Wyczyść przestrzeń.

Wyrzuć to, co nie działa.

Wyrzuć wszystko, co nie działa. Teraz. Weź i wynieś na śmietnik.

Buty, dajmy na to, w których się potykasz, jest ci niewygodnie – na śmietnik.

Talerz ze starego serwisu, na którym już nic nie podasz – wystaw przed drzwiami, może ktoś weźmie.

Karteczkę z dietą, przyczepiona na drzwiach lodówki (to już nawet nie jest śmieszne!!!)

Codzienne wieczorne rozmowy telefoniczne: „wyobrażasz sobie, co za koszmar!”, a ty: „Uhm! Koszmar!”, a sama przestępujesz z nogi na nogę, bo twój ulubiony serial zaraz się zacznie, kąpiel stygnie (pachnąca kąpiel po ciężkim dniu). Twoja znajoma (ta od telefonu) ma codziennie koszmar – po co ci to?

Wyrzuć słowa, które wypowiadasz rano do budzika: „jeszcze pięć minut”. Albo wstań od razu, albo ustaw pobudkę dla siebie, a nie dla sumienia. Nie działa!

Wyrzuć zwyczaj pocierania oczu, gdy są umalowane – albo się nie maluj, albo nie pocieraj – przecież oczy to boli!

Wyrzuty z powodu tego, czego dziś nie zdążyłaś zrobić – won. Nobody is perfect – powieś sobie na lodówce zamiast diety.

Wyrzuty z powodu przeszłych czynów, stosunków, znajomości, wyborów, które kiedyś zrobiłaś…

Wyrzuty – won do diabła.

Wszystko się zgadza.

Co by się nie zdarzyło, to był jedyny prawidłowy wybór wtedy, w tamtej sytuacji.

Żadnego żalu – tylko doświadczenie i wdzięczność.

Żadnego rozmyślania „co by było, gdyby…” – albo rób, albo nie myśl.

Spróbuj – jak się spodoba, to idź dalej.

Lodowisko, nauka japońskiego, poznać kogoś, nowa praca, nowa fryzura, teatr… Jutro, dobrze? Choć jedną rzecz, ok? Zamiast rozmyślania, które trzeba wyrzucić.

Wyrzuć zwyczaj przepraszania po kilka razy. Wystarczy jedno szczere „przepraszam”, jeśli jest powód. Reszta to śmieci, balast.

Swetry, sukienki, dżinsy i inne badziewie, które ci nie pasuje, pogrubia, postarza – won! Żadnych „na działkę”, żadnego „do lasu”! Na przemiał! Przecież nie znalazłaś siebie na śmietniku – masz być zawsze piękna!

Wyrzuć „walizkowe relacje”, które są jak walizka bez rączki, co to i nieść ciężko i wyrzucić szkoda. Ręce ci jeszcze nie odpadły? Zdecyduj się i zamień je na eleganckie, z kółeczkami, takie, co same jadą ku radości wszystkich. Zrozumiałaś metaforę? Pięknie, lekko, komfortowo, pewnie.

Resztki kosmetyków, zbędne lekarstwa, przeterminowane kremy – won! Zasługujesz na świeże, dobre, najlepsze.

Obietnice, że „kiedyś” napiszesz, zadzwonisz, zrobisz, zaniesiesz, kupisz – jeśli wiszą ponad tydzień (no dobrze – dwa!) i nikt nie umarł, to znaczy, że są zbędne. Wykreśl.

Słowa „nie umiem”, „nie znam się” – nie działają. Dowiedz się, naucz, poznaj albo zapłać temu, co umie. Przecież nie prowadzisz hodowli kompleksów, tylko chcesz żyć wygodnie, prawda?

Wspomnienia, z powodu których trzęsą ci się ręce i masz łzy w oczach – won! Jak wrócą – ponownie delete. Nie zatruwaj sobie życia. Było – minęło.

Zwyczaj ciągłego ustępowania, bycia „grzeczną dziewczynką”, przemilczania, nawet gdy czegoś bardzo potrzebujesz, ale „co ludzie powiedzą” – wyrwij z korzeniami! Mów, proś, komentuj, wypowiadaj się – grzecznie i taktownie, ale zgodnie z własną wolą i o swoich potrzebach.

Strach przed starością, chorobą, przed nowym, wątpliwości co do swojej urody i wdzięku, brak wiary we własne szczęście – spakuj i spal, a popiół – na wiatr. To nie działa, nie pomaga. Przeszkadza żyć po ludzku.

Zepsute zapalniczki, długopisy, czajnik, kuchenkę – won. Kupisz nowe.

Zwyczaj przepieprzania czasu w internecie – wywal już teraz, zaraz, natychmiast!

Skończysz czytać – idź na spacer. Tam jest dobrze, jest świeży podmuch powietrza, słońce albo deszcz, zieleń albo śnieg. Przejdź się, pooddychaj, popatrz, posłuchaj, powąchaj.To żyje.To działa.

źródło: „Po Pierwsze Ludzie”(fb)

Dawne zapiski.

Kwiat liście unosi ku górze i kąpie się w blasku,

słońca co grzeje od jutrzenki brzasku,

niosąc rozkosz i spokój i ulgę; i oddech złocisty…

światu któreń zimny, pochmurny i dżdżysty.

Jak posłaniec od stwórcy blask rzuca najgorętszy

każdym promieniem otula z radością, w każdej sekundzie otacza swą troską!

dotyka – choć bez dotyku

tuli – choć bez uścisku

ożywia – choć życiem nie jest.

Spojrzenie Twe jedno – jak żar słońca dla Ziemi – pali i grzeje, wzmaga pragnienie.

Darem niebios dla ciemności świata,
Aniołem co w niwecz cień obraca.

Tak ogromna i wzburzona rozkosz Twego wzroku,

sprawia, że jak szaleniec miotam się w amoku.

Każdego promienia pragnę po stokroć,

a każdy Twój uśmiech – boska dobroć!

Palisz i grzejesz, wzmagasz gorących milion pragnień,

lecz tak jak przed słońcem – nie chowam się w cień…

Andrzej

Jak się sadzi palmy kokosowe?

Jestem wielkim szczęściarzem – poznałem świetnych ludzi na wyspie, dzięki czemu mogłem zobaczyć jak wygląda ich prawdziwe życie. Życie zgoła odmienne niż to, które serwuje się turystom.
Pomagałem przyjacielowi sadzić palmy kokosowe!:)

Jak to się robi?
Instrukcja w kilku krokach 🙂
Najpierw, za pomocą 2 metrowego żelastwa, ryjemy dziurę w ziemi. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić… z uwagi na fakt, że mnóstwo tu skał, jedną z dziur ryliśmy przez 40 min – w trzech chłopa, na zmianę!


Kokosy zostawia się na około 3 miesiące – tak powstają sadzonki.

Potrzebny też nawóz – przerobiona przez dżdżownice ziemia, z dodatkiem przepalonych łupin z ryżu, i kilku innych rzeczy.

Kilka “łopatek” na dno dziury.

Potem sadzonka!

… i przyniesiona w baniakach woda “na dobry start” 🙂

Palma kokosowa posadzona!

Za kilka lat będzie taka…

a my weźmiemy z niej to, co najlepsze!

A cała robota ze śpiewaniem piosenek Bob’a połączona…
🙂

Simple life.

Rozmawiam z miejscowymi; pytam o wszystko. Uśmiechają się słysząc moje pytania i odpowiadają… Oczywiście, że jesteśmy szczęśliwi. Simple life – proste życie.

Dotarłem na cudowną plażę. Słońce grzeje, lecz nijak to porównać do polskiego słońca – tu naprawdę ma MOC.
Wziąłem sprzęt i chwilę później dryfuję na powierzchni krystalicznie czystej wody, podziwiając rybki w kolorach “gdzie jest Nemo”. Mija godzina, może więcej, a ja pełen zachwytu wychodzę z wody.
Siadam na kawałku bambusa leżącym nieopodal i witam się z rybakiem, który właśnie postanowił usiąść obok mnie.
Ma 35+ lat, żonę i córkę chodzącą do szkoły. Pytam go, co robił przed chwilą? – bo widziałem, że przed momentem piłowali jakieś kawałki drewna w cieniu kokosowych palm. Odpowiada: NIC. Rozmawiałem z kolegami.
Rozmawiamy o pogodzie, słońcu i niebiańskim kolorze wody. Pytam go, czy jest szczęśliwy?
Oczywiście, że jestem szczęśliwy – gdy jestem głodny, biorę łódkę i płynę, by złapać ryby. Gdy potrzebuję pieniędzy, jeżdżę tricyklem (motocyklowa mini taksówka). A poza tym… poza tym to przez większość czasu siedzę z kolegami robiąc zupełnie nic.
Słucham jego słów i zamyślony wpatruję się w bezkres morza.

Jest gorąco przez cały rok. Żadnych ubrań zimowych, żadnego ogrzewania domu i ścian w systemie 24 cm suporexu i 10 cm styropianu. Owoce zbierasz non stop, bo przyroda jest tu w pełnym rozkwicie. Możesz spać na ziemi, kawałku betonu czy czymkolwiek chcesz. Czasem przydaje się tylko kawałek dachu…
Słońce, morze, czyste powietrze.

Simple life – proste życie.
A piszę to, siedząc tu:

Skok wiary.

Kiedyś, dawno temu był sobie Uczeń, który pobierał nauki u Mistrza. Przez wiele lat przebywał w małej chatce w górach, zgłębiał tajemnice ludzkiego umysłu, nawiązywał dialog ze swoją duszą i Bogiem. Pewnego dnia kiedy skończył poranną praktykę udał się do Mistrza i zapytał:
– Drogi Mistrzu, wiele już się nauczyłem. Jestem szczęśliwy pobierając u Ciebie nauki. Jednak coraz bardziej czuję, że moja dusza pragnie czegoś więcej. Chcę poczuć w pełni swoją moc. Co mam zrobić? – Mistrz się uśmiechnął i odparł:
– Mój Drogi, jeśli tak czujesz, to znaczy, że jesteś gotów.
Następnie wskazał mu skaliste góry.
– Widzisz tam tą wąską ścieżkę? Ona prowadzi nad urwisko. Pójdź tam, a jak dojdziesz na szczyt, skocz w przepaść i zobaczysz, że poczujesz taką moc i wolność, jakiej pragnie Twoja dusza.

Uczeń trochę się zmartwił tą wskazówką, nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Ale kochał swojego Mistrza i mu ufał, więc zaczął przygotowywać się do podróży. Wziął ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszył w drogę. Szedł dzień i noc, w końcu o świcie doszedł na miejsce. Urwisko było przeogromne, w dole nic nie było widać, tylko mgła i ciemność.
– Czy aby na pewno o tej przepaści mówił mój Mistrz? – Zawahał się Uczeń – Przecież tu nic nie widać! Może jednak usiądę sobie, pomedytuję i pomyślę, co zrobić. – Zaczął medytować i im dłużej siedział, tym miał coraz więcej wątpliwości co do skoku.

Nagle zobaczył, że do skraju przepaści nadciąga druga osoba. Była to kobieta, w średnim wieku. Podeszła do niego i zapytała czy to jest ta słynna przepaść w okolicy.
– Tak mi się wydaje – odparł – a dlaczego pytasz?
– Moja Mistrzyni powiedziała mi, że jeśli skoczę w tą przepaść to poczuje wielką moc i pełnię, której pragnie moja dusza.
– To ciekawe, bo ja tu jestem w podobnym celu. Może zanim skoczysz pomedytujesz ze mną? Tak tam ciemno i nic nie widać. Poczekajmy aż wzejdzie słońce, może wtedy będzie widać cokolwiek. Chciałbym wiedzieć GDZIE skaczę, a nie tak na oślep. Przecież to nierozsądne!
– Masz rację, poczekajmy trochę.
Medytowali aż nastało południe, a potem zmierzch i noc. Żadne z nich nie podjęło tematu skoku, zaczęli gawędzić o Prawdach, które nauczyli się od swoich Mistrzów. Przekomarzać się, która ścieżka do przebudzenia jest właściwsza.

Kiedy znowu nastał świt, a oni byli zajęci rozmową usłyszeli, że ktoś biegnie. Zza zakrętu wyłonił się mały chłopiec, miał może 8 może 10 lat. Bieg bardzo szybko, nie zważając na nic. Zaczęli do niego mówić, ale on był tak skoncentrowany na czymś co widział w oddali, że nic do niego nie docierało. Był tylko on i Światło, które go przyciągało. Dobiegł do skraju przepaści i SKOCZYŁ w dal…. I nagle, w mgnieniu oka wyrosły mu przepiękne, złote skrzydła. Tak wielkie, że ich rozpiętość dwa razy przekraczała wzrost chłopca. Poszybował wprost ku słońcu, które wychodziło znad szczytów górskich. Zrobił jeszcze salto w powietrzu, roześmiał się na cały głos z radością i zniknął wkrótce za następną górą. Mężczyzna i kobieta oniemieli. Żadne z nich nie powiedziało żadnego słowa.

“Twoje skrzydła już istnieją. Wszystko, co musisz zrobić, to polecieć…”
Rzuć się w przepaść, skocz w nieznane. Poczuj niepewność w całym swoim ciele. Doświadcz strachu i lęku.
Staw mu czoło – i poczuj… jak lecisz.

Dwa dni temu dotarłem promem do Catalan. Mimo, że wcześniej spotkałem grupę podróżników, serce podpowiadało mi, bym wybrał samodzielną trasę – mimo, iż w grupie raźniej i ‘bezpieczniej’. Wiedziałem, że intuicja zna drogę – moim zadaniem, było się tylko nań skierować.
Rozsądek zostawiłem w tyle i ruszyłem przed siebie. Wsiadłem na inny prom, płynący w inne miejsce, zmierzający… sam nie wiedziałem dokąd.
Było już po zmroku. Ciemną ulicę rozświetlały jedynie przejeżdżające tricykle i… moja latarka. Ten niecodzienny przecież widok, wzbudzał sensację – Filipińczycy zatrzymywali się, albo wskazywali mnie palcem.
Szedłem jednak przed siebie, nie wiedząc nawet dokąd.
Po drodze pytałem o nocleg, lecz nie za wiele udało się zwojować.
W końcu, zmęczony (niewyspany!), trochę głodny i wciąż niepewny nadchodzącej nocy, trafiłem na coś w stylu zadaszonego parkingu przy kościele.
Wszedłem tam. Porozmawiałem z facetem na skuterze. Niezbyt był mi przychylny.
Po chwili jednak udało mi się go przekonać, co by pozwolił mi spocząć na drewnianych płytach, które leżały kilka metrów od niego – zawsze to izolacja od podłoża, a nad głową przeca dach!
Usiadłem, wyjąłem zeszyt i notowałem wrażenia z minionego dnia.
On, oraz kilka innych osób opuszczało teren, dostałem więc instrukcję, by rano zgasić światło i zamknąć za sobą bramę.
Obiecałem tak zrobić, po czym chwilę później poszedłem na drugą stronę ulicy, by poprosić o podłączenie telefonu do ładowania – mapy jednak w podróży się przydają.
Wróciłem do swojej noclegowni, i kilka minut później usłyszałem nadjeżdżający skuter – ów facet przyjechał, by zabrać mnie do małego biura w porcie, gdzie, jak powiedział – będę mógł zostać na noc.
Na miejscu okazało się, że biuro jest bardzo małe (i czynne 24/7), ale poznałem dwóch uśmiechniętych inspektorów portowych i dostałem herbatniki. Oprócz tego, na podłodze za lodówką rozłożyliśmy niewielki materac (który śmierdział “zalany przy ostatnim tajfunie”), więc już miałem swój KAWAŁEK PODŁOGI.

Wielka niepewność co będzie. Wszystko niewiadome.
Maszerujący biały człowiek, w ciemnej krainie.
A chwilę później noc w bezpiecznym miejscu, z przyjaznymi ludźmi wokół.

Skocz.
I nie martw się – polecisz.

Hallelujah, Praise the Lord!

FILIPINY – ach, co za miejsce! :)

FILIPINY 2017.
Podróż przez egzotyczne wyspy trwa… pierwszy raz w życiu widzę tyle kokosowych palm, drzewa bananowca rosnące wszędzie wokół mnie, ogromne tuje i setki roślin, których nie znam.
Jest zielono, wilgotno i przede wszystkim – GORĄCO. Styczeń, to dla nich jeden z najzimniejszych miesięcy – tymczasem ja mam wrażenie, że nawet siedząc, wciąż się pocę…
Absolutnie nie potrzebne są żadne ubrania, poza spodenkami i koszulką – o każdej porze dnia jest gorąco, w nocy, nawet gdy pada – wciąż przyjemnie ciepło.
Hmm… czuję, że nie do końca powiedziałem prawdę. Ubrania są potrzebne, ale tylko gdy jesteśmy w budynkach, autach, busach – koniecznie musimy się chronić przez rozkręconą na maxa klimatyzacją! Tu, inaczej niż w Polsce – wychodzę na zewnątrz, żeby się ugrzać! Wczoraj, gdy wszedłem do pokoju w hostelu, poczułem, że dobrze byłoby mieć rękawiczki! Wcale nie przesadzając! Poprosiłem więc o skręcenie klimy, bo nie dało się tam siedzieć… choć i tak było lepiej, niż minus 25 stopni, gdy opuszczałem Polskę 😀
Filipiny, to kraj azjatycki – w związku z tym panuje tu chaos kontrolowany. Oczywiście na tyle, na ile da się go kontrolować.
Moim ulubionym zajęciem jest przechodzenie przez ulicę – za każdym razem dostarcza niezapomnianych emocji! Myliłby się ten, kto sądzi, że stanie na przejściu, poczeka aż się wszyscy zatrzymają i pójdzie… na drugą stronę. Tutaj,się po prostu wchodzi na ulicę, starając się iść pewnie – wtedy nadjeżdżający z każdej strony kierowcy uwzględniają nowy obiekt w obliczaniu trajektorii swoich wehikułów, i… po prostu nas omijają.
Jak to się dzieje? Tego do końca nie wie nikt, biorąc pod uwagę, że tych skuterów, trójkołówców, jeepneyów i aut jest tyle, że same ledwo się mieszczą na drodze 🙂
Znów mam wrażenie, że troszkę oszukuję, bo przecież najpiękniejszą czynnością jest jazda… jeepney’ami. Są to pochodne starych, amerykańskich jeepów, które po wydłużeniu przestrzeni ładunkowej o jakieś 4 metry, stały się kursującymi autobusami. Kursują po określonej trasie, wskakujemy do nich kiedy chcemy, i tak samo robimy wysiadając. Najlepsze dla mnie miejsce jest zawsze nie w środku (gdy widzą białego, starają się zrobić miejsce na ławce w środku), jednak ja zawsze staję na stelażu na zewnątrz, trzymając się tylko przyspawanej rurki – wtedy od klaty w górę jestem ponad dachem i mam doskonały punkt obserwacyjny. Oczywiście przysparza to mnóstwa wrażeń, bowiem z bezpieczeństwem nie ma to nic wspólnego… ale za to właśnie uwielbiam Azję! Chaos kontrolowany, w którym wszystko jest dozwolone, nic zabronione! Jeśli nie będę się trzymał, to spadnę – ot cała zasada bezpieczeństwa. Nie jak u nas w Europie – pasy, przepisy i nakazy.
Tu przewozi się tylu ludzi, ilu da się upchnąć, tyle towaru ile wejdzie… nawet jeśli wystaje przez okna i dach.
W tym wszystkim, uniwersalnym językiem jest… klakson.
Spełnia wiele zadań, jest informacją, że jedziemy, ostrzeżeniem, byśmy nie robili manewru, gniewnym wyzwiskiem (choć mam wrażenie, że w tym wszystkim – to najrzadsze). Klakson, i jeszcze raz klakson. Tu jednego dnia słyszysz go więcej, niż przez dwa lata mieszkania, choćby i w Warszawie.
Azja…
Upał, palmy i chaos. Uśmiechnięte twarze Filipińczyków i radość z odkrywania egzotycznych smaków i miejsc! 🙂

Filipiny 2017.

TO BEGIN, BEGIN.

Słowa, które usłyszałem będąc w Norwegii. Czyż może być coś genialniejszego w swej prostocie? 🙂

Jestem w Genewie – po raz kolejny Wszechświat wskazał mi ‘kropki’, które ja tylko połączyłem. On to pięknie ustawia, ja przesuwam się jedynie po wyznaczonym torze – robiąc to, co najważniejsze.
AKCJA.
Bez niej – nic się nie zmienia.

0 16:00 wylot do Kuwejtu, i przesiadka do Manili. Hallelujah!

Jeden z moich ulubionych cytatów, o podróżach traktujący:
„Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem.” Cesare Pavese

Wiadomość do… wszystkich.

Napisane do pewnej osoby, przydać się jednak, może każdemu…

Miło się czyta takie wiadomości, fajnie jest… słyszeć dobre rzeczy. Czasem jednak słyszę też to, co niekoniecznie mógłbym uznać za pozytywne – piszą, lub komentują ludzie, do których moje przesłanie zupełnie nie trafia, a na co oni reagują dość dużym oburzeniem. Nie przejmuję się tym jednak, wiedząc, że sam kiedyś oceniałem innych, że sam reagowałem tak, jak oni. Potem przyszedł czas, w którym zrozumiałem, że każda ocena, którą wystawiamy komuś innemu, jest tylko ocenianiem siebie samego – to, że ktoś coś robi, a nas to boli, to niezawodny znak, że mamy do siebie żal. Żal, iż sami w tym kierunku nie idziemy. Dlatego liczę się z tym, że zawsze kogoś zabolą moje filmiki – a może raczej to, że nagrywam, nieważne o czym.

Do tego dochodzi zrozumienie, że ilu ludzi, tyle opinii.. i nigdy wszystkim nie dogodzisz. Wiesz, że są ludzie, którzy nie lubią lodów albo bananów?

Może być ciężko to zrozumieć, a jednak tak właśnie jest – zawsze się znajdzie ktoś, komu się to nie będzie podobało… no i co? czy to ma Cię powstrzymać przed mówieniem co myślisz?

Bashar kiedyś powiedział, że piosenkarz, który śpiewa, po prostu śpiewa. Są ludzie, którym się podoba jego twórczość, są też tacy, którym kompletnie to nie odpowiada – więc co? Jedni go słuchają, inni nie. Tyle.

Jeśli czujesz zew, powołanie, chęć – jakkolwiek to nazwiesz, to… działaj. Nie ma lepszego czasu niż teraz, nigdy nie będziesz bardziej gotowa niż jesteś TERAZ. To, czego masz się nauczyć, wyjdzie po drodze… Zaczynałem od najprostszych sposobów przycinania filmików, potem wymyślałem inne rzeczy… wszystko dzieje się, gdy TY działasz. Innego sposobu nie ma 🙂

Mówisz, że nikt mnie nie porwie, zgwałci… kto wie? Jak jechałem stopem na Saharę, miałem sytuację w Hiszpanii, kiedy zatrzymał się jakiś facet i chciał mnie podwieźć. Akuratnie zmierzałem w drugą stronę, co po chwili okazało się dużym szczęściem – gdy odjeżdżał, zobaczyłem wytatuowane na jego ciele dwa pistolety. Kto wie, co mnie czekało w jego samochodzie?

Nigdy nie wiadomo, ale z drugiej strony, nigdy nie wiadomo co Cię czeka, gdy wychodzisz do pobliskiego sklepu. Zawsze może się wydarzyć COŚ… Jedyne czym różnią się te sytuacje, to fakt, że w podróży jesteś tego bardziej świadoma. Ale i na to jest sposób, bo przecież wystarczy ‘wkładać sobie do głowy’, że będzie okej… i tak się właśnie dzieje 🙂

Poznałem kiedyś dziewczynę, która objeździła na stopa cały Iran. Inna z kolei, dotarła aż do Konga. W pojedynkę.

Jak więc sama rozumiesz, można! 🙂

Nie martw się na zapas, działaj.
Jak powiedział Mark Twain “Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”

dsc00489ahoj przygodo!

Czy już zacząłeś?

Tekst zaczerpnięty z materiałów Mateusza Grzesiaka. Polecam 🙂

“Czy już zacząłeś? Czy idziesz dalej?

Najpierw coś Ci wychodzi. Strzelasz gola na boisku, śpiewasz ładnie piosenkę, tłumaczysz coś koledze w pracy. Wtedy ktoś mówi Ci, że powinieneś to robić, że się do tego nadajesz. Nie wierzysz w to, więc zbijasz jakimś głupim argumentem typu: “To był tylko przypadek”. To pierwszy etap – powołanie.

Ale ciągnie Cię do tego. Umysł nie daje Ci spokoju, produkując kolejne fantazje “co by było, gdyby”. Gdybyś bił piłkarzem i zdobył złotą piłkę. Piosenkarką, która wydała platynową płytę. Trenerem z zabookowanym na miesiące do przodu kalendarzem. To drugi etap – przekonywanie się.

Gdy w końcu dasz sobie prawo na materializację nadziei, zaczynasz nieśmiało ćwiczyć. Chodzisz częściej na boisko. Śpiewasz przed lustrem swoje ulubione kawałki. Rozmawiasz z ludźmi w taki sposób, by mieć sposobność dać im choć najmniejszą radę. Ten trzeci etap nazywa się inicjacją – jesteś na początku drogi i myślisz, że może jednak coś z tego będzie.

Ale za chwilę dostaniesz po dupie. Na boisku pojawia się silniejszy gracz i widzisz, jak wiele Ci brakuje. Śpiewasz w jakimś konkursie i zajmujesz przedostanie miejsce. Chcesz kogoś czegoś nauczyć, a w internecie widzisz kogoś, komu do pięt nie dorastasz. Ten czwarty etap to porażka. Jeśli się teraz poddasz, będziesz zgorzkniały i zaczniesz udawać, że przeciętność Cię zadowala.

Chyba, że weźmiesz to na klatę i wrócisz następnego dnia na boisko, na zajęcia ze śpiewu, na szkolenie. Dla większości będziesz pośmiewiskiem. Dla niewielu kuriozum. Ale dla jednostek na samej górze jesteś nadzieją, że będą mieli za jakiś czas partnera. Oni to rozumieją, bo sami przez to przechodzili. To etap piąty – pozostanie w grze.

Rozpoczynasz rzemiosło. Już wiesz, że nie będzie łatwo, ale dzięki temu przestajesz się łudzić. Zbierasz bęcki na boisku, ale trener zaczął minimalnie zwracać na Ciebie uwagę. Ciągle jesteś strofowana za fałszowanie, ale śpiewasz nadal. Występujesz na scenie i końca błędów nie widać. To szósty etap – treningu.

Po jakimś czasie przychodzi pierwszy sukces. Strzelasz gola w trudnej sytuacji. Śpiewasz i dostajesz brawa od innych. Wrzucasz film w sieć i pojawiają się pozytywne komentarze. Dotykasz rzadko spotykanego wcześniej luksusu bycia dobrym, a nawet tak krótki kontakt z nim wystarcza, byś się wzmocnił. To co robisz, działa. Jedziesz dalej. To siódmy etap – motywacji.

Po pierwszym sukcesie są kolejne. Jesteś nadal cienki, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Niektórym się nawet podobasz. Ćwiczysz, więc liczba podziwiających się zwiększa, aż w końcu jest ich wystarczająco dużo, by zacząć zarabiać na tym pieniądze. Cieszysz się coraz bardziej, ale Twój entuzjazm gaśnie, gdy gdzieś czytasz o sobie pierwszy niewybredny komentarz. Kolejne są jeszcze gorsze i w koktajlu żalu, smutku i wściekłości wchodzisz na etap ósmy – hejtu. Jeśli zejdziesz do jego poziomu, przestaniesz ćwiczyć i zaczniesz staczać się w otchłań ludzkich kompleksów, cieni, demonów. I skonasz w nim tak samo, jak konają w nim ci, którzy zeń w Ciebie plują.

Ale grasz dalej. Już nie jesteś cienki, bo obok techniki pojawia się też dojrzała osobowość, która zaczyna rozumieć skąd biorą się problemy innych. Zaczynasz być dobry, naprawdę dobry, tak że jest o Tobie coraz głośniej. Widzisz, że te dwie energie – podziwu i poniżania, wsparcia i niszczenia, prawdy i kłamstwa są dwoma stronami tej samej monety. To się nigdy nie zmieni, a Ty poznajesz zasady i przestajesz z nimi walczyć. To dziewiąty etap – akceptacji.

Masz teraz tak dużo, że nie dasz rady sam tego skonsumować. Ogarniasz świat materialny i stajesz się kreatorem rzeczywistości. Masz pieniądze, sławę, zrealizowałeś wszystkie marzenia i dopiero teraz widzisz zewsząd cierpienie innych. Zamiast treści, widzisz formę. To etap dziesiąty – służby, na którym są wszyscy ci, którzy nie mają już nic więcej do osiągnięcia, bo to nic nie zmieni. Bez służby nie byłbyś w stanie żyć – za dużo widzisz cierpienia, za dużo lęku, za dużo prymitywizmu, za dużo agresji. Ale ponieważ sam tam byłeś i sobie z tym poradziłeś, postanawiasz być pożytecznym dla świata. To ostatni etap.”

Historia pewnej piosenki.

Czas już jakiś temu, napisała do mnie pewna dziewczyna. Zupełnie Jej nie znałem, lecz najwyraźniej ona skądś znała mnie – przynajmniej ze słyszenia. Zaproponowała mi wspólny wyjazd na Drugi Zlot Paragonowy, w Szklanym Zamku w Osłoninie.
Wziąłem samochód, zapakowaliśmy się i pojechaliśmy.
Poznałem zajebistych chłopaków z “Paragonu z podróży”, gdzie piszą o tanim podróżowaniu. Poznałem też niesamowite miejsce nad Zatoką Pucką, gdzie życie wyglądało troszkę inaczej, niż to ma miejsce powszechnie. Inni ludzie, inne zasady, inne dosłownie wszystko (nawet wanna była wielkości przeciętej na pół cysterny – kto wie, może nawet nią była).
Dwa, a może trzy dni spędzone w towarzystwie pozytywnie zakręconych ludzi, którzy uwielbiają podróżować, i robią to, na wszelkie możliwe sposoby. W trakcie zjazdu i ja miałem swoją prelekcję, o Wiśle trochę opowiadając.
Na jednej ze ścian wisiała duża tablica, na której każdy mógł wpisać coś, co uważał za stosowne. Tematem przewodnim było:
MIEJSCA DO ZOBACZENIA W POLSCE.
img_5337
Na miejscu był stary Land Rover Defender. Dla wielu ludzi samochód kultowy. Dla mnie – terenówka, więc zaciesz miałem od pierwszego “wsiąścia” 😀
Nie wiem ile osób wsiadło na pakę, ale z przodu siedziało nas trzech: ja (trzeźwy kierowca), Patryk (jako automatyczna skrzynia biegów) oraz Maciek (jako hamulec postojowy i serwisant).
Ruszyliśmy w (zbyt) daleką podróż – od zatoki, aż na Hel. Nie jest to wiele kilometrów, natomiast jeśli jedzie się zabytkowym autem w takim stanie… cóż, uciechy było co nie miara!
Hamulce – praktycznie nie istniały. Jedynym sposobem by zwalniać, było hamowanie biegami. To z kolei, nastręczało innych trudności, ponieważ skrzynia pracowała dość słabo (trzeba było losować biegi jak w starym jelczu), w dodatku wajcha była w znacznej odległości od kierownicy. Poświęcając pełną uwagę temu, by nie rozjechać nikogo na drodze, ani nie wbić się w tył innych pojazdów, niewiele pamięci RAM w mojej głowie, zostawało na obsługę skrzyni biegów.
Gdyby na tym się kończyła lista nie do końca normalnych funkcji tego auta… tymczasem, hamulec postojowy był niczym innym, jak tylko solidnym kawałkiem drewna, który trzymaliśmy pod nogami, a za którego obsługę, odpowiedzialny był Maciek. Wyskakiwał za każdym razem z samochodu, i możliwie jak najszybciej, podkładał go pod jedno z kół.
Najciekawszym jednak dla mnie, było tankowanie owego auta. Otóż nie podjeżdżaliśmy (jak to większość ludzi ma w zwyczaju) pod dystrybutor na stacji benzynowej – nie, my zatrzymywaliśmy się pod Biedronką, po czym kilka osób szło do sklepu, by za chwilę wrócić z kilkunastoma butelkami oleju. Słonecznik, rzepak – nie było znaczenia.
Całość naszej wyprawy przedstawiała się więc dość komicznie. Podczas jazdy skupiałem się na tym, by w nic nie wjechać, Patryk losował biegami, Maciek skakał z drewnianym klockiem, a cała paka ludzi robiła różne dziwne hałasy, śmiejąc się lub przeżywając wraz z nami chwile trwogi, gdy coś działo się na drodze. Oczywiście wisienką na torcie, były zmieszane miny przechodniów, podczas gdy wlewaliśmy olej do naszego wehikułu 🙂
Wyprawa jednak zakończyła się dobrze, nikt nie ucierpiał (poza skarbem państwa z racji tańszego paliwa) i po kilku godzinach wróciliśmy z wycieczki.
img_5341

img_5096
Jako, że w trakcie dnia spacerowaliśmy po plażach, walczyliśmy z samochodem, deszczem, wiatrem oraz zmęczeniem po nieprzespanej nocy, teraz czuliśmy się całkiem wypompowani. Zjedliśmy coś na kształt obiadu, po czym każdy usiadł w możliwie jak najwygodniejszym miejscu.
Leniwie toczyły się rozmowy; ktoś coś popijał, ktoś dojadał – generalnie atmosfera totalnego chillout’u. Wtem, z przymkniętych na wpół powiek, ujrzałem niewiastę z gitarą!
Nie wiedziałem skąd się tam wzięła, niemniej jednak BYŁA. To nie zrobiło jeszcze na mnie dużego wrażenia (ileż to już w życiu osób z gitarrrą spotkałem), tymczasem po chwili… zaniemówiłem.

Siedziała naprzeciw mnie i nie dość, że grała, to jeszcze śpiewała. A śpiewała piosenkę, która porwała moją duszę gdzieś wysoko w niebo, gdzieś gdzie czas się zatrzymał, gwiazdy gasły, a ja – szybowałem w nicości.
Nigdy przedtem tej piosenki nie słyszałem, nie wiedziałem, że istnieje.

Nie jest to dobre wykonanie, lecz najlepsze jakie znalazłem do tej pory. Chciałbym, żeby ta dziewczyna nagrała cover – tęsknię za jej głosem, za jej wykonaniem!
https://www.youtube.com/watch?v=gVmt6SZUEPM

Tego wieczoru jeszcze wiele razy prosiłem ją, by to zagrała. A ona, nie wiedzieć czemu – wciąż mi to grała, jak dziecko kołysanką hipnotyzując…

Kilka dni później zdobyłem jej adres, i gitarę mą wysłałem. U mnie trochę na niej osiadał kurz, u niej – ach, niech ta piosenka rozbrzmiewa jak najgłośniej!

Lista marzeń.

Nie do końca wiem skąd się biorą nasze marzenia. Czy to za sprawą nagłych olśnień, impulsów czy zwyczajnej ‘podniety’, która wystąpiła, gdy o czymś usłyszeliśmy? Czy może przeczytany gdzieś artykuł lub sama, egzotycznie brzmiąca nazwa, która zapadła w pamięć?
Weźmy na przykład jedno słowo:
Titicaca.
Mówi Ci to coś? Może wiesz co oznacza, lecz u Ciebie nie budzi żadnych emocji? U mnie powoduje szybsze bicie serca. Czemu? Nie wiem sam. Kojarzy mi się po prostu z odległymi lądami – pewnie na lekcji geografii usłyszana, na zawsze zostanie w mej pamięci, synonimem przygody pozostając.
Amazonia. Borneo. Uprząż alpinistyczna. Cokolwiek. Dla Ciebie bez znaczenia, dla mnie – słowa klucze.

Marzenia. Czy ich zestaw mamy wbudowany w swoją istotę, gdy na Ziemię przychodzimy? Czy podczas naszej tu podróży, nabywamy swoiste misje do spełnienia?
Coś chcesz, lecz nie do końca wiesz czemu. Coś Cię w danej rzeczy, w danym miejscu lub czynności – POCIĄGA. Gna naprzód i porywa Twoje serce.
Mam listę rzeczy, które chcę/lub chciałem zrobić, przed odejściem z tego świata. Nie wiem czy ma ona koniec, bo przecież ciągle ją aktualizuję… Niemniej jednak, trochę już punktów odhaczyłem! 🙂

1. Spędzić noc na pustyni.
2012 rok.  Z powodu braku środków na odbycie podróży w inny sposób, ale przede wszystkim – z chęci przeżycia prawdziwej Przygody (przez bardzo duże Pe), ruszyłem tam autostopem. Celem była Sahara. To przecież ona najbardziej me zmysły od dawnych lat rozpalała. To właśnie stamtąd dochodził do mnie prawdziwy ZEW!
Noc pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem na Ziemi. Magia w czystej postaci!
dsc00478-kopiowanie

2. Skoczyć na bungee.
Rok 2010. Okazja pojawiła się, gdy byłem ze znajomymi na Katorgaliach (imprezie studenckiej). Na miejscu był  dźwig – więc nie było z czym zwlekać! Wjechałem na siedemnaste piętro (51 metrów), stanąłem przerażony wysokością, a chwilę później puściłem się uchwytów… i prułem powietrze, pikując głową w dół. Przeżycie niezapomniane. Jak mawiał mój kolega: kupa w majtach.
Film ze skoku do obejrzenia na moim kanale YouTube –https://www.youtube.com/watch?v=daddRqbolZI

3. Przepłynąć Wisłę.
Rok 2013. Mały, dmuchany ponton, wiosła zrobione z trzonków od łopaty, trochę jedzenia i… Wielka Rzeka.
Od pływaniu po rzekach nie wiedziałem nic. Przeczytałem spis przeszkód na trasie (oczywiście tylko tych, które zbudował człowiek – milionów innych nikt nie mógł spisać), ruszyłem pociągiem do Krakowa i… wiosłowałem po kilkanaście godzin dziennie.
Wisła to cudowna rzeka; pełna jest niespodziewanych atrakcji, obracających ponton wirów czy wielkich ryb, ale też niezapomnianych widoków, rozległych pejzaży i niesamowitej dawki adrenaliny. Żywioł w czystej postaci. Piękno natury, dające się poczuć, gdy śpisz na dzikich wyspach czy zarośniętych jej brzegach.
Cała opowieść do poczytania w mojej książce – zakładka “Wisłą, z Krakowa do Gdańska”.
dsc02971

4. Skok ze spadochronem (lub, jak mówią niektórzy – skok ze spadochronu :D).
Rok 2010. Lotnisko Kruszyn, k. Włocławka.Kilka razy rozmawiałem o tym pomyśle z moim bratem. Któregoś dnia zadzwonił i zapytał: może byśmy skoczyli w weekend?
Marzyło mi się, by skoczyć przy pięknej pogodzie, gwarantującej maksimum wrażeń. W sobotę padał deszcz – w niedzielę mieliśmy skakać. Siła naszej wyobraźni jest niezrównana… i następnego dnia było bezchmurne niebo! Dokładnie tak, jak to sobie wymyśliłem!
Pojechaliśmy na miejsce, trzęsąc się z podniecenia. Po krótkim instruktażu załadowałem się na pokład samolotu. Wznosiliśmy się dość szybko, a gdy osiągnęliśmy właściwy pułap (4000 m.), samolot zrobił się pusty – wszyscy po kolei wyskoczyli i zostałem sam z przypiętym do mnie instruktorem.
Doszliśmy do drzwi (których nie było) i oto moim oczom ukazał się niezapomniany widok – przestrzeń tak ogromna, że trudno było objąć ją wzrokiem, a w dole, leniwie wijąca się Wisła. Ogromny pęd wiatru, jego szum… i już moje nogi odrywają się od pokładu samolotu. Najcudowniejszy moment w moim życiu!
Minuta lotu z prędkością 200 km/h, po czym otwarcie czaszy i kilka minut powolnego spadania.
Kwintesencją skoku były słowa instruktora, podczas lotu na otwartym spadochronie:
“Witam w moim biurze”.
dsc_3882

5. Wejście na Rysy.
Rok 2014. W nadziei, że będzie trochę luźniej, wybraliśmy wrzesień. Ja i mój dobry kolega Robert. Poszliśmy, weszliśmy. Widoki przecudne, wrażenia fantastyczne. Uwielbiam góry!
img_0451-kopiowanie

6. Własna książka.
Mógłbym zmieścić to w jednym akapicie, razem z Wiślaną przygodą, lecz… marzeniem moim to było od zawsze. Napisać książkę, przelać słowa na papier, podzielić się tym, co w mej głowie. Idealnie się złożyło, że moje przemyślenia mogłem połączyć z opisem wyprawy – a może na odwrót? Rzeczy, których doświadczyłem na Wiśle wiele mnie nauczyły i cudownym uczuciem było móc je przelać na papier! 🙂

7. Skoczyć z molo.
Rok 2010. Jedziemy z kumplami nad morze, by na okres lata stać się niosącymi pomoc stróżami – ratownicy WOPR jadą po przygodę. Stacjonujemy w Dziwnowie, lecz podczas odwiedzin u znajomych w Międzyzdrojach, docieramy na molo. Nie znamy ‘terenu’, więc naturalnie dajemy pierwszeństwo rdzennym mieszkańcom tych ziem, a chwilę później staję na krawędzi drewnianego pomostu. Do wody jest jakieś 7-8 metrów, więc nogi lekko drżą.
Chwila niepewności… i lecę wprost do wody! Lot trwa tyle co mrugnięcie okiem, lecz dokładnie pamiętam nerwowe zaczerpnięcie powietrza, podczas jego trwania.
Wpadam do wody i z radości krzyczę! Płyniemy szybko na koniec molo, oto bowiem zbliża się zaalarmowana przez turystów motorówka…
Coś pięknego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

8. Zapalić w Holandii.
Rok… chyba 2010. Wraz z moim przyjacielem postanawiamy się wybrać do Niderlandów. Jego wujek jeździ na międzynarodowych trasach, więc mamy podwózkę do “połowy” trasy. W międzyczasie znajdujemy innego kierowcę, który odpowiada na nasz apel nadany przez CB Radio.
Facet jest co najmniej… nienormalny. Zapętlona płyta z biesiadnymi piosenkami (nigdy nie zapomnę “Ale jaja, ale jaja… ale jaja… ale jajaaa…” – https://www.youtube.com/watch?v=CA6olyaudU4), z tyłu auta jakieś sadzonki pomidorów, przy drążku biegów – szklanka z wodą do gaszenia petów. Do Holandii mieliśmy tylko 4h jazdy. Przy sposobie bycia tego człowieka i jego stylu jazdy, wydawało się to wiecznością. Oczywiście na autostradzie spalił się TIR, więc podróż zajęła godzin OSIEM. Po drodze milion niebezpiecznych manewrów, dwie kłótnie na środku drogi i cała masa innych, naprawdę dziwnych akcji.
Dotarliśmy. Do coffe’shopu poszliśmy. Na własne oczy zobaczyłem, jak na parapecie pną się w górę zielone roślinki. Na własnych płucach poczułem, jak smakuje dobrej jakości marihuana, wypalona wespół z dwoma afroamerykanami 😀

9. Skoczyć na rowerze do jeziora.
Nie pamiętam kiedy to było… na pewno nie tak dawno. Nadarzyła się okazja, więc… rozpędziłem się na pomoście i skoczyłem zeń wprost do jeziora.
Chwilę zajęło wyciągnięcie roweru, ale było warto!
P.S: Czy ktoś jeszcze miewa takie pomysły? 😀

10. Przepłynąć wpław całe jezioro.
Łęckie (na mapie Łąkie). Zbiornik wodny, który znam na pamięć. Kąpałem się tam tysiące razy, lecz zazwyczaj przepływałem je wszerz. Któregoś dnia wziąłem kumpla z łódką (do asekuracji) i ruszyłem wzdłuż. 2 h ciągłego płynięcia, trochę ponad 5 kilometrów długości…
Cóż za satysfakcja!

11. Kochać się pod rozgwieżdżonym niebem.
Ciepła, letnia noc. Ja i… ona. Miliard gwiazd na niebie, i my, w miłosnym uniesieniu.
Tarzamy się po trawie, ja na niej, ona na mnie. Zmieniamy się co chwilę miejscami, całując i pieszcząc nasze ciała. Ziemia pod nami pulsuje, a my wraz z nią, doprowadzając się na szczyt przyjemności… Spleceni w miłosnej ekstazie, regularnie falujemy w rytmie pożądania…
Czas zdaje się płynąć inaczej, zastaje nas świt. Szczęśliwi ze zmęczenia, potargani i spełnieni, zostawiamy za sobą wygniecioną trawę.

Szybkie bicie serca… na myśl o tej nocy.

12. Wykąpać się zimą.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem. Czytam wszystko, co się da na ten temat znaleźć, potem jadę nad jezioro, rozgrzewam się i wbiegam do wody. Szok, brak tchu i lodowe ściśnięcie całego ciała. Pluskam chwilę, bawię się nowymi odczuciami w ciele, a potem wybiegam, by szybko się wytrzeć, i w ubrania wskoczyć. Narkotyk – wiele osób twierdzi, że to narkotyk. Krew, która spłynęła z całego ciała, by się ogrzać w głównych organach, teraz, chwilę po wyjściu, zaczyna krążyć na powrót po całym ciele. Każdy, dosłownie każdy mięsień zaczyna pracować i grzać – tego nie da się opisać, to trzeba poczuć. Uwaga, można się uzależnić.

13. Polecieć Myśliwcem!
Do zrobienia 🙂

14. Polecieć w kosmos.
Kilka razy byłem… lecz przydałaby się podróż w troszkę innej formie 😀

15. Wspiąć się na sekwoje.
Ileż to razy mój umysł pracował na najwyższych obrotach, gdy w Planet Earth wspinających się ludzi widziałem…

16. Zobaczyć Wielką Piątkę afrykańskiej sawanny.
Dzikie zwierzęta. Fascynuje mnie to, że wciąż obok nas żyją. Kocham je tropić w lasach, spotykać przy wodopojach, czy mieć bliskie spotkania w leśnej gęstwinie. Cywilizacja betonu i asfaltu, zaawansowanych technologii i internetu… a obok tego wszystkiego, cicho przemykają przez leśne chaszcze, dzikie wciąż zwierzęta 🙂

Drzewo. Drzewa. Majestat i piękno.

Drzewa są czymś więcej, niż zdrewniałą rośliną. Są dla nas transmiterami Energi, którą pobierają od Słońca, w zamian dając nam tlen. Słyszałem, że są odbiornikami, które pochodzą od Matki Ziemi.
Kocham je.
Wspinam się na nie, by zobaczyć świat z innej, rzadkiej dla nas, perspektywy. Przytulam się do nich, prosząc o Moc. Podziwiam ich niezwykłą budowę i to, jak potrafią się transformować wraz z przemijającymi porami roku.

Za każdym razem, gdy widzę je leżące na ziemi, gdzieś w głębi siebie odczuwam smutek, lecz i cieszę się, bowiem robią miejsce dla kolejnych, czekających w kolejce nasion, które wreszcie mogą wykiełkować. I rozpocząć swoją wędrówkę ku promieniom słońca…

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Uśmiech.

Jaki był najszczerszy uśmiech, który widziałeś? Kto się uśmiechnął do Ciebie najserdeczniej? Kto się uśmiechnął najpiękniej?
Kto uśmiechał się tak, że nie dało się nie odwzajemnić uśmiechu?

.
Kiedy Ty uśmiechnąłeś się do kogokolwiek? Kiedy Ty uśmiechnąłeś się serdecznie? Albo szczerze, zwyczajnie?
.

A kiedy uśmiechnąłeś się sam do siebie? Albo do swoich planów? Albo po tym, jak coś zrobiłeś – niezależnie czy fajnego czy głupiego?
.
Uśmiech.nij się – cóż milszego!

Raw Power!

Czwarty (prawie piąty) dzień jedzenia wyłącznie surowych produktów. Kalafior, pomidory, kilogramy winogrona, marchewka (i soki z niej), brzoskwinie i nektarynki, sporo orzechów i nasion, a do tego wielka potrzeba zasadzenia rzeżuchy.
Wody znacznie mniej niż wcześniej – chyba ta, którą przyjmuję z pożywieniu, jest wystarczająca. W końcu nie marnuję jej na trawienie pieczywa i tym podobnych atrakcji.
Sen – krótszy, lecz głęboki i regenerujący (wcześniej problemów ze spaniem nie było).
Zwiększona ilość posiedzeń… i bynajmniej nie mówię o sejmie 🙂 Mam wrażenie, że organizm zrzuca to, co nagromadziło się w bebechach, a czego wcześniej nie miał czasu zrzucić, bo był zajęty trawieniem coraz to nowych porcji pożywienia.
Samopoczucie ogólne? Wycie (nie tylko do księżyca), śpiewanie, skakanie, radość, napady śmiechu… oraz zwiększona świadomość ciała.
Nagłe zwracanie uwagi na pracujące w udzie mięśnie. Klarowanie się myśli… coś jakby forma odbudowy pierwotnego JA.
Poczucie, że przynosi to ukojenie i harmonię dla całego ciała – z pewnością dobry kierunek! (tak mi serce podpowiada).

Przez pierwsze 3 dni pojawiał się też ból głowy (bardzo rzadkie u mnie zjawisko) i dziwny kaszel (coś jakby schodziło z płuc) > cieszyło mnie to bardzo, bo organizm reagował! 🙂

Ciekaw jestem bardzo CO DALEJ…
Hallelujah,
Praise the Lord!

http://polakuleczsiesam.pl/surowa-dieta-wyleczyla-raka-tarczycy/