypomniała sobie, że dziś miał być pierwszy dzień bez słodyczy. Przynajmniej nie przed obiadem.

Usiadła z gorącą kawą w swoim ulubionym fotelu i poczuła się naprawdę dobrze. Dziś udało jej się podpisać wstępną umowę z nowym bankiem i za chwilę dostanie z tego dość dużą prowizję. Mogłaby opłacić czynsz z góry na kilka miesięcy, wpłacić część na fundusz inwestycyjny, albo… zrobić sobie wypad za granicę i wpaść w gorączkę zakupów. To byłby naprawdę ciekawy sposób na nagrodzenie siebie za kilka miesięcy pracy. Na samą myśl lekko uśmiechnęła się pod nosem…

Usłyszała, że dzwoni jej telefon. Rozglądała się po mieszkaniu i nie mogąc go namierzyć przypomniała sobie, że zostawiła go w torebce. Podbiegła do niej i zaczęła go szukać. Oczywiście ciężko było znaleźć cokolwiek w tym bałaganie, a tym bardziej kiedy jest to potrzebne już, teraz. Zanim znalazła telefon, ten już przestał dzwonić. Obiecała sobie, że zrobi porządek w torebce. Od kiedy się za to zabiera?

Po drugim sygnale odezwała się Alicja.

– Pewnie znowu nie mogłaś znaleźć telefonu w tym bajzlu torebkowym? Zaśmiała się głośno.

– Nie, byłam w łazience i akurat zadzwoniłaś! Poza tym przed chwilą wróciłam do domu i właśnie oderwałaś mnie od gorącej kawy.

– Pijesz tą pyszną kawę i nawet mnie nie poczęstujesz? Pewnie do tego objadasz się znów pralinkami –zapytała z wyrzutem.

– heh, tym razem nie. Postanowiłam sobie, że do wakacji muszę mieć 4 cm w biodrach mniej.

-Ty? Przecież i tak skóra już na Tobie wisi. Chciałabym mieścić się w ubraniach, które nosisz. Ale dobra, bo za chwilę zapomnę po co w ogóle dzwoniłam. Słuchaj, wydarzyło się coś o czym muszę Ci powiedzieć. Zaraz mnie rozsadzi! Jeśli nie masz nic przeciwko, to wracając z miasta do Ciebie zajrzę, ok.?

– Będę na Ciebie czekać, ale zjem wszystkie pralinki, żeby tylko dla Ciebie nie zostały!

Obie zaczęły się śmiać…

– do zobaczenia!

– pa!

Odłożyła telefon i przez chwilę zastanawiała się o może jej chodzić. Pewnie znów w pracy mieli wizytację i przyjechał ten przystojny kierownik o którym jej kiedyś opowiadała.

Nieważne. Miała ochotę na chwilę zapomnienia, więc położyła się w podwieszonym przy wielkim oknie hamaku. Lubiła tu leżeć, bo słońce świeciło jej w twarz i delikatnie ogrzewało policzki. Nie wiedziała kiedy, ale zasnęła.

Śniło jej się, że jedzie pociągiem i gdy przychodzi konduktor sprawdzić bilety, ona próbuje go znaleźć w swojej torebce. Schodzi jej tak długo, że poirytowany konduktor zaczyna się na nią wydzierać, a ona w panice wywala wszystko na podłogę… nie może go jednak znaleźć, a zamiast tego wszyscy widzą jak wraz z innymi rzeczami, wypada tam wibrator. Pełna wstydu zbiera wszystko do torebki i ucieka do innego przedziału…

Obudził ją dzwonek do drzwi. Nie sądziła, że Ala przyjedzie tak szybko. Zeszła z hamaku i otworzyła drzwi.

– Dzwonię i dzwonię, myślałam że nie żyjesz!

– Jak to? Przecież usłyszałam dzwonek i otworzyłam… Chyba mi się śniło coś dziwnego.

– Stoję tu od pięciu minut, aaale może wpuścisz mnie do środka? Czy może mam tak stać kolejne dziesięć? Powiedziała wyraźnie rozbawiona.

– Jasne, przepraszam.

– Słuchaj. Wydawało mi się, że jak do Ciebie dzwoniłam to akurat piłaś kawę… a z tego co wiem to raczej po kawie nie idzie się spać – zapytała zdziwiona.

– Wiem, wiem. Nie mogłam spać w nocy, a teraz tylko na chwilę się położyłam.

– Nie wiem co Ty to robisz, ale powinnaś chyba sobie trochę odpuścić. Masz za dużo na głowie i dlatego padasz nawet w dzień.

– Spokojnie nic mi nie jest. Napijesz się czegoś?

– Tylko nie kawy. Bo nie chcę iść spać, tylko z Tobą pogadać.

Obydwie się roześmiały.

Przygotowała drugą kawę i już chciała sięgnąć po kruche wafelki, ale w porę się opamiętała. 4 cm! Musi ciągle sobie o tym przypominać!

– Mam nadzieję, że nie słodzisz, bo właśnie skończył mi się cukier.

– Cukier „białe złoto”, pewnie pochowałaś po szafkach przede mną. Ale zapomniałaś, że nigdy nie słodzę – powiedziała ze śmiechem Ala.

– Nawet ja się chciałam przed Tobą schować, ale tak długo dzwoniłaś, że Ci w końcu otworzyłam – odrzekła Asia.

Obydwie śmiały się głośno , ale gdy w końcu uspokoiły się trochę, Ala powiedziała:

– Słuchaj. Przyjechałam, bo sprawa jest bardzo pilna. Dostałyśmy wczoraj informację, a trzeba decydować się do piątku. Potem może już nie być miejsc.

– No, dobrze. Ale może powiesz o co w ogóle chodzi? – rzekła zaintrygowana.

– Pamiętasz tą moją małą kuzynkę, Małą Martę? – zapytała.

– Jasne, że pamiętam. Ale chyba nie przyszłaś mi powiedzieć, że zaprosiła Cię na urodziny? – Magda miała ubaw.

– Nie. Chociaż chętnie bym poszła, tylko tym razem musiałabym poprzestać na dwóch kieliszkach wina do obiadu. …ponoć na kasecie dobrze śpiewam przed całą rodziną!

– Na szczęście nie było mi dane tego słyszeć – Magda zaśmiewała się na całego.

– Słuchaj. Mała Marta, już nie jest taka mała. Wiesz, że ona ma już 19 lat?! A w tym wieku, wiadomo co jej w głowie siedzi. W każdym razie poznała chłopaka, z którym jest ponoć już prawie od roku. „Zakochani bez pamięci”. Ale do czego zmierzam? Ten chłopak pracuje w takiej firmie marketingowej i od czasu do czasu szefostwo w ramach rozwoju pracowników wysyła ich na szkolenia, warsztaty etc. Teraz jest podobnie, tylko że od nich z firmy ktoś nie może jechać i zostało im kilka wolnych wejściówek. Normalnie to szkolenie jest bardzo drogie, ale ta ich firma miała dobry rok i szefostwo się rzuciło. Wiesz… jak o tym usłyszałam to od razu pomyślałam o Tobie – podsumowała Ala.

– O mnie? Myślisz, że chcę jechać i słuchać jakiegoś gadania przez kilka godzin dziennie? Wiesz przecież, że nie lubię takich wyjazdów. Ktoś wychodzi i nawija pół dnia, a Ty siedzisz i udajesz, że robisz notatki – Magda była zdegustowana.

– Ty od razu swoje teorie spiskowe! Nie wydaje Ci się, że przesadzasz? Sama się zastanów: gdzie ostatnio wyrwałaś się na dłużej niż weekend? Ciągle praca i dom, na nic nie masz czasu, a teraz już śpisz nawet w dzień.

W sumie ma chyba rację, ale…

– Nie będę jechać na durne warsztaty, tylko po to, żeby ruszyć się z miasta. Poza tym wiesz, że nie mogę. Mam za dużo obowiązków – z rezygnacją powiedziała Magda.

– No właśnie dlatego musisz jechać! Ostatnio wspominałaś, że kończycie pracę nad projektem i pewnie wpadnie Ci parę groszy, a tam pojedziesz i odpoczniesz. W ramach urlopu.

– No może i bym się gdzieś wyrwała… ale co to w ogóle za warsztaty? – Magda coraz bardziej była zaciekawiona.

– Wiesz, za bardzo nie mam pojęcia. Mała Marta napisała wczoraj do mnie, ale nie miała dużo czasu i za wiele się nie dowiedziałam. Podała mi adres strony internetowej, tam można znaleźć więcej informacji… – odpowiedziała Ala.

– Zostaw mi ten adres, może później tam zajrzę. Choć szczerze mówiąc, to chyba wolałabym pojechać na jakąś wycieczkę, a nie nudne warsztaty.

Rozmowa na tym się skończyła, oczywiście Alicja jeszcze opowiedziała jej wszystkie nowiny z pracy, a było tam też miejsce na krótkie opowiadanie o owym przystojnym kierowniku. Boże, ona znów się wpakuje w jakiś romans – pomyślała. Dobrze, że ja umiem trzymać się na wodzy. Poza tym jednym razem…  Ale to było co innego – zaśmiała się sama do siebie.

Przygotowała obiad, pysznego łososia zapiekanego w cieście francuskim. Lubiła gotować, to chyba jedyna rzecz, która sprawiała jej przyjemność w domu. Czasem, gdy cały świat spał, ona wstawała z łóżka i gotowała nago. Zastanawiała się, co by powiedzieli jej rodzice, gdyby ją taką zobaczyli. Pewnie dostałaby lanie… to było niegrzeczne. Ups, nie powinnam tak myśleć! – skarciła sama siebie – to nieprzyzwoite.

Miała dziś całe popołudnie dla siebie, więc postanowiła, że pójdzie „z kijami” do lasu. Przyda jej się, w końcu 4 cm są celem, a do tego dawno nie spacerowała na świeżym powietrzu. Jak wróci to może dziś w nocy będzie lepiej spać.

Postanowiła, że ruszy o 18ej – i dziś przejdzie przynajmniej 10 km. – kiedy to ja ostatni raz chodziłam? – zastanawiała się. Chyba już z dwa tygodnie temu…

Mając jeszcze trochę czasu, zanim zacznie się przygotowywać – lubiła się rozciągać przez wyjściem „na kije” – postanowiła sprawdzić w Internecie stronę, którą jej podała Ala.

Włączyła komputer i po chwili wpisała..

– Zaraz zaraz, jak to było? Gdzieś miała tę kartkę.

Weszła na stronę, ale pojawił się tam tylko napis:

 Co wczoraj – już było. Co dziś – nastało. Co jutro… zdecyduj.