20 rzeczy.

Zbyt często pozwalamy, by małe, niewiele znaczące, codzienne frustracje odbierały nam radość życia i przesłoniły jego piękno. Cokolwiek nie idzie po naszej myśli, zamienia się w problem, który rzutuje na nasze relacje z najbliższymi, atmosferę w domu, wybory i decyzje. A gdy by tak, w końcu, nauczyć się oddzielać to, co naprawdę ważne, od tego, co z perspektywy czasu wyda się nam błahostką?

Jest kilka takich rzeczy, które zużywają zdecydowanie za dużo naszej energii psychicznej i fizycznej, kiedy jesteśmy młodsi, zbyt młodzi, żeby zdać sobie z tego w porę sprawę, żeby się otrząsnąć i zacząć żyć inaczej, lepiej, spokojniej.

20 rzeczy, które za 20 lat przestaną być takie ważne

1. Nieuniknione frustracje przeciętnego dnia

99,9%, tego, co stresuje cię dzisiaj, za miesiąc nie będzie się liczyć. Prędzej czy później będziesz wiedzieć to na pewno. Więc po prostu, idź dalej, do przodu.

2. Drobne porażki, których jesteś świadomy tylko ty sam

Kiedy ustanowisz życiowe cele, wkalkulujesz w nie ryzyko, zrozumiesz, że czasem odnosi się sukcesy, czasem się przegrywa. Obie strony medalu są równie ważne.

3. To, co mogłoby, albo powinno być „idealne”

Kluczem do okrycia tajemnicy dobrego życia, jest zrozumienie różnicy między rozsądkiem, a dążeniem do perfekcjonizmu. Ten ostatni faktycznie uniemożliwia dokonanie czegoś wartościowego w taki sposób, żeby przynosiło to satysfakcję.

4. Pewność, zanim zrobisz pierwszy krok

Wydaje nam się, że musimy ją mieć, zawsze. Bez niej, blokują nas i hamują wewnętrzne lęki. Problem w tym, że na życiowej drodze, rzadko mamy pewność, kiedy zaczynamy coś od nowa. Wiarę w siebie i swoje możliwości buduje się stopniowo. Czasem musimy wyjść z własnej strefy komfortu i zaryzykować swoją dumę.

5. Zawiłości w relacjach z bliskimi

Czas uczy, że nie otrzymamy tak naprawdę niczego w życiu, jeśli czegoś nie oddamy.

6. Popieranie abstrakcyjnych, odległych idei

Chcesz walczyć o lepszy świat? Zacznij od najbliższego otoczenia. Naucz się rozmawiać z bliskimi, stwórz dzieciom dobry, bezpieczny dom. Kochaj swoją rodzinę. Bądź dobrym sąsiadem. Uosabiaj to, co głosisz.

7. Presja szybkich osiągnięć

Chcesz mieć wszystko od razu… Kiedy jesteśmy młodzi, wydaje się nam, że „szybciej” znaczy „lepiej”. Czas mija i orientujemy się, że w tym pośpiechu ominęło nas to, co najważniejsze.

8. Pokusa szybkich rozwiązań

Wszystko, co warte zachodu, musi kosztować poświęcony mu wysiłek: dobra miłość, udany biznes, istotne zmiany w życiu, zdobycie wykształcenia, wychowanie dzieci.

9. Planowanie ponad swoje możliwości

Nie „zapychaj” swojego życia planami, grafikami, trudnymi celami. Zostaw przestrzeń. Wiele wspaniałych rzeczy wydarza się, kiedy wcale ich nie planujemy.

10. Nieustanna kontrola

Im starsi jesteśmy, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, na jak wiele rzeczy nie mamy wpływu. Zaufaj.

 11. Obwinianie innych

Widziałeś kiedyś naprawdę szczęśliwa osobę, która stale unikałaby odpowiedzialności za swoje życie? Szczęśliwi ludzie biorą odpowiedzialność za swoje życie.

12. Walka o bycie akceptowanym

To siła twojej pewności siebie, wiara we własną wartość determinuje twoją skłonność do odnoszenia życiowych sukcesów.

13. Ratowanie innych przed nimi samymi

Szczerze – nie uratujesz nikogo przed nim samym. Nie wygrasz z mistrzem autodestrukcji, więc przestań się angażować w jego dramaty. Ci, którzy wprowadzają do swojego życia nieustanny chaos, prędzej czy później poważnie zaburzą również twój spokój.

14. Egoistyczne i lekceważące słowa i działania innych ludzi

Jeśli zamierzasz brać wszystko, co usłyszysz od innych, do siebie, będziesz  obrażony przez resztę swojego życia. A to po prostu nie jest tego warte! W pewnym momencie staje się jasne, że sposób, w jaki ludzie traktują cię to ich problem, a to jak na to reagujesz – twoja sprawa.

15. Wygrana na argumenty

O niewiele rzeczy warto w życiu walczyć do upadłego. Twoimi priorytetami są zdrowie, miłość i szczęście osobiste, ale nie kłótnia o to, kto ma rację.

16. Wytykanie słabości

Wszyscy mamy lepsze i gorsze momenty. Naprawdę, nigdy nie wiesz, co takiego wydarzyło się w życiu drugiej osoby, dlaczego popełniła błąd. Traktuj innych z szacunkiem.

17. Obsesja idealnego wyglądu

W miarę jak dojrzewamy, wygląd staje się coraz mniej ważny, a to, co staje się głównym  punktem zainteresowania, to nasze wnętrze. W końcu zdajesz
sobie sprawę, że piękno nie ma prawie nic wspólnego z wyglądem.

18. Piękne, materialne rzeczy

Za pieniądze można kupić wszystko… Ale czy to świadczy o prawdziwej wartości?…

19. Płytkie, powierzchowne relacje

Miło jest mieć znajomości. Niedobrze jest tracić czas na znajomych, którzy nie wnoszą do twojego życia nic dobrego. Których mogłoby jutro już przy tobie nie być i nie poczułbyś różnicy.

20. Odległa przyszłość

W miarę upływu czasu, naturalnie masz go więcej za tobą i mniej przed sobą. Ale to naprawdę nie ma znaczenia, bo dobre życie zawsze zaczyna się właśnie teraz, kiedy przestajesz czekać na lepszy moment.

 

Źródło: marcandangel.com, ohme.pl

Odżywianie a seksualność.

Tekst zapożyczony z… “O zapachu słońca”
https://www.facebook.com/ozapachuslonca/

ODŻYWIANIE A SEKSUALNOŚĆ.

Ukochani. Otwierając swoją wewnętrzną moc nie zapominajcie o ciele. Mówicie nawet, że zdrowy duch wynika ze zdrowego ciała, a zaprzeczacie temu, kiedy faszerujecie swoje ciało specyfikami zaprzeczającymi boskiej naturze Dziecka Ziemi.

Ukochani. Dar ciała jest unikalną szansą doświadczenia uczuć, po jakie przybyliście na Matkę Ziemię. Doświadczacie ciała o niespotykanej potędze, możliwości doznań tych uczuć, lecz w swoich doświadczeniach w pewnym sensie stajecie się jednak tym, co spożywacie. Wspomnijmy tu mięso bratnich istot, którego spożywanie jest zjawiskiem kanibalizmu przystosowującym ciała do życia pasożytniczego. Obniżało ono wibracje i uniemożliwiało wzniesienie mocy seksualnej w obszar duszy, ducha, dlatego seksualność takich ciał stawała się ubogą kopulacją, postępującą zgodnie z programami, podawanymi Wam chociażby przez pradawne tao, tantrę czy współczesną telewizję. Oczyszczenie się z kanibalizmu jest głęboką pracą z ciałem, czasem wielu lat, aby śmierć zapisana w jego strukturach, przestała oddziaływać i być tworzona, dosłownie rozmnażana jako taka dla potomnych. Jesteście życiem wiecznym i łatwo możecie odnaleźć zapisy w swoim DNA, odwzorowujące tę pamięć sercem w regenerującym się ciele. Zjadanie mięsa innych istot zamykało szansę doświadczenia boskich doznań seksualnych, a wprowadzało Was w uczucia zamordowanych i cierpiących zwierząt, ryb czy ptaków, degradując te doznania niżej tych światów.

Ukochani. Docieracie do Serca, ono odblokowuje się, kiedy świadomie zmieniacie wibracje swego życia, a spożywanie śmierci dawało taką świadomość Waszym pięknym ciałem i tą śmiercią obdarowywaliście siebie w Waszej sypialni, mającej być świątynią piękna miłosnego spełnienia. Wejście w Nową Erę nie jest możliwe, kiedy pozostajecie w obszarze życia pasożytniczego, dosłownie zjadając inne światy. Ubogości doznań seksualnych nie zauważaliście, bo blokując swoją świadomość niskowibracyjną energetyką spożywanych produktów, cieszyliście się ochłapami, które Wam pozostawały. Istoty innych kosmicznych światów widziały Was, jako ciekawostkę, wypaczenie, robaki, bo jawiliście się im, jako istoty, które obrały anty – ewolucję i błyskawicznie podążały w samozniszczenie. Podanie Wam ludzkiego umysłu, przystosowanego do wyświetlania manipulujących projekcji, rozpoznawalnych, jako projekcje ego, czyniło z Was rodzaj uprawy, w której to tworzono rodzaj mutantów, samoczynnie dewastujących swoje ciała i spełniających oczekiwane kierunki wyboru innych w tej hodowli. Spożywanie wielu produktów, dosłownie czysto plastikowych, dawało Ludzkiej Rasie odejście od natury, bo świadomie preparowano inną konsystencję Waszego ciała. Zabójcze szczepionki, podawane już małym dzieciom, a w dalszym etapie medykamenty farmacji miały za zadanie tworzyć „brojlera”, wydajnego w produkcji niskowibracyjnej energii seksualnej, a przy okazji powstawał kolosalny rynek zbytu na te produkty Matrixa.

Ukochani. Wejrzenie w serce daje proste zastanowienie i świadomy wybór o powrocie do natury czy pozostaniu w starym, marketowo – farmacyjnym świecie iluzji. Pomijając już mięso, to pozostałe produkty są niezwykle ważne w drodze odbudowy ludzkiej świadomości jako niezwykle potężnej. Plombowanie Waszych ciał było świadomym zasklepianiem Waszych komórek, aby utrudniać połączenie ludzkiej duszy z ciałem podanym Wam przez Waszych stwórców. Powrót do prostoty odżywiania nie jest fanaberią tylko rzeczywistym wyborem życia, zamiast śmierci i gehenny w światach, które zajęły człowieka jako uprawę. Spożywając produkty Matrixa, wydzielaliście swoisty odór, który odczujecie u innych, kiedy rozpoczynacie odżywiać się w czystości miłości, prostymi darami Ziemi i przechodzić do dalszych ewolucji pochłaniania energii tych produktów nawet wprost do serca. Zapach ten uniemożliwiał wiele doznań, odczuć szczęścia, dlatego swój naturalny zapach fałszowaliście innymi specyfikami przygotowanymi Wam przez ten sam więzienno – fabryczny system. Powodowało to, że przestawaliście być sobą i naturalny dobór partnerski okradaliście z piękna powonienia, które świadomie fałszowaliście. Potem nie zauważaliście, że wraz ze zmiana kosmetyków zachodziła „potrzeba” zmiany partnera, bo czuliście się niespełnieni, czuliście, że to nie ten, którego wybraliście pierwotnie.

Odżywianie systemu miało podawanymi programami, powszechnie wykorzystując świadomość zbiorową, wprowadzić Was, w niskowibracyjne używki, które nie pozwalały Wam się wznosić, a poziom świadomości zawsze jest równy poziomowi energii seksualnej, której cudownie możecie doświadczać. Ubogość, jakiej doświadczaliście była efektem okradania siebie, bo połykając tabletkę, jedząc mięso, chipsy, popijając to colą stawaliście się tym wszystkim, stwarzając ubogość własnych darów dla wybranego partnera. Mówiliście mu, że go kochacie, ale nie kochaliście siebie, a nawet nie szanowaliście, spożywając to wszystko i nie zdając sobie sprawy, że czynicie to wszystko potulnie, tak jak nakazują programy, dosłowne plany uprawy ludzi.

Ukochani. Etap przebudzenia nadszedł. Jest w tejże chwili, ale to Ty sam możesz dokonać wyboru. Rozstanie się ze starym odżywianiem ma ogromny wpływ, umożliwiający pracę z przebudzeniem całej Waszej istoty. Pełne zasiedlenie Waszego ciała nie tylko przez duszę, ale i ducha, daje nowy etap spełnienia siebie, jako Boskich Istot. Odczucie oczyszczenia z programów, żywieniowych, nawyków, kodów głodu, trupiego jadu i zapisów śmierci w każdej komórce jest ważnym początkiem drogi do nowych doznań, których oczekujecie często od partnera, a zapominacie o sobie.

Partner jest wewnątrz Was, jest wibracją, którą stwarzacie sami. On zmienia się, kiedy zmieniacie się wewnątrz siebie, a w fizycznym świecie może się zdarzyć, że nawet odejdzie dotychczasowy nauczyciel. Matka Ziemia ma całą swą mądrość zapisaną w darach natury, które są jej owocami dla człowieka. Zapewniła Wam wszystko dla zdrowia i życia w etapie, w którym mieliście się uczyć, jak żyć jej darami. Ciało człowieka jest w pewnym sensie ingerencją innych istot, które czyniły w nim wiele swoich modyfikacji. Pamiętaj jednak, że jesteś Istotą Boską i to Ty je tworzysz, a poprzez miłość do natury odnajdujesz świadomość, że to ciało jest miłością tej natury. Tak odwracasz procesy, które miały uczynić z Ciebie wydajne indywiduum, produkujące energię seksualną dla innych światów. Ty jednak przybyłeś tu, aby być szczęśliwy, aby spełnić się, jako kobieta lub jako mężczyzna. Doświadczyłeś tego, a teraz, kiedy to kochasz, po prostu stajesz się miłością, stajesz się czystą prawdą, istotą, która nie jest w stanie spożyć ciała zamordowanej innej Bratniej Istoty, przybyłej tak jak Ty na naukę. Miłość w Tobie samoczynnie sięgnie po te produkty, które są najlepsze na ten moment ewolucji, której doświadczasz.

Nie obwiniaj się za nic, bo dzięki tej nauce mogłeś poznać smak niskowibracyjnego seksu, zauroczeń umysłu i cielesnych płytkich spełnień. Ta czarna przestrzeń daje Ci kontrast zobaczenia piękna przebudzenia Boga lub Bogini w Tobie. Nie oczekuj, że w jednej chwili doświadczysz pełni ewolucji, bo jesteś tu po to, aby poznać obydwa te światy. Jest jedyny moment wyboru, w którym to Ty zmieniasz siebie i tak zmienia się cały świat, który tworzysz, bo to, co wewnątrz, powstaje na zewnątrz.

/źródło: www.prawdaserca.pl

Zatrzymaj się…

Przez las dzisiaj idąc, nagle się zatrzymałem. Spojrzałem w prawo, a tam, jakieś 50 metrów ode mnie, wzbił się w powietrze piękny jastrząb, który to na gałęzi siedział.
Nie zauważyłbym go, gdybym szedł dalej – szelest liści, trzask gałęzi… zatrzymując się, mogłem poczuć, zobaczyć i usłyszeć więcej.
I Ty czasem się zatrzymaj. Weź oddech, spójrz w niebo albo rozejrzyj się dookoła – będziesz zdumiony, jak wiele Ci umyka.

“W ciszy twoje serce znajdzie odpowiedzi, których rozum znaleźć nie potrafi” P. Bosmans
Hallelujah,
Praise the Lord

Skok wiary.

Kiedyś, dawno temu był sobie Uczeń, który pobierał nauki u Mistrza. Przez wiele lat przebywał w małej chatce w górach, zgłębiał tajemnice ludzkiego umysłu, nawiązywał dialog ze swoją duszą i Bogiem. Pewnego dnia kiedy skończył poranną praktykę udał się do Mistrza i zapytał:
– Drogi Mistrzu, wiele już się nauczyłem. Jestem szczęśliwy pobierając u Ciebie nauki. Jednak coraz bardziej czuję, że moja dusza pragnie czegoś więcej. Chcę poczuć w pełni swoją moc. Co mam zrobić? – Mistrz się uśmiechnął i odparł:
– Mój Drogi, jeśli tak czujesz, to znaczy, że jesteś gotów.
Następnie wskazał mu skaliste góry.
– Widzisz tam tą wąską ścieżkę? Ona prowadzi nad urwisko. Pójdź tam, a jak dojdziesz na szczyt, skocz w przepaść i zobaczysz, że poczujesz taką moc i wolność, jakiej pragnie Twoja dusza.

Uczeń trochę się zmartwił tą wskazówką, nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Ale kochał swojego Mistrza i mu ufał, więc zaczął przygotowywać się do podróży. Wziął ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszył w drogę. Szedł dzień i noc, w końcu o świcie doszedł na miejsce. Urwisko było przeogromne, w dole nic nie było widać, tylko mgła i ciemność.
– Czy aby na pewno o tej przepaści mówił mój Mistrz? – Zawahał się Uczeń – Przecież tu nic nie widać! Może jednak usiądę sobie, pomedytuję i pomyślę, co zrobić. – Zaczął medytować i im dłużej siedział, tym miał coraz więcej wątpliwości co do skoku.

Nagle zobaczył, że do skraju przepaści nadciąga druga osoba. Była to kobieta, w średnim wieku. Podeszła do niego i zapytała czy to jest ta słynna przepaść w okolicy.
– Tak mi się wydaje – odparł – a dlaczego pytasz?
– Moja Mistrzyni powiedziała mi, że jeśli skoczę w tą przepaść to poczuje wielką moc i pełnię, której pragnie moja dusza.
– To ciekawe, bo ja tu jestem w podobnym celu. Może zanim skoczysz pomedytujesz ze mną? Tak tam ciemno i nic nie widać. Poczekajmy aż wzejdzie słońce, może wtedy będzie widać cokolwiek. Chciałbym wiedzieć GDZIE skaczę, a nie tak na oślep. Przecież to nierozsądne!
– Masz rację, poczekajmy trochę.
Medytowali aż nastało południe, a potem zmierzch i noc. Żadne z nich nie podjęło tematu skoku, zaczęli gawędzić o Prawdach, które nauczyli się od swoich Mistrzów. Przekomarzać się, która ścieżka do przebudzenia jest właściwsza.

Kiedy znowu nastał świt, a oni byli zajęci rozmową usłyszeli, że ktoś biegnie. Zza zakrętu wyłonił się mały chłopiec, miał może 8 może 10 lat. Bieg bardzo szybko, nie zważając na nic. Zaczęli do niego mówić, ale on był tak skoncentrowany na czymś co widział w oddali, że nic do niego nie docierało. Był tylko on i Światło, które go przyciągało. Dobiegł do skraju przepaści i SKOCZYŁ w dal…. I nagle, w mgnieniu oka wyrosły mu przepiękne, złote skrzydła. Tak wielkie, że ich rozpiętość dwa razy przekraczała wzrost chłopca. Poszybował wprost ku słońcu, które wychodziło znad szczytów górskich. Zrobił jeszcze salto w powietrzu, roześmiał się na cały głos z radością i zniknął wkrótce za następną górą. Mężczyzna i kobieta oniemieli. Żadne z nich nie powiedziało żadnego słowa.

“Twoje skrzydła już istnieją. Wszystko, co musisz zrobić, to polecieć…”
Rzuć się w przepaść, skocz w nieznane. Poczuj niepewność w całym swoim ciele. Doświadcz strachu i lęku.
Staw mu czoło – i poczuj… jak lecisz.

Dwa dni temu dotarłem promem do Catalan. Mimo, że wcześniej spotkałem grupę podróżników, serce podpowiadało mi, bym wybrał samodzielną trasę – mimo, iż w grupie raźniej i ‘bezpieczniej’. Wiedziałem, że intuicja zna drogę – moim zadaniem, było się tylko nań skierować.
Rozsądek zostawiłem w tyle i ruszyłem przed siebie. Wsiadłem na inny prom, płynący w inne miejsce, zmierzający… sam nie wiedziałem dokąd.
Było już po zmroku. Ciemną ulicę rozświetlały jedynie przejeżdżające tricykle i… moja latarka. Ten niecodzienny przecież widok, wzbudzał sensację – Filipińczycy zatrzymywali się, albo wskazywali mnie palcem.
Szedłem jednak przed siebie, nie wiedząc nawet dokąd.
Po drodze pytałem o nocleg, lecz nie za wiele udało się zwojować.
W końcu, zmęczony (niewyspany!), trochę głodny i wciąż niepewny nadchodzącej nocy, trafiłem na coś w stylu zadaszonego parkingu przy kościele.
Wszedłem tam. Porozmawiałem z facetem na skuterze. Niezbyt był mi przychylny.
Po chwili jednak udało mi się go przekonać, co by pozwolił mi spocząć na drewnianych płytach, które leżały kilka metrów od niego – zawsze to izolacja od podłoża, a nad głową przeca dach!
Usiadłem, wyjąłem zeszyt i notowałem wrażenia z minionego dnia.
On, oraz kilka innych osób opuszczało teren, dostałem więc instrukcję, by rano zgasić światło i zamknąć za sobą bramę.
Obiecałem tak zrobić, po czym chwilę później poszedłem na drugą stronę ulicy, by poprosić o podłączenie telefonu do ładowania – mapy jednak w podróży się przydają.
Wróciłem do swojej noclegowni, i kilka minut później usłyszałem nadjeżdżający skuter – ów facet przyjechał, by zabrać mnie do małego biura w porcie, gdzie, jak powiedział – będę mógł zostać na noc.
Na miejscu okazało się, że biuro jest bardzo małe (i czynne 24/7), ale poznałem dwóch uśmiechniętych inspektorów portowych i dostałem herbatniki. Oprócz tego, na podłodze za lodówką rozłożyliśmy niewielki materac (który śmierdział “zalany przy ostatnim tajfunie”), więc już miałem swój KAWAŁEK PODŁOGI.

Wielka niepewność co będzie. Wszystko niewiadome.
Maszerujący biały człowiek, w ciemnej krainie.
A chwilę później noc w bezpiecznym miejscu, z przyjaznymi ludźmi wokół.

Skocz.
I nie martw się – polecisz.

Hallelujah, Praise the Lord!

FILIPINY – ach, co za miejsce! :)

FILIPINY 2017.
Podróż przez egzotyczne wyspy trwa… pierwszy raz w życiu widzę tyle kokosowych palm, drzewa bananowca rosnące wszędzie wokół mnie, ogromne tuje i setki roślin, których nie znam.
Jest zielono, wilgotno i przede wszystkim – GORĄCO. Styczeń, to dla nich jeden z najzimniejszych miesięcy – tymczasem ja mam wrażenie, że nawet siedząc, wciąż się pocę…
Absolutnie nie potrzebne są żadne ubrania, poza spodenkami i koszulką – o każdej porze dnia jest gorąco, w nocy, nawet gdy pada – wciąż przyjemnie ciepło.
Hmm… czuję, że nie do końca powiedziałem prawdę. Ubrania są potrzebne, ale tylko gdy jesteśmy w budynkach, autach, busach – koniecznie musimy się chronić przez rozkręconą na maxa klimatyzacją! Tu, inaczej niż w Polsce – wychodzę na zewnątrz, żeby się ugrzać! Wczoraj, gdy wszedłem do pokoju w hostelu, poczułem, że dobrze byłoby mieć rękawiczki! Wcale nie przesadzając! Poprosiłem więc o skręcenie klimy, bo nie dało się tam siedzieć… choć i tak było lepiej, niż minus 25 stopni, gdy opuszczałem Polskę 😀
Filipiny, to kraj azjatycki – w związku z tym panuje tu chaos kontrolowany. Oczywiście na tyle, na ile da się go kontrolować.
Moim ulubionym zajęciem jest przechodzenie przez ulicę – za każdym razem dostarcza niezapomnianych emocji! Myliłby się ten, kto sądzi, że stanie na przejściu, poczeka aż się wszyscy zatrzymają i pójdzie… na drugą stronę. Tutaj,się po prostu wchodzi na ulicę, starając się iść pewnie – wtedy nadjeżdżający z każdej strony kierowcy uwzględniają nowy obiekt w obliczaniu trajektorii swoich wehikułów, i… po prostu nas omijają.
Jak to się dzieje? Tego do końca nie wie nikt, biorąc pod uwagę, że tych skuterów, trójkołówców, jeepneyów i aut jest tyle, że same ledwo się mieszczą na drodze 🙂
Znów mam wrażenie, że troszkę oszukuję, bo przecież najpiękniejszą czynnością jest jazda… jeepney’ami. Są to pochodne starych, amerykańskich jeepów, które po wydłużeniu przestrzeni ładunkowej o jakieś 4 metry, stały się kursującymi autobusami. Kursują po określonej trasie, wskakujemy do nich kiedy chcemy, i tak samo robimy wysiadając. Najlepsze dla mnie miejsce jest zawsze nie w środku (gdy widzą białego, starają się zrobić miejsce na ławce w środku), jednak ja zawsze staję na stelażu na zewnątrz, trzymając się tylko przyspawanej rurki – wtedy od klaty w górę jestem ponad dachem i mam doskonały punkt obserwacyjny. Oczywiście przysparza to mnóstwa wrażeń, bowiem z bezpieczeństwem nie ma to nic wspólnego… ale za to właśnie uwielbiam Azję! Chaos kontrolowany, w którym wszystko jest dozwolone, nic zabronione! Jeśli nie będę się trzymał, to spadnę – ot cała zasada bezpieczeństwa. Nie jak u nas w Europie – pasy, przepisy i nakazy.
Tu przewozi się tylu ludzi, ilu da się upchnąć, tyle towaru ile wejdzie… nawet jeśli wystaje przez okna i dach.
W tym wszystkim, uniwersalnym językiem jest… klakson.
Spełnia wiele zadań, jest informacją, że jedziemy, ostrzeżeniem, byśmy nie robili manewru, gniewnym wyzwiskiem (choć mam wrażenie, że w tym wszystkim – to najrzadsze). Klakson, i jeszcze raz klakson. Tu jednego dnia słyszysz go więcej, niż przez dwa lata mieszkania, choćby i w Warszawie.
Azja…
Upał, palmy i chaos. Uśmiechnięte twarze Filipińczyków i radość z odkrywania egzotycznych smaków i miejsc! 🙂

Głodówka – dzień 7.

Głodówka – pokazujące Moc Natury narzędzie, dostępne dla każdego. Myląca jest jednak trochę nazwa, bowiem jednoznacznie kojarzy się z głodem – a przecież go prawie nie czuć. Przy pierwszej (kilka lat temu) odczuwałem głód przez 1,5 dnia. Przy aktualnej – w ogóle. Niby niemożliwe, a jednak tak to działa 🙂

Dzień 7 (15.12.2016)

Sen krótszy niż ‘zazwyczaj’, ale idąc za Małachowem – jakieś związki karmiczne się objawiły. Poza tym stan umysłu bardzo dobry, czasem lekkie ‘zawieszenie’, trochę filozoficznych rozważań o życiu i roli jedzenia w nim, natomiast ciało – dość osłabione, jednak nie na tyle, żebym nie mógł wykonywać normalnych czynności 🙂
Cały czas do przodu!

Wiadomość do… wszystkich.

Napisane do pewnej osoby, przydać się jednak, może każdemu…

Miło się czyta takie wiadomości, fajnie jest… słyszeć dobre rzeczy. Czasem jednak słyszę też to, co niekoniecznie mógłbym uznać za pozytywne – piszą, lub komentują ludzie, do których moje przesłanie zupełnie nie trafia, a na co oni reagują dość dużym oburzeniem. Nie przejmuję się tym jednak, wiedząc, że sam kiedyś oceniałem innych, że sam reagowałem tak, jak oni. Potem przyszedł czas, w którym zrozumiałem, że każda ocena, którą wystawiamy komuś innemu, jest tylko ocenianiem siebie samego – to, że ktoś coś robi, a nas to boli, to niezawodny znak, że mamy do siebie żal. Żal, iż sami w tym kierunku nie idziemy. Dlatego liczę się z tym, że zawsze kogoś zabolą moje filmiki – a może raczej to, że nagrywam, nieważne o czym.

Do tego dochodzi zrozumienie, że ilu ludzi, tyle opinii.. i nigdy wszystkim nie dogodzisz. Wiesz, że są ludzie, którzy nie lubią lodów albo bananów?

Może być ciężko to zrozumieć, a jednak tak właśnie jest – zawsze się znajdzie ktoś, komu się to nie będzie podobało… no i co? czy to ma Cię powstrzymać przed mówieniem co myślisz?

Bashar kiedyś powiedział, że piosenkarz, który śpiewa, po prostu śpiewa. Są ludzie, którym się podoba jego twórczość, są też tacy, którym kompletnie to nie odpowiada – więc co? Jedni go słuchają, inni nie. Tyle.

Jeśli czujesz zew, powołanie, chęć – jakkolwiek to nazwiesz, to… działaj. Nie ma lepszego czasu niż teraz, nigdy nie będziesz bardziej gotowa niż jesteś TERAZ. To, czego masz się nauczyć, wyjdzie po drodze… Zaczynałem od najprostszych sposobów przycinania filmików, potem wymyślałem inne rzeczy… wszystko dzieje się, gdy TY działasz. Innego sposobu nie ma 🙂

Mówisz, że nikt mnie nie porwie, zgwałci… kto wie? Jak jechałem stopem na Saharę, miałem sytuację w Hiszpanii, kiedy zatrzymał się jakiś facet i chciał mnie podwieźć. Akuratnie zmierzałem w drugą stronę, co po chwili okazało się dużym szczęściem – gdy odjeżdżał, zobaczyłem wytatuowane na jego ciele dwa pistolety. Kto wie, co mnie czekało w jego samochodzie?

Nigdy nie wiadomo, ale z drugiej strony, nigdy nie wiadomo co Cię czeka, gdy wychodzisz do pobliskiego sklepu. Zawsze może się wydarzyć COŚ… Jedyne czym różnią się te sytuacje, to fakt, że w podróży jesteś tego bardziej świadoma. Ale i na to jest sposób, bo przecież wystarczy ‘wkładać sobie do głowy’, że będzie okej… i tak się właśnie dzieje 🙂

Poznałem kiedyś dziewczynę, która objeździła na stopa cały Iran. Inna z kolei, dotarła aż do Konga. W pojedynkę.

Jak więc sama rozumiesz, można! 🙂

Nie martw się na zapas, działaj.
Jak powiedział Mark Twain “Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”

dsc00489ahoj przygodo!

Smocza krew – czyli kolejny ‘cud’ Natury dla nas.

Któregoś dnia koleżanka, która pracowała w wegańskiej restauracji, wróciła do domu z bardzo paskudnym rozcięciem dłoni. Zdjęła opatrunek, przemyła letnią wodą i polała… kilkoma kroplami smoczej krwi.
Nie za bardzo wiedziałem co to, jak to i dlaczego działa, o tym jednak dowiedziałem się, gdy sam zacząłem stosować.
Kupiłem krople, w buteleczce 50 ml. Jest to żywica drzewa Croton lechleri – najszybciej ‘gojące’ się drzewo na świecie.
Sok ma bardzo długą historię stosowania w tradycyjnej medycynie w obszarze Amazonii. Pierwsza pisemna wzmianka o soku smocza krew, autorstwa hiszpańskiego przyrodnika P. Bernabé Cobo , sięga roku 1600. Populacja Indian i Metysów wykorzystywała sok do leczenia ran, aby zatamować krwawienie, przyspieszyć proces gojenia i ochronić skórę przed zakażeniami. Znalazł także zastosowanie w leczeniu zapalenia dziąseł, miejsc intymnych, przy chorobie wrzodowej czy na gorączkę.

Jest to GENIALNE na wszelkie skaleczenia, rozcięcia, rany skórne! Po kilku kroplach rana wygląda jak by miała co najmniej tydzień! 🙂
Cały czas mam w domu – i używam, gdy tylko zajdzie potrzeba.

Więcej do poczytania, np. tu:
http://www.zdrowiezperu.pl/sangre-de-drago
Ja zamawiałem z angielskiego sklepu, ale w Polsce już też można znaleźć 🙂

Lapacho – magiczna herbata, która leczy!

Moja przyjaciółka, Wiedźma (Kobieta, która posiada Wiedzę) przygotowywała napar z… no właśnie, wtedy jeszcze nie wiedziałem z czego. Działało, i to się liczyło.
Potem zainteresowałem się tym bardziej i kupiłem… Lapacho – korę Tabebuia impetiginosa, drzew rosnących w Am. Południowej.
Teraz, gdy tylko czuję, że ‘coś się dzieje’ – przygotowuję napar, i następnego dnia jest po problemie. Zamiast wszelkich leków na przeziębienia, czy grypy – skończmy z tymi truciznami i poczęstujmy się tym, co Matka Natura nam daje w prezencie 🙂

Opis:
Pau d’arco, La pacho (Tabebuia impetiginosa; taheebo, ipe roxo, tahuari) wewnętrzna kora tego drzewa jest szeroko wykorzystywana w etnomedycynie Ameryki Południowej od tysięcy lat. [1] Rdzenni mieszkańcy tradycyjnie przyrządzają odwary i napary z kory lapacho nazywane Taheebo, które stosują do leczenia infekcji, chorób zapalnych układu oddechowego, dróg moczowych, zapalenia gruczołu krokowego, problemów żołądkowo-jelitowych, stanów zapalnych wątroby i stawów (reumatyzm).

Taheebo był dawniej stosowany również jako środek przeciwbólowy i do leczenia kiły (syfilisu), malarii, leiszmaniozy, gorączki, czerwonki i liszajca. Przemywano nim rany i zakażenia grzybiczne skóry. W okresie przybycia hiszpańskich konkwistadorów do Ameryki Południowej Pau d’arco było stosowane w dużych ilościach przez plemiona: Guarani, Tupi-Nambo, Callawaya, Quechua, Aymara oraz inne [1].

DZIAŁANIE

Kora La pacho zawiera wiele substancji aktywnych, spośród których szczególne znaczenie ma lapachol i jego pochodne (np. β-lapachon), oraz katechiny, flawonoidy i inne związki polifenolowe. Współczesne badania potwierdzają właściwości przeciwbakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwzapalne i przeciwnowotworowe wyciągów z T. impetiginosa.

Działanie przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe

Składniki zawarte w korze pau d’arco wywierają działanie przeciwbakteryjne, selektywnie hamują rozwój bakterii chorobotwórczych np. Clostridium perfringens, Helicobacter pylori oraz Escherichia coli, jednocześnie nie niszcząc pożytecznej flory bakteryjnej jelit: Bifidobacterium adolescentis, Bifidobacterium bifidum, Bifidobacterium infantis, Lactobacillus acidophilus, and Lactobacillus casei. [3]
Wykazano, również aktywność ekstraktów z kory lapacho przeciwko leszmaniozom i wirusom opryszczki (herpes I i II). [2]

Infekcje narządów płciowych

Wyciągi Pau d’arco mogą być niezwykle pomocne w kłopotliwych infekcjach narządów rozrodczych, można je stosować do płukanek, nasiadówek, okładów i irygacji. Stosowanie wyciągów z kory (zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie) zaleca się w zakażeniach grzybicznych narządów płciowych, infekcjach wirusowych (opryszczka) i bakteryjnych, stanach zapalnych cewki moczowej, szyjki macicy. [6]
Pau d’arco wspomaga leczenie opryszczki oraz brodawek płciowych.

Działanie przeciwnowotworowe

Wyciągi z Tabebuia impetiginosa wykazują aktywność (in vitro) przeciwko wielu liniom komórek nowotworowych m. in. raka piersi, raka prostaty, białaczki, raka jajnika, naskórzaka krtani, czerniaka złośliwego, raka sutka, gruczolakoraka płuc, raka szyjki macicy, kostniakomięsaka. [1]

ZASTOSOWANIE

  • Wspomaga leczenie infekcji bakteryjnych, wirusowych (opryszczka) i grzybicznych
  • Wspomaga leczenie zakażenia Helicobacter pylori
  • Wzmacnia odporność immunologiczną
  • Wpływa regulująco na funkcje układu pokarmowego (wrzody, kamienie żółciowe)
  • Działa przeciwzapalnie
  • Wykazuje działanie przeciwnowotworowe
  • Podnosi liczbę erytrocytów, limfocytów i leukocytów we krwi
  • Wspomaga gojenie ran i oparzeń
  • Przeciwdziała zakrzepom
  • Poprawia krążenie krwi
  • Poprawia kondycję skóry, pomocny w terapii trądziku na tle infekcji bakteryjno-grzybiczej, trądziku różowatego, wyprysków, owrzodzeń, w łojotokowym zapaleniu skóry,
  • Obniża poziom cukru we krwi
  • Do lewatyw przy hemoroidach i świądzie odbytu

W okulistyce (do okładów i maści) wspomaga leczenie przewlekłych infekcji grzybicznych i bakteryjnych/ roztoczami, stanów zapalnych brzegów powiek, zapalenia spojówek, nadmiernego łzawienia, zmian alergicznych oka [6]

Pau d’arco (Tabebuia impetiginosa, synonim Tabebuia avellanedae) – nazywane drzewem mrówkowym, to wysokie, wiecznie zielone drzewo rosnące w lasach deszczowych Ameryki Centralnej i Południowej. Surowcem leczniczym jest głównie wewnętrzna kora (łyko), ale też liście i kwiaty. Plemiona Guarani i Tupi nazywają lapacho „tajy” –co oznacza mieć siłę i wigor (ang. „to have strength and vigor”).

Zainteresowanie pau d’arco gwałtownie wzrosło, gdy w latach 60. ubiegłego stulecia zostało ogłoszone „cudownym lekiem” na raka przez magazyn „O’Cruizeiro”. Wówczas Amerykański Instytut Badań nad Rakiem (NCI) zainteresował się składem fitochemicznym rośliny i rozpoczął intensywne badania. Za najważniejszy składnik uznano lapachol, który został włączony do pierwszej fazy badań klinicznych z udziałem pacjentów chorych na nowotwory. Jednak badanie zostało przedwcześnie przerwane ze względu na działanie niepożądane – nudności, wymioty i problemy z krzepliwością krwi spowodowane bardzo wysokimi dawkami wyizolowanego lapacholu. Współczesne badania nad pozostałymi związkami kory pau d’arco są bardziej obiecujące. β-lapachon obecny w korze również wykazuje właściwości przeciwnowotworowe, hamuje proliferację komórek rakowych i stymuluje białka związane z apoptozą. Należy również podkreślić, że pozostałe związki zawarte w korze lapacho wpływają korzystnie na stężenie witaminy K w organizmie i równoważą działanie lapacholu.

DAWKOWANIE

Z kory można przygotować:
odwar: 1-2 łyżki rozdrobnionej kory zalać 1 szklanką wody, doprowadzić do wrzenia, a następnie gotować jeszcze na małym ogniu przez ok 15-20minut. Pić 2-3 szklanki dziennie. Przy schorzeniach układu moczowo-płciowego, układu oddechowego i pokarmowego pić często i małymi porcjami. Odwar można również stosować zewnętrznie na skórę (płukanki, okłady, przemywanie).
Nalewkę 1:5 na alkoholu 50-60%

Ja kupuję tu:
http://www.brat.pl
Są też na allegro.

Historia pewnej piosenki.

Czas już jakiś temu, napisała do mnie pewna dziewczyna. Zupełnie Jej nie znałem, lecz najwyraźniej ona skądś znała mnie – przynajmniej ze słyszenia. Zaproponowała mi wspólny wyjazd na Drugi Zlot Paragonowy, w Szklanym Zamku w Osłoninie.
Wziąłem samochód, zapakowaliśmy się i pojechaliśmy.
Poznałem zajebistych chłopaków z “Paragonu z podróży”, gdzie piszą o tanim podróżowaniu. Poznałem też niesamowite miejsce nad Zatoką Pucką, gdzie życie wyglądało troszkę inaczej, niż to ma miejsce powszechnie. Inni ludzie, inne zasady, inne dosłownie wszystko (nawet wanna była wielkości przeciętej na pół cysterny – kto wie, może nawet nią była).
Dwa, a może trzy dni spędzone w towarzystwie pozytywnie zakręconych ludzi, którzy uwielbiają podróżować, i robią to, na wszelkie możliwe sposoby. W trakcie zjazdu i ja miałem swoją prelekcję, o Wiśle trochę opowiadając.
Na jednej ze ścian wisiała duża tablica, na której każdy mógł wpisać coś, co uważał za stosowne. Tematem przewodnim było:
MIEJSCA DO ZOBACZENIA W POLSCE.
img_5337
Na miejscu był stary Land Rover Defender. Dla wielu ludzi samochód kultowy. Dla mnie – terenówka, więc zaciesz miałem od pierwszego “wsiąścia” 😀
Nie wiem ile osób wsiadło na pakę, ale z przodu siedziało nas trzech: ja (trzeźwy kierowca), Patryk (jako automatyczna skrzynia biegów) oraz Maciek (jako hamulec postojowy i serwisant).
Ruszyliśmy w (zbyt) daleką podróż – od zatoki, aż na Hel. Nie jest to wiele kilometrów, natomiast jeśli jedzie się zabytkowym autem w takim stanie… cóż, uciechy było co nie miara!
Hamulce – praktycznie nie istniały. Jedynym sposobem by zwalniać, było hamowanie biegami. To z kolei, nastręczało innych trudności, ponieważ skrzynia pracowała dość słabo (trzeba było losować biegi jak w starym jelczu), w dodatku wajcha była w znacznej odległości od kierownicy. Poświęcając pełną uwagę temu, by nie rozjechać nikogo na drodze, ani nie wbić się w tył innych pojazdów, niewiele pamięci RAM w mojej głowie, zostawało na obsługę skrzyni biegów.
Gdyby na tym się kończyła lista nie do końca normalnych funkcji tego auta… tymczasem, hamulec postojowy był niczym innym, jak tylko solidnym kawałkiem drewna, który trzymaliśmy pod nogami, a za którego obsługę, odpowiedzialny był Maciek. Wyskakiwał za każdym razem z samochodu, i możliwie jak najszybciej, podkładał go pod jedno z kół.
Najciekawszym jednak dla mnie, było tankowanie owego auta. Otóż nie podjeżdżaliśmy (jak to większość ludzi ma w zwyczaju) pod dystrybutor na stacji benzynowej – nie, my zatrzymywaliśmy się pod Biedronką, po czym kilka osób szło do sklepu, by za chwilę wrócić z kilkunastoma butelkami oleju. Słonecznik, rzepak – nie było znaczenia.
Całość naszej wyprawy przedstawiała się więc dość komicznie. Podczas jazdy skupiałem się na tym, by w nic nie wjechać, Patryk losował biegami, Maciek skakał z drewnianym klockiem, a cała paka ludzi robiła różne dziwne hałasy, śmiejąc się lub przeżywając wraz z nami chwile trwogi, gdy coś działo się na drodze. Oczywiście wisienką na torcie, były zmieszane miny przechodniów, podczas gdy wlewaliśmy olej do naszego wehikułu 🙂
Wyprawa jednak zakończyła się dobrze, nikt nie ucierpiał (poza skarbem państwa z racji tańszego paliwa) i po kilku godzinach wróciliśmy z wycieczki.
img_5341

img_5096
Jako, że w trakcie dnia spacerowaliśmy po plażach, walczyliśmy z samochodem, deszczem, wiatrem oraz zmęczeniem po nieprzespanej nocy, teraz czuliśmy się całkiem wypompowani. Zjedliśmy coś na kształt obiadu, po czym każdy usiadł w możliwie jak najwygodniejszym miejscu.
Leniwie toczyły się rozmowy; ktoś coś popijał, ktoś dojadał – generalnie atmosfera totalnego chillout’u. Wtem, z przymkniętych na wpół powiek, ujrzałem niewiastę z gitarą!
Nie wiedziałem skąd się tam wzięła, niemniej jednak BYŁA. To nie zrobiło jeszcze na mnie dużego wrażenia (ileż to już w życiu osób z gitarrrą spotkałem), tymczasem po chwili… zaniemówiłem.

Siedziała naprzeciw mnie i nie dość, że grała, to jeszcze śpiewała. A śpiewała piosenkę, która porwała moją duszę gdzieś wysoko w niebo, gdzieś gdzie czas się zatrzymał, gwiazdy gasły, a ja – szybowałem w nicości.
Nigdy przedtem tej piosenki nie słyszałem, nie wiedziałem, że istnieje.

Nie jest to dobre wykonanie, lecz najlepsze jakie znalazłem do tej pory. Chciałbym, żeby ta dziewczyna nagrała cover – tęsknię za jej głosem, za jej wykonaniem!
https://www.youtube.com/watch?v=gVmt6SZUEPM

Tego wieczoru jeszcze wiele razy prosiłem ją, by to zagrała. A ona, nie wiedzieć czemu – wciąż mi to grała, jak dziecko kołysanką hipnotyzując…

Kilka dni później zdobyłem jej adres, i gitarę mą wysłałem. U mnie trochę na niej osiadał kurz, u niej – ach, niech ta piosenka rozbrzmiewa jak najgłośniej!

Lista marzeń.

Nie do końca wiem skąd się biorą nasze marzenia. Czy to za sprawą nagłych olśnień, impulsów czy zwyczajnej ‘podniety’, która wystąpiła, gdy o czymś usłyszeliśmy? Czy może przeczytany gdzieś artykuł lub sama, egzotycznie brzmiąca nazwa, która zapadła w pamięć?
Weźmy na przykład jedno słowo:
Titicaca.
Mówi Ci to coś? Może wiesz co oznacza, lecz u Ciebie nie budzi żadnych emocji? U mnie powoduje szybsze bicie serca. Czemu? Nie wiem sam. Kojarzy mi się po prostu z odległymi lądami – pewnie na lekcji geografii usłyszana, na zawsze zostanie w mej pamięci, synonimem przygody pozostając.
Amazonia. Borneo. Uprząż alpinistyczna. Cokolwiek. Dla Ciebie bez znaczenia, dla mnie – słowa klucze.

Marzenia. Czy ich zestaw mamy wbudowany w swoją istotę, gdy na Ziemię przychodzimy? Czy podczas naszej tu podróży, nabywamy swoiste misje do spełnienia?
Coś chcesz, lecz nie do końca wiesz czemu. Coś Cię w danej rzeczy, w danym miejscu lub czynności – POCIĄGA. Gna naprzód i porywa Twoje serce.
Mam listę rzeczy, które chcę/lub chciałem zrobić, przed odejściem z tego świata. Nie wiem czy ma ona koniec, bo przecież ciągle ją aktualizuję… Niemniej jednak, trochę już punktów odhaczyłem! 🙂

1. Spędzić noc na pustyni.
2012 rok.  Z powodu braku środków na odbycie podróży w inny sposób, ale przede wszystkim – z chęci przeżycia prawdziwej Przygody (przez bardzo duże Pe), ruszyłem tam autostopem. Celem była Sahara. To przecież ona najbardziej me zmysły od dawnych lat rozpalała. To właśnie stamtąd dochodził do mnie prawdziwy ZEW!
Noc pod najbardziej rozgwieżdżonym niebem na Ziemi. Magia w czystej postaci!
dsc00478-kopiowanie

2. Skoczyć na bungee.
Rok 2010. Okazja pojawiła się, gdy byłem ze znajomymi na Katorgaliach (imprezie studenckiej). Na miejscu był  dźwig – więc nie było z czym zwlekać! Wjechałem na siedemnaste piętro (51 metrów), stanąłem przerażony wysokością, a chwilę później puściłem się uchwytów… i prułem powietrze, pikując głową w dół. Przeżycie niezapomniane. Jak mawiał mój kolega: kupa w majtach.
Film ze skoku do obejrzenia na moim kanale YouTube –https://www.youtube.com/watch?v=daddRqbolZI

3. Przepłynąć Wisłę.
Rok 2013. Mały, dmuchany ponton, wiosła zrobione z trzonków od łopaty, trochę jedzenia i… Wielka Rzeka.
Od pływaniu po rzekach nie wiedziałem nic. Przeczytałem spis przeszkód na trasie (oczywiście tylko tych, które zbudował człowiek – milionów innych nikt nie mógł spisać), ruszyłem pociągiem do Krakowa i… wiosłowałem po kilkanaście godzin dziennie.
Wisła to cudowna rzeka; pełna jest niespodziewanych atrakcji, obracających ponton wirów czy wielkich ryb, ale też niezapomnianych widoków, rozległych pejzaży i niesamowitej dawki adrenaliny. Żywioł w czystej postaci. Piękno natury, dające się poczuć, gdy śpisz na dzikich wyspach czy zarośniętych jej brzegach.
Cała opowieść do poczytania w mojej książce – zakładka “Wisłą, z Krakowa do Gdańska”.
dsc02971

4. Skok ze spadochronem (lub, jak mówią niektórzy – skok ze spadochronu :D).
Rok 2010. Lotnisko Kruszyn, k. Włocławka.Kilka razy rozmawiałem o tym pomyśle z moim bratem. Któregoś dnia zadzwonił i zapytał: może byśmy skoczyli w weekend?
Marzyło mi się, by skoczyć przy pięknej pogodzie, gwarantującej maksimum wrażeń. W sobotę padał deszcz – w niedzielę mieliśmy skakać. Siła naszej wyobraźni jest niezrównana… i następnego dnia było bezchmurne niebo! Dokładnie tak, jak to sobie wymyśliłem!
Pojechaliśmy na miejsce, trzęsąc się z podniecenia. Po krótkim instruktażu załadowałem się na pokład samolotu. Wznosiliśmy się dość szybko, a gdy osiągnęliśmy właściwy pułap (4000 m.), samolot zrobił się pusty – wszyscy po kolei wyskoczyli i zostałem sam z przypiętym do mnie instruktorem.
Doszliśmy do drzwi (których nie było) i oto moim oczom ukazał się niezapomniany widok – przestrzeń tak ogromna, że trudno było objąć ją wzrokiem, a w dole, leniwie wijąca się Wisła. Ogromny pęd wiatru, jego szum… i już moje nogi odrywają się od pokładu samolotu. Najcudowniejszy moment w moim życiu!
Minuta lotu z prędkością 200 km/h, po czym otwarcie czaszy i kilka minut powolnego spadania.
Kwintesencją skoku były słowa instruktora, podczas lotu na otwartym spadochronie:
“Witam w moim biurze”.
dsc_3882

5. Wejście na Rysy.
Rok 2014. W nadziei, że będzie trochę luźniej, wybraliśmy wrzesień. Ja i mój dobry kolega Robert. Poszliśmy, weszliśmy. Widoki przecudne, wrażenia fantastyczne. Uwielbiam góry!
img_0451-kopiowanie

6. Własna książka.
Mógłbym zmieścić to w jednym akapicie, razem z Wiślaną przygodą, lecz… marzeniem moim to było od zawsze. Napisać książkę, przelać słowa na papier, podzielić się tym, co w mej głowie. Idealnie się złożyło, że moje przemyślenia mogłem połączyć z opisem wyprawy – a może na odwrót? Rzeczy, których doświadczyłem na Wiśle wiele mnie nauczyły i cudownym uczuciem było móc je przelać na papier! 🙂

7. Skoczyć z molo.
Rok 2010. Jedziemy z kumplami nad morze, by na okres lata stać się niosącymi pomoc stróżami – ratownicy WOPR jadą po przygodę. Stacjonujemy w Dziwnowie, lecz podczas odwiedzin u znajomych w Międzyzdrojach, docieramy na molo. Nie znamy ‘terenu’, więc naturalnie dajemy pierwszeństwo rdzennym mieszkańcom tych ziem, a chwilę później staję na krawędzi drewnianego pomostu. Do wody jest jakieś 7-8 metrów, więc nogi lekko drżą.
Chwila niepewności… i lecę wprost do wody! Lot trwa tyle co mrugnięcie okiem, lecz dokładnie pamiętam nerwowe zaczerpnięcie powietrza, podczas jego trwania.
Wpadam do wody i z radości krzyczę! Płyniemy szybko na koniec molo, oto bowiem zbliża się zaalarmowana przez turystów motorówka…
Coś pięknego!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

8. Zapalić w Holandii.
Rok… chyba 2010. Wraz z moim przyjacielem postanawiamy się wybrać do Niderlandów. Jego wujek jeździ na międzynarodowych trasach, więc mamy podwózkę do “połowy” trasy. W międzyczasie znajdujemy innego kierowcę, który odpowiada na nasz apel nadany przez CB Radio.
Facet jest co najmniej… nienormalny. Zapętlona płyta z biesiadnymi piosenkami (nigdy nie zapomnę “Ale jaja, ale jaja… ale jaja… ale jajaaa…” – https://www.youtube.com/watch?v=CA6olyaudU4), z tyłu auta jakieś sadzonki pomidorów, przy drążku biegów – szklanka z wodą do gaszenia petów. Do Holandii mieliśmy tylko 4h jazdy. Przy sposobie bycia tego człowieka i jego stylu jazdy, wydawało się to wiecznością. Oczywiście na autostradzie spalił się TIR, więc podróż zajęła godzin OSIEM. Po drodze milion niebezpiecznych manewrów, dwie kłótnie na środku drogi i cała masa innych, naprawdę dziwnych akcji.
Dotarliśmy. Do coffe’shopu poszliśmy. Na własne oczy zobaczyłem, jak na parapecie pną się w górę zielone roślinki. Na własnych płucach poczułem, jak smakuje dobrej jakości marihuana, wypalona wespół z dwoma afroamerykanami 😀

9. Skoczyć na rowerze do jeziora.
Nie pamiętam kiedy to było… na pewno nie tak dawno. Nadarzyła się okazja, więc… rozpędziłem się na pomoście i skoczyłem zeń wprost do jeziora.
Chwilę zajęło wyciągnięcie roweru, ale było warto!
P.S: Czy ktoś jeszcze miewa takie pomysły? 😀

10. Przepłynąć wpław całe jezioro.
Łęckie (na mapie Łąkie). Zbiornik wodny, który znam na pamięć. Kąpałem się tam tysiące razy, lecz zazwyczaj przepływałem je wszerz. Któregoś dnia wziąłem kumpla z łódką (do asekuracji) i ruszyłem wzdłuż. 2 h ciągłego płynięcia, trochę ponad 5 kilometrów długości…
Cóż za satysfakcja!

11. Kochać się pod rozgwieżdżonym niebem.
Ciepła, letnia noc. Ja i… ona. Miliard gwiazd na niebie, i my, w miłosnym uniesieniu.
Tarzamy się po trawie, ja na niej, ona na mnie. Zmieniamy się co chwilę miejscami, całując i pieszcząc nasze ciała. Ziemia pod nami pulsuje, a my wraz z nią, doprowadzając się na szczyt przyjemności… Spleceni w miłosnej ekstazie, regularnie falujemy w rytmie pożądania…
Czas zdaje się płynąć inaczej, zastaje nas świt. Szczęśliwi ze zmęczenia, potargani i spełnieni, zostawiamy za sobą wygniecioną trawę.

Szybkie bicie serca… na myśl o tej nocy.

12. Wykąpać się zimą.
Tydzień przed Bożym Narodzeniem. Czytam wszystko, co się da na ten temat znaleźć, potem jadę nad jezioro, rozgrzewam się i wbiegam do wody. Szok, brak tchu i lodowe ściśnięcie całego ciała. Pluskam chwilę, bawię się nowymi odczuciami w ciele, a potem wybiegam, by szybko się wytrzeć, i w ubrania wskoczyć. Narkotyk – wiele osób twierdzi, że to narkotyk. Krew, która spłynęła z całego ciała, by się ogrzać w głównych organach, teraz, chwilę po wyjściu, zaczyna krążyć na powrót po całym ciele. Każdy, dosłownie każdy mięsień zaczyna pracować i grzać – tego nie da się opisać, to trzeba poczuć. Uwaga, można się uzależnić.

13. Polecieć Myśliwcem!
Do zrobienia 🙂

14. Polecieć w kosmos.
Kilka razy byłem… lecz przydałaby się podróż w troszkę innej formie 😀

15. Wspiąć się na sekwoje.
Ileż to razy mój umysł pracował na najwyższych obrotach, gdy w Planet Earth wspinających się ludzi widziałem…

16. Zobaczyć Wielką Piątkę afrykańskiej sawanny.
Dzikie zwierzęta. Fascynuje mnie to, że wciąż obok nas żyją. Kocham je tropić w lasach, spotykać przy wodopojach, czy mieć bliskie spotkania w leśnej gęstwinie. Cywilizacja betonu i asfaltu, zaawansowanych technologii i internetu… a obok tego wszystkiego, cicho przemykają przez leśne chaszcze, dzikie wciąż zwierzęta 🙂

I AM A STARSEED.

I AM A STARSEED
“I am a starseed. I am different. I don’t belong on earth. That is because earth is not my true home. I felt different all my life. My thoughts are different. My mind is different. My energy is different… I sense things around me. I hear things. I will just know things. I “see” people, beyond the exterior. It’s like I see their soul. I see their colours. I see their energy. I see their heart… Or lack of. I feel what others think of me. I am sensitive. I have allergies because of my sensitivity. I tried to fit in. I can’t. I’d rather die, because in order to fit in, I would have to kill everything inside me anyways. I tried that, and I wouldn’t recommend it. Besides, I know that’s not why I am here. I am programmed to be different. It’s in my DNA. I cannot conform. I came in this way so that I would react to these things around me, so that change can happen. I know I am not alone. Although, I am alone where I am. Many times I thought I was crazy. I must be insane having all these thoughts. –Starseed, alien, advanced technology, light beings, star people, mission to change the planet, save humanity… Sounds like a movie. Growing up I thought there was something seriously wrong with me. And I was embarrassed and ashamed about these thoughts, because who was I? I was nobody. I did not fit in, I was weird, and I was teased and made fun off. I was crazy thinking I had these super powers and would change the world. Now, that I have awaken, I know it is true. I am not crazy. I am here to change the world. I do have so-called “super powers”, which I am beginning to remember and re-learn. Of course I believe in aliens. I always knew I was one of them. I knew it in my heart. They are family. Earth is okay. By that I mean Gaia mostly. The soul that is the planet. I am here to help her. There were many of us that answered the call. Some were asked; some volunteered. We all wanted to go. We all wanted to be here. We care about Gaia. The earth was so dark. We could see it. We didn’t like it. We wanted to help. First we had to wait. We could not interfere. It was difficult for us to just watch. We didn’t want this planet to be destroyed by darkness. It is such a beautiful planet. Many of us have had many visits, and we care about the planet. Gaia is strong, but she needed some assistance, and we were happy to assist her. We all wanted to be here. But it’s very different from what we are used to. It’s dark here. The energy is very dense. There’s negativity here. Ego is very strong. There is much competition. We don’t understand that, because we know we are one. We don’t understand cruelty. We don’t understand dishonesty. We want equality. We want change and enlightenment. But we must realize that WE are the change and enlightenment. The ascended masters, galactic beings, angelics, or anyone else is not going to just appear, and suddenly everything will be fine and it’s over. WE are the ascended masters, galactic beings, angelics and others. It is us. We are the ones changing the world. We are changing it now. Be who you are. However you are. You are meant to be exactly that : ) I know it can be difficult, but please know that you are not alone. You don’t have to tell anyone, but it’s not worth changing yourself for anyone. You are the way you are for a purpose. You don’t want to change that. I love you, and I love being on this mission with everyone who resonates with this”

Z archiwum Kosmicznego Brata.

Uwagi zwrócenie.

Jechałem jednym z wrocławskich autobusów, w ciszy obserwując otaczający mnie świat. Na jednym z przystanków wsiadła kobieta z dzieckiem, a może raczej – młodym chłopakiem. W pierwszej chwili moją uwagę przykuło jego nieposłuszeństwo względem matki, kiedy to kilka razy powtarzane polecenia nie przynosiły rezultatów.
Przez kilka minut kobieta siedziała, a jej dziecko, ochoczo paradowało po autobusie. W końcu, po przejechaniu kilku przystanków, autobus zatrzymał się i dało się słyszeć głos kierowcy, stanowczym tonem polecający, aby ktoś (w domyśle rodzic) zajął się chłopcem i miejsce do siedzenia dlań znalazł.
Chwila ciszy w autobusie i oto mkniemy dalej.
Cóż jednak dała mi ta sytuacja? Rozmyślałem i doszedłem do wniosku, że zwrócenie nam przez kogoś uwagi, to nic innego jak cenna wskazówka, wartościowa porada, jak podpowiedź rzucona z bocianiego gniazda.
Kiedy bowiem zastanowić się nad dosłownym znaczeniem tego wyrażenia, to przecież ktoś nam zwraca uwagę… w określoną stronę. Nasza uwaga zajmuje się tym, co znane, nieustannie lawirując między różnymi zdarzeniami, lecz w zdecydowanej większości, widzimy to, czego się spodziewamy. Skoro więc ktoś stanie obok nas, może zobaczyć zdarzenia i nasze życie, z innej, nieznanej nam perspektywy… a mówiąc o tym co dostrzega, zwraca naszą uwagę na coś, czego my dostrzec nie potrafimy. Mamy własny punkt widzenia, więc czyjeś słowa, to opowieść o tym, jak dana rzecz wygląda z innego miejsca…
Nie dąsajmy się więc, nie reagujmy krytycznie na to, że ktoś nam zwraca uwagę. On tylko opowiada jak wg niego powinien wyglądać świat i nasze zachowanie, a my, mamy okazję poznać inny punkt widzenia i wnioski z tego wysnuć 🙂
Wychodząc z autobusu, słyszałem jak kobieta poszła podziękować kierowcy, i powiedzieć, że miał rację…
Czasem tak może być, czasem nie – dobrze jednak na chwilę się zatrzymać, i pomyśleć, czy wszystko gra.

Hallelujah, Praise the Lord!

Raw Power!

Czwarty (prawie piąty) dzień jedzenia wyłącznie surowych produktów. Kalafior, pomidory, kilogramy winogrona, marchewka (i soki z niej), brzoskwinie i nektarynki, sporo orzechów i nasion, a do tego wielka potrzeba zasadzenia rzeżuchy.
Wody znacznie mniej niż wcześniej – chyba ta, którą przyjmuję z pożywieniu, jest wystarczająca. W końcu nie marnuję jej na trawienie pieczywa i tym podobnych atrakcji.
Sen – krótszy, lecz głęboki i regenerujący (wcześniej problemów ze spaniem nie było).
Zwiększona ilość posiedzeń… i bynajmniej nie mówię o sejmie 🙂 Mam wrażenie, że organizm zrzuca to, co nagromadziło się w bebechach, a czego wcześniej nie miał czasu zrzucić, bo był zajęty trawieniem coraz to nowych porcji pożywienia.
Samopoczucie ogólne? Wycie (nie tylko do księżyca), śpiewanie, skakanie, radość, napady śmiechu… oraz zwiększona świadomość ciała.
Nagłe zwracanie uwagi na pracujące w udzie mięśnie. Klarowanie się myśli… coś jakby forma odbudowy pierwotnego JA.
Poczucie, że przynosi to ukojenie i harmonię dla całego ciała – z pewnością dobry kierunek! (tak mi serce podpowiada).

Przez pierwsze 3 dni pojawiał się też ból głowy (bardzo rzadkie u mnie zjawisko) i dziwny kaszel (coś jakby schodziło z płuc) > cieszyło mnie to bardzo, bo organizm reagował! 🙂

Ciekaw jestem bardzo CO DALEJ…
Hallelujah,
Praise the Lord!

http://polakuleczsiesam.pl/surowa-dieta-wyleczyla-raka-tarczycy/